Portrety
________________________________________________________________________________

Kazimierz Dejmek

"Sadzone"

Tu w Warszawie wszyscy żyją aferą Lwa Rywina. Ta sprawa jest dla warszawskiego hajlajfu niczym ruska łaźnia. Inaczej mówiąc, badehaus. Na razie wszyscy od niego odskoczyli i okazuje się, że nie ma on ani jednego przyjaciela. I coraz bardziej spekuluje się o konsekwencjach tego wodogrzmotu; dla poszczególnych ludzi, instytucji i ugrupowań partyjnych.

 

           Rozprzestrzenia się strach związany z pytaniem: kto zacznie sypać na niego i kogo on sypnie. I jaka z tych faktów będzie odsłaniać się przestrzeń korupcyjna i polityczna. Ale wiadomo, że najwięcej strat wszelakich poniesie, najogólniej biorąc, lewica. Mówi się nawet, że Rywinowski badehaus może stać się lontem zapalnym jej rozpadu. Tak czy inaczej, zbliża się coś w rodzaju trzęsienia ziemi, a trzęsienia nigdy - podobnie jak wojny - nie nastrajają optymistycznie.

Toteż niejaką pociechę znaleźć można w refleksji nad niedawno zmarłym Kazimierzem Dejmkiem. Poza jego wielkimi zaletami w działalności artystycznej i obywatelskiej, zwłaszcza w kontekście Rywinowskiej łaźni, unaocznia się nam prawość tego człowieka, a nawet jego moralna nieskazitelność. Dziś zdaje się ona krzyczeć zza jego świeżej mogiły, bo ludzie moralnej klasy pana Kazimierza wydają się postaciami coraz bardziej fikcyjnymi. A to dlatego, że przyzwoitość stała się luksusem. Ludzi prawych jest niewielu, jakby coraz mniej, i często dopiero ich śmierć uświadamia nam prawdziwy wymiar tych osób. Tak też jest z panem Kazimierzem.

Ponieważ w poprzednim felietonie podawałem przykład małego kantu L.R. na mojej osobie, niech mi wolno będzie - dla kontrastu - przypomnieć postawę Kazimierza Dejmka w smutnej sprawie mojego filmu o tragedii na kopalni Wujek - "Śmierć jak kromka chleba". Film powstawał w bardzo trudnych warunkach, bo mało kto chciał dać na niego pieniądze. Dlatego produkowany był przez społeczny komitet ludzi dobrej woli w większości złożony z górników, ale także przy wsparciu pani Józefy Hennelowej z "Tygodnika Powszechnego".

Pierwszym producentem, do którego zwróciłem się w sprawie finansowego wsparcia, był tenże L.R., który po przeczytaniu scenariusza powiedział mi: "Gdyby pan dopisał ciekawy wątek erotyczny, to moglibyśmy porozmawiać". Nigdy nie porozmawialiśmy.

Z kolei aktualny minister kultury i sztuki był wtedy szefem komitetu kinematografii i dał nieco grosza. Ale kiedy zabrakło na prace wykończeniowe, stanowczo odmówił. A trzeba przypomnieć, że przy rządach była wtedy "Solidarność". I kiedy po zmianie rządu z prawicowego na lewicowy ministrem kultury z ramienia PSL-u został Kazimierz Dejmek, poszedłem u niego szukać pomocy. Kiedy opowiedziałem mu, jak sprawy

stoją, nie chciał uwierzyć i poprosił, bym powtórzył jeszcze raz. Nie mógł pojąć postawy swojego poprzednika. Kiedy ochłonął, przywołał swojego człowieka od finansów i polecił mu uruchomić sumę potrzebną na doprowadzenie filmu do końca. To dzięki niemu ten film zaistniał.

Kazimierz Dejmek, od kiedy tylko się pojawił, miał w sobie wielką dawkę radykalności etycznej i ogarniała ona w takim samym stopniu wszystkie dziedziny jego zawodu oraz postępowania w życiu. Nosił w sobie ideały, od których nie było odstępstwa. Dlatego był "trudny w pożyciu", przez wielu był nielubiany i znienawidzony. On nikogo nie kokietował, nikomu się nie podlizywał i niczym nie kupczył. Za swoją lewicową postawę był równie sekowany po lewej, jak i po prawej stronie podziałów politycznych. Był w jakimś sensie podobny do Zbyszka Cybulskiego (!), bo obydwaj pochodzili ze wschodnich rubieży i nosili w sobie patologiczny strach przed "Ruskimi". Obydwaj chorowali na tę samą chorobę, której źródło zakotwiczone było w Jałcie, bo to tam sprzedano Polskę Związkowi Radzieckiemu. Stąd jego kult rodzimości, tradycji i polskości. Stąd u niego - tego niedowiarka - uwielbienie staropolskich moralitetów religijnych, polskiej klasyki romantycznej i w ogóle poważnej problematyki dotyczącej naszej tożsamości. Do wszystkiego, co autentycznie nasze. Dlatego tyle w nim było szyderczej pasji skierowanej przeciw polskiej megalomanii, a z drugiej strony - pokory wobec przydrożnej kapliczki z frasobliwym Chrystusikiem.

I dlatego tyle wartości - także estetycznych - wniósł do skarbnicy polskiego teatru. To on, obok młodszych - Grotowskiego, Swinarskiego czy Hübnera - wyniósł polski teatr na europejskie wyżyny. Dzięki swojej radykalnej postawie etycznej wobec współziomków i oczywiście swojemu talentowi. Bo miał światu coś ważnego do powiedzenia od siebie. A tym samym o Polsce. I nie trzeba się długo zastanawiać ani być mędrcem, by dojść do przekonania, że jego przesłanie nie przestało być do dziś aktualne. Zwłaszcza to, które płynie z jego postawy moralnej w życiu codziennym, wobec ludzi i społeczeństwa.

Świat był zawsze taki sam: wielcy oszuści i wielcy dobroczyńcy żyli obok siebie. Dziś, kiedy wylewa się tyle zła, warto sobie przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno Kazimierz Dejmek żył obok Lwa Rywina.

Kazimierz Kutz
Dziennik Zachodni
17 stycznia 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk