Kazimierz Dejmek
________________________________________________________________________________

Wprost z rampy

"Dziady" były dla niego największym rewolucyjnym utworem w literaturze światowej. Kto dziś pamięta, że reżyserowane przez Kazimierza Dejmka "Dziady", które dały początek wydarzeniom Marca '68, przygotowane zostały przez inscenizatora dla uczczenia... 50. rocznicy rewolucji październikowej.

 

dziady_dej2b.jpg (17880 bytes)

Gustaw Holoubek (Konrad) i Józef Duryasz (ksiądz Piotr) w "Dziadach" w reżyserii Kazimierza Dejmka
FOT. (C) ARCHIWUM TEATRU NARODOWEGO

           Tak się też w istocie stało, a premiera przedstawienia w Teatrze Narodowym w Warszawie miała miejsce 25 listopada 1967 roku.

Pomysł wystawienia Mickiewiczowskiego arcydramatu akurat w rocznicę bolszewickiej rewolty mógł wydawać się karkołomny. Podobno Bohdan Korzeniewski, wybitny teoretyk i praktyk teatru, ostrzegał reżysera przed polityczną prowokacją, na co ten rzekomo odpowiedział: "Ee, panu wszystko, profesorze, zalatuje prowokacją". W każdym razie dla Kazimierza Dejmka miały to być "Dziady" walki i buntu, odebrane zaś zostały przez władze jako spektakl religiancki, antyrządowy i - co najważniejsze - antyradziecki. Gomułka nazwał tę inscenizację "nożem w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej". Ciekawe, że "Dziady" Dejmka podobały się krytykom i literatom z Moskwy, m.in. Arbuzowowi, ale nie ambasadorowi ZSRR w Warszawie - Awierkijowi Aristowowi, który przedstawienia wprawdzie nie oglądał, ale nie przeszkodziło mu to w odegraniu w marcowej prowokacji znaczącej roli.

Od reżysera (i wciąż jeszcze dyrektora Sceny Narodowej) zażądano zmian w kształcie spektaklu, a następnie ograniczenia wystawiania "Dziadów" do jednego przedstawienia w miesiącu. Dejmek złożył wtedy rezygnację, która nie została przyjęta, podobnie jak następna. Zdymisjonowano go - już nie na jego prośbę - 20 lipca 1968 r. Wcześniej, 24 marca, usunięty zostaje z PZPR - wraz z aktorami Józefem Duryaszem i Andrzejem Żarneckim.

Wszystko to jednak działo się już po listach protestacyjnych w obronie "Dziadów", po nadzwyczajnym zebraniu warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, po demonstracjach

studenckich brutalnie rozpędzonych przez milicję i ORMO-wski "aktyw", wreszcie po sławnym przemówieniu tow. Wiesława w Sali Kongresowej z 19 marca. Gomułka głośno się wówczas zastanawiał, "czy reżyser ma prawo wprowadzać do scenicznej treści spektaklu dedykację, w którą autor zaopatruje swoje dzieło" i "czy wolno nakazywać autorom, aby zwracali się wprost z rampy do publiczności". W konkluzji I sekretarz KC PZPR doszedł do wniosku, że choćby i jakiś autorytet orzekł, że Dejmkowi wolno było to uczynić, to władze i tak musiały zareagować "na to, co się działo na przedstawieniach". A co się działo? Po ostatnim przedstawieniu "Dziadów" (30 stycznia) studenci skandowali "Niepodległość bez cenzury" i "Dejmek, Dejmek", a następnie przeszli pod pomnik Adama Mickiewicza, gdzie złożyli kwiaty. Po czym zostali spałowani przez milicję.

W okresie marcowym na zebraniach partyjnych o ekstowarzyszu Dejmku mówiono, z nutą fałszywego współczucia, że padł ofiarą spisku syjonistycznego, w którym uczestniczyć miała jego żona, traf chciał - niewłaściwego pochodzenia. Na reżysera wylewano kubły pomyj. On sam, po latach, powiedział: "Gdyby nawet miano w ręku dowody na to, że wystawiłem ČDziadyÇ na pięćdziesiątą rocznicę rewolucji (...) na zlecenie, nie wiem, Mosze Dajana czy wszystko jedno kogo (...) politycy powinni schować tę prowokację do szuflady, a z panem Dejmkiem rozliczyć się w odpowiedniej chwili". Sęk w tym, że tamta chwila okazała się też odpowiednia. Tyle że dla Mieczysława Moczara.

Od 1968 r. legenda Dejmka nie malała i objęcie przez niego dyrekcji Teatru Polskiego w Warszawie w 1981 r. odebrane zostało jako akt sprawiedliwości dziejowej. Kiedy jednak w stanie wojennym ten twórca, raczej nieoczekiwanie, odciął się od "Solidarnościowych" działań aktorów, bojkotujących telewizję, gdy wyśmiał polityczne gesty artystów twierdząc, że "aktor jest do grania, a d... do s...", stał się w środowisku nieomal czarną owcą. Jego udział w pracach Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa (1986-1989) podciągany bywał pod kolaborację. Tak, że gdy został ministrem kultury w rządach SLD i PSL, mało kogo to zdziwiło. W końcu, mówiono, wrócił do początku drogi.

W 1981 r. na sesji zorganizowanej przez "Solidarność" UW i NZS powiedział: "ČDziadyÇ są dla mnie chyba największym rewolucyjnym utworem literatury dramatycznej świata (...) Wielka Rewolucja Październikowa, czy to się komu podoba czy nie, jest drugą, w dziejach nowożytnych, po rewolucji francuskiej wielką rewolucją Europy. Nie chciałem się tej pięćdziesiątej rocznicy w pas kłaniać, lecz mówić o niej jak dorosły człowiek z dorosłymi ludźmi mówić może".

Krzysztof Masłoń
Rzeczpospolita
2 stycznia 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk