Bo co to znaczy być spełnionym?
Popularność, choć bardzo mila, nie jest miarą spełnienia, bo nie ma obiektywnej
prawdy o tym, co się w sztuce robi.
Zadebiutowała brawurową rolą
Zofii w "Nadobnisiach i koczkodanach" wyreżyserowanych przez również
debiutującego wówczas Krystiana Lupę. Po ukończeniu krakowskiej PWST została
zaangażowana przez Jerzego Krasowskiego do Teatru im. J. Słowackiego. Zagrała Hankę w
"Moralności pani Dulskiej", a później Ofelię w "Hamlecie", która
nie wzbudziła jednak zachwytów. - Wspominam tę nieszczęsną Ofelię jako porażkę,
ale pamiętam też, że towarzyszył mi wtedy raczej przymus grania niż radość z
obecności na scenie. Ale moja Ofelia miała niewątpliwie jedną zaletę: cudowną
suknię z błękitnoszarej żorżety.
W następnych latach Iwona Bielska nie grała zbyt wiele w teatrze, gdyż nastał dla niej
czas filmowy, z którego najlepiej wspomina rolę Justyny w "Ćmie" i Magdy w
"Znakach zodiaku". Potem życie przygotowało ją do innej roli - matki, która
siłą rzeczy stała się konkurencyjna dla sceny. Kiedy wróciła do teatru, były w nim
ostre zawirowania. Wówczas, wraz z mężem Mikołajem Grabowskim, zaczęli realizować
swój teatr rodzinny. - Kiedy Mikołaja wyrzucono z dyrekcji Teatru im. J. Słowackiego,
wtedy odeszli też kolejno: Jasiek Peszek, Janek Frycz, Aldona Grochal, Jurek Grałek,
Zbyszek Ruciński. My zostaliśmy bez pracy. Wówczas, dzięki pomocnej dłoni Krzyśka
Jasińskiego, powstał "Scenariusz dla trzech aktorów". Potem był "Opis
obyczajów", "Kto się boi Wirginii Woolf" i "Próby" Schaeffera.
Teatr rodzinny, prowadzony przez Mikołaja Grabowskiego, zawsze wzbudzał silne emocje: od
miłości i zachwytów po prasowe cięgi. Jedni owacjami na stojąco nagradzali owe
rozprawy z polskością, inni czuli się dotknięci. - Mikołaj jest człowiekiem
niepokornym i robi teatr "na przekór". Jak zresztą wiele rzeczy w życiu.
Nasze przedstawienia zawsze, w sposób ironiczny lub prześmiewczy, traktowały pewne mity
czy stereotypy dotyczące naszej rzeczywistości, a w niej wizerunku Polaka. W tym naszym
teatrze nauczyłam się wielu rzeczy, a przede wszystkim uświadomiłam sobie, że aktor
jest nie tylko instrumentem do grania. Że musi wiedzieć "po co" mówi, a nie
tylko "jak". I to nasze "po co" nagradzała publiczność w Polsce i
za granicą. Zwykle mówimy o sprawach niepopularnych, wstydliwych. Kiedy jeszcze do
niedawna grałam w "Monologach waginy" w teatrze STU, też miałam świadomość
wsadzania "kija w mrowisko". Ale nie ukrywam, że w teatrze interesują mnie
również sprawy drażliwe, o których ludzie boją się mówić ze względu na obyczajowe
czy społeczne tabu. A teatr powinien przecież być gorący, mówić o rzeczach ważnych,
czasami nawet bolesnych. O tym, jacy jesteśmy naprawdę. O naszym braku tolerancji,
zakłamaniu, zadufaniu w sobie i braku poczucia humoru na własny temat.
Przez rok Iwona Bielska współpracowała także z warszawskim Teatrem Rozmaitości,
grając w "Myszkinie" u Grzegorza Jarzyny. - To był dla mnie wspaniały rok.
Atmosfera pracy była świetna, a próby odbywały się na najwyższych.obrotach. Potem
zostawaliśmy w teatrze na wspólnych posiadach, dyskutowaliśmy, żartowali i wygłupiali
się. Lubię taką pracę, kiedy wszyscy walczą o przedstawienie.
Kiedy Mikołaj Grabowski objął dyrekcję Teatru Nowego w Łodzi, Iwona nie przeniosła
się z Krakowa, bo wychowywanie dziecka nie pozwoliło jej na tak gwałtowną zmianę
życia. Zagrała w tamtejszym teatrze jedynie raz, gościnnie, w pierwszej wersji
"Królowej i Szekspira". I wciąż jeździła do Warszawy, biorąc udział w
serialu "Adam i Ewa", o którym niechętnie mówi. - Bo też nie ma się czym
chwalić. Taka sobie historia, a ja zgrałam strasznego babotona. Ale w tym czasie
odniosłam chyba mój największy artystyczny sukces - zagrałam główną rolę, po
niemiecku, w sztuce Turiniego "Ja kocham swój kraj". Przedstawienie
przygotowywaliśmy w Kassel na festiwal sztuk współczesnych "Documenta". W
życiu nie zebrałam tylu entuzjastycznych recenzji, co wtedy. Do tego stopnia
podszkoliłam mój niemiecki, że niektórzy widzowie myśleli, że jestem Niemką
grającą z polskim akcentem. I to był mój wymierny sukces.
Kolejnym sukcesem była rola Elżbiety w "Królowej i Szekspirze",
przedstawieniu zrealizowanym tym razem w teatrze STU. Już wówczas widzowie mogli się
przekonać o zdolnościach transformacyjnych aktorki. Oglądaliśmy na scenie starą,
zmęczoną życiem, ale i silną władczynię i zarazem kobietę samotną, tęskniącą
za miłością. Za tę kreację aktorka została uhonorowana nagrodą "Ludwika"
przyznawaną przez krakowskie środowisko.
Od trzech sezonów Iwona Bielska jest w Starym Teatrze prowadzonym przez Mikołaja
Grabowskiego. W pierwszym sezonie weszła tylko w zastępstwo w "Damach i
huzarach". Kolejne lata przyniosły jej sukcesy teatralne i filmowe. Zebrała
znakomite recenzje i nagrody za rolę Wojnarowej w głośnym "Weselu" Wojciecha
Smarzowskiego. Natomiast kreacje aktorskie stworzyła w "Auto da fe" i w
"Niewinie". Po raz kolejny udowodniła, że bliska jest jej
charakterystycz-ność postaci, budowanie roli na granicy groteski. Nie boi się też
scenicznego "oszpecenia", jeśli rola tego wymaga. Jako Teresa stworzyła
postać kobiety - potwora, ale potrafiła też pokazać inne oblicze bohaterki: jej
wrażliwość, tęsknotę za miłością. - Kochana, młodość przemija i przyszedł czas
na potwory. Pięknych już się nie zagra. Podobnie jak scen rozbieranych nikt mi już nie
zaproponuje. A kiedy proponowali - histerie wyczyniałam. Oj, głupia byłam, głupia -
żartuje aktorka, znana z ogromnego poczucia humoru i dystansu do samej siebie. - Z
"Auto da fe" wiąże się miłe dla mnie wspomnienie. To jedna z moich
ulubionych książek, którą czytałam przed laty, nawet dopisywałam całe strony w
wybrakowanym egzemplarzu. Jest tam taki fragment, w którym Canetti opisuje dom na
przedmieściach Wiednia, gdzie pisał tę książkę. Dom położony był na wzgórzu, z
którego widać cały Wiedeń. Kiedy pojechałam do mojej wiedeńskiej koleżanki
mieszkającej w podobnej okolicy, od razu jej powiedziałam: ten pejzaż przypomina mi
opis Canettiego. On w podobnych plenerach musiał pisać tę książkę. Grażyna wzięła
mnie za rękę i pokazała: Tutaj ją pisał, dokładnie naprzeciwko mojego domu, gdzie
wmurowana jest tablica pamiątkowa. Stałam długo wzruszona, myśląc o tym, jak życie
sklamrowało moją przygodę z Canettim. Ale wracając do spektakli, o których mówimy.
Sądzę, że ich sukces jest wypadkową znakomitej współpracy z reżyserem Pawłem
Miśkiewiczem, z którym odbieramy na podobnych falach. Ale też z Jankiem Peszkiem - z
nim pracuje się fantastycznie. Bardzo cenię też moją Matkę w "Zaratustrze",
spektaklu zrealizowanym przez Krystiana Lupę. Jednak fakt, że ostatnio powiodło mi
się, nie powoduje fantastycznego samopoczucia. Idąc ulicą, nie myślę sobie: No,
Iwonko, jesteś dobra. Daleka jestem od chodzenia w glorii chwały, choć niewątpliwie te
sukcesy mnie bardzo cieszą. Wiem też, że są bardzo ulotne: dziś cię pochwalą, a
jutro schlaszczą. Były lata, że grałam bardzo dużo w teatrze, kinie, w telewizji, a
jednak tylko kilka ról uważam za naprawdę udane. Jestem wobec siebie bardzo krytyczna,
może dlatego nie dowierzam do końca adoracjom, nawet po udanej roli. Nie potrafię też
walczyć o siebie, nigdy nie zaproponowałam własnej osoby do roli. A pewnie trzeba
inaczej: iść do przodu. Ale też nieraz zastanawiam, się czy warto? Oglądam haniebne
przedstawienie - publiczność na końcu wstaje. Oglądam wspaniałe - też wstaje. Czytam
recenzje z pierwszego - znakomite, z drugiego - miażdżące. I wtedy myślę:
najważniejsza jest przyzwoitość i praca w zgodzie z własnym sumieniem. Staram się
tego przestrzegać.
Nie potrafi odcinać kuponów od swoich sukcesów? Przecież postrzegana jest jako osoba
silna? To tylko pozory. Jest we mnie sporo kompleksów, niepewności i ciągłego
niezadowolenia z siebie. Za bardzo wszystkim się przejmuję: studiami syna, dyrekcją
Mikołaja, kolejną rolą, nawet bezdomnym psem, który lata po wsi, gdzie mieszkamy, a ja
latam za nim, żeby go dokarmiać. No i moją nadwagą, z którą walczę całe życie.
Nadal nie robię ubraniowych zakupów, bo nie chcę oglądać tych filigranowych sukienek
i luster wokół. No cóż, trudno pogodzić się z tym, że jedynym moim nadmiarem jest
nadmiar kilogramów. Pocieszam się jednak, że mimo tego jest we mnie sporo sił
witalnych, czasami energia mnie roznosi. Pewnie dlatego, że cholernie kocham życie.
Czy bez teatru potrafiłaby żyć? Teatr mnie nigdy nie znudził i nie zmęczył. Ale też
nie należę do tych aktorek, które żyją tylko teatrem. Ostatnio zaangażowałam się
do pracy w fundacji na rzecz chorych dzieci. No i może napiszę sztukę wraz z moją
austriacką koleżanką aktorką. Ot, taką rzecz o kobietach, o ich spełnieniach i
niespełnieniach. Już nawet naskrobałam kilka stron, ale wciąż brak mi czasu i silnej
woli, by solidnie do tego przysiąść.
Czy jest osobą szczęśliwą?
Bardzo, bo los dał mi dużo więcej, niż sobie na to zasłużyłam. Poza tym, na
szczęście, Pan Bóg obdarzył mnie poczuciem humoru. To pomaga żyć. Nawet wtedy, gdy
nie możesz zjeść ulubionych pierogów, spaghetti czy klusek, bo wiesz, że mąka to
twój wróg.
Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
14 grudnia 2005 |