Portrety
____________________________________________________

Erwin Axer

Rajd na południe

Dalszy ciąg wspomnień Erwina Axera, który znalazłszy się po powstaniu warszawskim w niewoli spisywał je w stylu, jak powiada, infantylno-obiektywnym. Pierwszą ich część drukowaliśmy w poprzednim numerze "Plusa Minusa". Obejmowała ostatnie miesiące przed wrześniem 1939 roku, kiedy to wszyscy mówili o nieuchronnej wojnie, choć nikt tak do końca w nią nie wierzył, oraz pierwsze dni po jej wybuchu - "straszne, ale jeszcze do zniesienia" - w bombardowanym Lwowie. Druga część traktuje o "odysei wędrówki ze Lwowa w stronę Karpat". (red.)

Z początku szliśmy przez Lwów, który pod różowym zachodem leżał piękny i spokojny. Kilka smug dymu wznosiło się pionowo ku niebu, ale i one wbrew logice nie mąciły idyllicznej panoramy u stóp góry Jacka, przez którą wiodła droga. Wiedziałem, nauczony dziesięciodniowym doświadczeniem, że dzisiaj już bomb nie będzie. Nie wiedziałem jednak, że jutro będą na dworcu niemieckie czołgi.

Zostawili nas i pierzyny

Minęliśmy rogatkę na Zielonej. Tu stały dwa zamaskowane działa, a dalej czerniła się świeża ziemia, wyrzucona z rowu przeciwczołgowego. Ten widok zniechęcił woźnicę, który oznajmił, że nie może ryzykować wyprawy do Bóbrki, po czym, nie wdając się w dyskusję, zrzucił plecaki z wozu i odjechał.

Zaczęliśmy iść i szliśmy całą noc. Na szosie wyglądało tak, jakby wszyscy turyści i sportowcy Lwowa postanowili o jednej godzinie urządzić rajd na południe. Ludzie prześcigali się jak na wycieczce narciarskiej lub w biegu po złoty piasek u Londona. Później trochę się przerzedziło. Mijały nas auta. Minęliśmy i my dwa puste samochody. Brak benzyny. Czyżby Niemcy byli tak blisko? Miejskie półbuciki paliły nogi. Wyjąłem z plecaka narciarki; okazały się użyteczniejsze. Jedliśmy jabłka, których było pełno nawet na szkarpach przydrożnych, i kiełbasę. Wątroba już nie bolała i nic nie kłuło. Parę razy pożary rozświecały drogę. Dopiero kilkanaście kilometrów za miastem zapadliśmy na dobre w księżycową ciemność.

O trzeciej rano Bóbrka - trzydzieści kilometrów za Lwowem. Chyba odsadziliśmy się trochę od Niemców, którzy podczas wędrówki stali się jak gdyby bliżsi niż we Lwowie.

Pukamy na rynku do pierwszych drzwi z brzegu i już po chwili toniemy na pół tylko rozebrani w zwałach żydowskich piernatów i pierzyn. Rano jesteśmy sami w gościnnym mieszkaniu. Gospodarze uciekli zostawiając nas i pierzyny.

W Bóbrce też nie ma wolnych furmanek: idziemy parę kilometrów wąskimi ścieżkami wśród łąk. Raz przechodzimy przez niemiecką osadę. Koloniści. Dorodna, młoda dziewczyna czerpie wodę ze studni. Czy i ona żyje w gorączce? Raz bzyka w górze bombowiec. Wsuwamy się w wikliny nad wąskim strumieniem. Ja najgorliwiej i oczywiście siadam na gównie.

Dalej strumień zakręca obejmując parę metrów kwadratowych trawy. Chcemy tu zaczekać do zmierzchu. Kąpiel w lodowatym strumieniu, łyk rumu z manierki i zasypiamy na kocach.

Po obudzeniu mam ochotę płakać. Jestem dobrym narciarzem, ale to nie wycieczka. Brakuje mi rodziców, jak gdybym miał sześć lat. Rum osiadł gorzko w ustach. Ryś widzi moją minę i śmieje się.

Zmierzcha, więc trzeba iść. Jakiś wysoki dziwak, leśniczy czy ekonom, rai nam furę. Jest rozbrajająco uczynny. Ma syna na froncie. Przygotowanie wozu i konia trwa długo. Chłopi rozglądają się trwożliwie w obawie przed samolotami. O tej porze coraz więcej samochodów jedzie od strony Lwowa. Zakręcają koło nas i wspinają się na małą górkę. Są przepełnione, poza jednym, gdzie siedzi dwóch młodych lotników i radio gra taneczne melodie.

Na rano dowlekliśmy się do Rohatyna. Kiedy wjeżdżaliśmy na rynek, zaryczał motor i samolot błysnął 20 metrów nad głowami. Konie stanęły dęba. Skoczyliśmy bez tchu do jakiejś bramy. Bomby nie upadły. Jedyny polski samolot, który miałem szczęście widzieć w tej wojnie, zniknął.

Zejść ze słońca, psiakrew!

Z Rohatyna zabraliśmy się przedpotopową karetą benzynową, która uwoziła w siną dal sześciu przestraszonych legionistów, zdaje się głównych ozonowców rohatyńskich. Kareta psuła się często i w końcu stanęła w Kałuszu, także na rynku. Tutaj było spokojniej niż gdzie indziej. Karpie z białymi brzuchami leżały w drgających stertach na straganach, a brodaci, pejsaci Żydzi wciskali je w torby kumoszkom. Zdawało się, że jest piątek, a była dopiero środa. Staliśmy bezradnie, potrącani przez tłum, spieszący ku sobie tylko znanym celom, niemający z nami nic wspólnego. Zanosiło się znów na dłuższy marsz piechotą. Od czasu do czasu przepełnione auta zakręcały na Stanisławów, nie przystając. Próba zakupienia dwóch damskich rowerów nie powiodła się z powodu niezdecydowania sprzedawcy. Naraz samochód ciężarowy z wojskowymi zjeżdża z jezdni i staje przy pompie. Szofer - podejrzany drab z rudawym zarostem - bierze parę setek za dowiezienie... Właściwie nikt nie mówi otwarcie dokąd, ale myśli się już o granicy. Oddychamy z ulgą patrząc na uciekające miasteczko. Trzeba trochę pomaszerować piechotą, trzeba znieść tortury całonocnego podskakiwania na furmance, żeby docenić walory samochodu.

Siedzimy między żołnierzami i czując się tu tylko półlegalnie, staramy się, żeby nas jak najmniej widzieli. Ale żołnierze mają w głowie tylko samoloty. Moje niespokojne nasłuchiwania, z których wyśmiewał się Ryś, są dziecinadą wobec tego, co ci ludzie wyprawiają. Co chwila zatrzymują samochód waląc pięściami w budę szofera i omawiają gorączkowo jakieś punkty na horyzoncie, które zarówno mogą być zbłąkaną wroną, samotną chałupą, jak i ostatecznie przy dobrej woli niemieckim samolotem.

Patrzymy na siebie i na nich ze zdumieniem. Tak przestraszonych ludzi jeszcze w tej krótkiej wojnie nie widziałem. Domyślam się, że mają jakieś doświadczenia nam jeszcze nieznane. Dwa kilometry za Kałuszem jest las. Parę minut miga po obu stronach zielony parawan, aż stop! U wylotu leśnego korytarza stoi oficer i zatrzymuje pojazdy. Nasi nie czekają na spotkanie z nim i zawracają. Rzeczywiście, teraz widać, że nikogo nie przepuścili. Wszędzie z brzegu szosy stoją wśród drzew samochody i wozy, a nawet rozłożyły się oddziałki piechoty. Od kolegów dowiaduje się rudy szofer, że tymczasem nic z tego. Może w nocy... Naszym wojakom nie podoba się jednak nowe miejsce postoju. Za dużo wojska. Wracamy na drugi kilometr, gdzie wśród rzednących chałup i sadów owocowych las dopiero się rozpoczyna. Auto wjeżdża pod dużą jabłoń, płachta i parę gałęzi dopełniają dzieła, a my wsiąkamy w las zostawiając żołnierzy w sadzie.

Na ciepłym mchu leży się przyjemnie. Nie wiadomo, co będzie dalej, ale przez chwilę wydaje się to obojętne. Kobiety ukraińskie, czyste i ładnie ubrane, przynoszą chleb, jabłka, kwaśne mleko. Są dobre i litościwe. "Co też ta wojna zrobiła - powiadają - tacy młodzi, ładni panowie błąkają się po lesie". Kobiety odchodzą, a zaczynają bzykać w oddali samoloty. Nasi współtowarzysze mieli rację. Zaiste, nowy rodzaj dzięciołów obstukuje tamtą część lasu. U nas lepiej. Od czasu do czasu pociski przelatują ze świstem i wyciem, ale padają tylko tam. Potem znowu jest cicho. Słońce grzeje rozkosznie zmęczone ciało, pachną sady i las.

Po południu idziemy do towarzyszy podróży, a zarazem panów naszego losu. Teraz dopiero oglądają nas od stóp do głów. Siadamy opodal chałupy i zaczynają się pogaduszki. Szofer wziął pieniądze, reszta go nie obchodzi. Ale sierżantowi nie bardzo chce się nas zabierać. Jest podejrzliwy. "Czy mamy papiery?" - na szczęście Franek jest porucznikiem rezerwy. To ratuje sytuację. Sierżant staje się neutralny, a wszyscy zaczynają mówić do Franka "panie poruczniku". Jest dwóch podchorążych; tęgi student, trochę bufon, chociaż sympatyczny, z Katowic, i szczupły chyba kupiec, Żyd ze Stanisławowa, poznaniak kapral z warsztatów wojskowych i paru szeregowców różnej maści. No i sierżant sztabowy. Ryży szofer z mięsistym nosem poszedł do chałupy na dziewczynki. Podziwiam jego przedsiębiorczość, bo na tle opowiadań, które teraz słyszymy, zaczynam czuć się trochę nieswojo i cała sytuacja nabiera nowych barw. Padają więc słowa o jakiejś nieprzytomnej, wielogodzinnej ucieczce piechotą znad granicy, kiedy to trzeba było biec wertepami, żeby przegonić Niemców, którzy darli się naprzód szosą. O samolotach pikujących nad drogami, o rękach i nogach wylatujących pod niebo i wnętrznościach wiszących na gałęziach.

Znowu samolot. Wisi wysoko, ledwo dostrzegalny punkcik tam, gdzie zbiega się późnym popołudniem granatowa strona nieba z jasnoniebieską - ale żołnierze dostrzegli go i garną się pospiesznie pod wystającą strzechę chałupy. "Zejść ze słońca, psiakrew!" - ryczy na mnie sierżant. Ponieważ nie od razu rozumiem, o co chodzi, szarpie mnie za rękaw i przyciąga do siebie. Kiedy samolot znika, tłumaczy z naciskiem, że w słońcu nie wolno stać. "Zobaczy i zaraz zrzuci ČjajoÇ". I następują przykłady, koszmarne opowiadanie, rozrastające się w imaginacji niekontrolowanej wówczas jeszcze miarą doświadczenia i smutnego znawstwa. Możliwe i niemożliwe zlewa się w jedno. "Nie ma więc metra kwadratowego ziemi polskiej, na którym można się schronić przed niemiecką bombą. Wypatrzą cię wszędzie oczy lotnika uzbrojone w szkła, i twoje trzewia zawisną na gałęziach przydrożnych drzew; widzieliśmy takie drzewa na krakowskiej szosie. Widzieliśmy fruwające samochody, konie, a z nimi ręce i nogi ludzkie. Widzieliśmy obłąkanego ze strachu pastucha, nad którym dziesięć razy tam i z powrotem przelatywał myśliwiec, aż rozciągnął go którąś tam serią na zielonej trawie obok ubitej krowy. Nie ustrzeżesz się".

Przyjdzie chyba oszaleć, jak ów żołnierz z opowiadania poznańskiego kaprala, który w czasie nalotu wybiegł nago na dach i stamtąd wieścił wszem i wobec koniec świata, póki nie ściągnął go z góry strzał nie o wiele mniej oszalałego kolegi.

Właściwie to są dezerterzy

Pozostaje tylko jedno wyjście: granica. "Trzeba jak najprędzej dostać się na granicę" - tak powiadają nawet obaj podchorążowie. Tylko sierżant milczy. Jest ostrożny.

Przecież i my chcemy dotrzeć jak najbliżej granicy, więc o czym tu mówić... Przekroczymy ją w ostatecznym razie. O ile wcześniej nie uda nam się dostać do wojska. Marzymy o wojsku, które by zdjęło z naszych barków trud decydowania za siebie. Ale nowi towarzysze z nieufnością patrzą na zielone czy różowe kartki mobilizacyjne, którymi demonstracyjnie powiewamy. Oni wcale nie chcą, żeby ktoś za nich decydował. "Tylko nigdzie się nie meldować, placówki omijać" - powiada sierżant. "Na granicy pogadamy. Nie chcę zdychać przez jakiegoś kretyna porucznika, ten cały kram to już...". Chwila milczenia.

Właściwie to są dezerterzy. Co robić u diabła? Wybieraliśmy się w połowie uciekać przed Niemcami, a w połowie szukać jakiegoś wojska, które by nas wzięło ku obopólnemu, jak rozumieliśmy, pożytkowi. A tymczasem uciekamy już nie przed Niemcami, ale przed swoimi. A co robić bez tych maruderów? Zostać w lesie i czekać na Niemców? A ci Niemcy nie tak daleko chyba. Jeden z żołnierzy opowiada, że widział, jak wjeżdżali do Stryja. Psiakrew! A ja myślałem, że dochodzą dopiero do Lwowa. Może inny klin posuwa się Podkarpaciem?

Znowu rozmawiają o ludności, która po wsiach morduje żołnierzy. O Niemcach, którzy wjeżdżają do miast na rozszalałych motocyklach waląc w lewo i prawo z cekaemów, o Niemcach, którzy niespodziewanie przeganiają na szosie całe kolumny wojska...

"Tutaj ludzie są dobrzy - mówię - przynieśli nam chleba, jabłek". "Ukraińcy - mruczy ponuro sierżant - za dobrze im było; w każdej wsi jest broń; w jednym dniu dwa razy mnie otoczyli koło Stryja, hajdamaki!".

Ściemniło się zupełnie. Żołnierze ściągnęli w pobliże auto i cicho rozmawiają. Czujemy, że ważą się nasze losy. Wołają Franka. Po chwili wraca: "Zabierają nas, ale jeszcze nic nie wiadomo. Kapral poszedł na wywiad". Po trzydziestu minutach kapral wraca. "Jeszcze stoi, nie można jechać". Żyd podchorąży powiada do nas filozoficznie: "Mogą tu być pojutrze, a mogą być już". "No, a ten oficer na szosie chyba wie?". "Co tam wie, kazali, to stoi, a przyjdą Niemcy, wezmą i jego".

Leżymy cicho. Teraz, kiedy nie można jechać, ziemia pali się pod nogami. Auto wydaje się cudownym, najbardziej upragnionym na świecie przedmiotem. Na każdy wypadek szofer wyprowadza je z sadu i staje na szosie. Idziemy i my. Byle blisko samochodu. Znów jest cisza, tylko daleko za lasem stłumiony rumor motorów. Oglądam się bojaźliwie, jakby z każdej strony w ciemnościach mogli pojawić się Niemcy. (Chyba nigdy później, nawet kiedy byłem pewny śmierci, nie bałem się tak bardzo i tak irracjonalnie. Nie wiem, co sobie wtedy wyobrażałem i czego oczekiwałem.)

Padł strzał... Huknął mocno tuż między nami i błysnął ogień. W jednej sekundzie rozpryśli się prawie wszyscy. Ja nagłym skokiem przypadłem do samochodu. "Co psiakrew do kurwy cholery, karabinu nie umiesz trzymać!" - sierżant złości się na żołnierza, któremu wypalił karabin. Patrzę na swoich. Ryś i Franek nawet nie ruszyli się z miejsca. Franek na mnie jakoś spode łba spojrzał. Robi mi się wstyd i krew uderza do głowy. Wolałbym już, żeby się stało, co ma być. Przysuwam się do sierżanta, który siadł na stopniu. "Co będzie, zostajemy, czy jedziemy?". Przez chwilę patrzy na mnie, potem ciężko odwraca głowę i mówi spokojnie: "Jak oficer ucieknie, wtedy przejedziemy". Taka pewność bije z jego słów, że nie wątpię ani chwili: "Oficer ucieknie".

W godzinę później jechaliśmy w stronę Stanisławowa.

Na szosie ciągnie się splątany i poprzerywany wąż wojsk w odwrocie. Saperzy. Chyba nie byli na froncie, ale kiedy samochód zwalnia, widać, że są zmęczeni, do ostateczności. Niektórzy siedzą na brzegu szosy i poprawiają buty. Inni leżąc na brzuchu piją wodę z rowu. Pierwszy raz widzę to, o czym czytałem dotąd tylko w książkach. Wydaje mi się, że to właśnie jest wojna. Od czasu do czasu zator. Auto staje. Mój Boże, gdyby teraz nadlecieli!

Wreszcie pierwsze domy dudnią obok nas. Wjeżdżamy do jakiejś bramy, która zamyka się za nami. "Nikomu nie otwierać" - krzyczy sierżant. Jakaś szkoła. W klasach pełno słomy na podłodze. "Czy jutro będą bombardowali?" - myślę i po raz pierwszy od niedzieli zasypiam na całe pięć godzin.

Trochę uciekliśmy, trochę szukamy wojska

Na drugi dzień zwiedzamy nieznane miasto, a sierżant, o dziwo, idzie do DOK-u (Dowództwa Okręgu Korpusu - red.). Czy innej instytucji w tym rodzaju. Stanisławów odgrywa teraz w stosunku do Lwowa rolę, którą Lwów odegrał wobec Krakowa. W kawiarni pełno znajomych. Gwar, krzyk, ale nikt nic nie wie. Największy hotel okupowany jest przez jakiś sztab. Saperzy, których mijaliśmy na szosie, przechodzą teraz przez miasto. Ładne, nowe gmachy śródmieścia stoją jeszcze nienaruszone. Ale naloty są. Kapitan żandarmerii, w którym poznaję mego profesora śpiewu z gimnazjum, pędzi nas do bramy. Oczy ma wytrzeszczone ze złości i nikogo nie poznaje. Po nalocie wpada do mnie znajomy inżynier ze Lwowa w charakterze porucznika saperów.

"Co pan tu robi?"

"Co wy tu robicie?"

"Ano, trochę uciekliśmy, trochę szukamy wojska!"

"Ha, ha, ha, to uciekajcie dalej. Tu już właściwie wojska nie ma. A w każdym razie jutro nie będzie."

"Wszystkiego dobrego!"

Wieczorem pijemy herbatę przy zaciemnionych oknach. Okazuje się, że sierżant ma do nas głęboki żal za to, że pieniądze dostał szofer, a nie on. "Dowiózłbym was na koniec świata". Rozumiem teraz wczorajsze wątpliwości. Jednakże reszta mego rumu krążąc wokoło rozbraja wszystkich wraz z sierżantem. Znów rozpoczynają się wspomnienia. Tym razem zgromadzeni skłonni są widzieć wypadki w optymistycznym oświetleniu. Bezpiecznie wszak z ciemnymi oknami. Brama jest szczelnie zamknięta. W nocy nie bombardują. Najbardziej rozgadał się podchorąży z Katowic. Opowiada o swojej narzeczonej. A potem nagle: "Nie, panowie! Tak nie można! Tu istnieje zasadnicze nieporozumienie. Czy pamiętacie, jak brzmiał rozkaz? (Prawdopodobnie sprzed dziesięciu dni). My się nie cofamy, my o-póź-nia-my. Dlaczego nie zatrzymują nikogo w Stanisławowie? Widocznie tam dalej będzie koncentracja. Panowie, wierzcie mojemu nosowi. Przygotowuje się na natarcie!".

Ostatecznie miał rację, chociaż pomylił się w terminie. Mimo to przyczynił się wydatnie do polepszenia nastroju i poszliśmy spać w beztroskim humorze.

Rano sierżant wrócił o jedenastej do "kwatery". "Siadać i jechać!" - był bardzo blady. Nie wiedziałem, czy ze strachu przed Niemcami, czy przed swoimi. A może na skutek spożytego wieczorem alkoholu. Wyjechaliśmy z bramy i pokrapiani drobnym deszczykiem toczyliśmy się ku siniejącym w oddali Karpatom. Mnie kazali patrzeć w górę, czy nie lecą samoloty. Dumny z tego objawu zaufania nie dbałem o to, że deszcz moczył mnie więcej niż innych. W pewnym miejscu blisko szosy manewrowała lokomotywa gwiżdżąc i wysyłając pod niskie niebo słupy pary. Było to z jednej strony przyjemne, bo kojarzyło się z czasami pokoju i kazało wierzyć, że jeszcze coś ostatecznie funkcjonuje w tym państwie, a z drugiej, ponieważ od kilku dni nie wierzyłem w żaden cud, robiło wrażenie drgającej nogi osobnika, któremu już urwało głowę.

Góry zbliżały się coraz bardziej. Serce mi rosło, czułem się znów dzielny i pewny siebie. W górach zawsze damy sobie radę: Ryś i ja.

Niestety. W ładnej dolinie, w której Bystrzyca spływa do Dniestru, stoi mały domek obok żelaznego mostu. Z tego domku wyszło dwóch policjantów i zatrzymało auto. "Wojskowi mogą jechać dalej, cywile muszą zejść. W Nadwórnej (o dwa kilometry) jest koncentracja".

"Ależ my chcemy w góry. Dokumenty przecież w porządku. Albo niech nas wezmą w Nadwórnej do wojska. Nic nie mamy przeciwko temu".

"Do wojska was nie wezmą, bo wojska i tak za dużo (!)". (Nie orientowałem się, że koncentracja jest przygotowana do akcji w tył, a nie w przód. Widocznie rum jeszcze działał.) "A w góry możecie iść tylko naokoło, przez Majdan".

Brum! Auto ruszyło unosząc podchorążych, żołnierzy i sierżanta z moją manierką od rumu. Ale mnie mało to zajęło. Majdan. Tak nazywa się folwark mojej kuzynki! Zapraszała mnie tam przez dziesięć lat, a ja nie pojechałem nigdy z obawy przed nudami. Trzeba było wojny, żeby postawić Majdan na mojej drodze.

Sympatyczny policjant oznajmił nam jeszcze, że do folwarku jest siedemnaście kilometrów i ruszyliśmy w drogę. Na szosie spotkaliśmy jednego inżyniera ze Lwowa. Mieszkał wraz z rodziną w chłopskiej chacie i spacerował sobie w piżamie zbierając nowiny od przejeżdżających.

O piątej skręciliśmy w boczną drogę. Siedemnaście kilometrów wiło się pomiędzy wzgórzami coraz wyżej i nie chciało się skończyć! Któryś tam kilometr przypędził, a raczej przywlókł nam na kark bardzo nieufną, idącą ku sobie znanym, a tajemniczym celom kolumnę amunicyjną. Kolumna naprzód chciała nas zastrzelić jako podejrzanych sabotażystów, ale potem zgodziła się wziąć Franka na wózek dowódcy, gdzie już jechał jakiś "nieprzyjazny wójt" w charakterze zakładnika. My szliśmy z tyłu za ostatnim wózkiem, z którego bacznie obserwował nas żołnierz, przygotowany w każdej chwili do strzału. Później zastąpił go drugi, z miną bardzo zgnębioną, widocznie z góry zgadzał się na ewentualną eksplozję tudzież lot w nieznane.

Na szczęście gdzieś tam kolumna się skończyła i poszliśmy znów sami. Tylko droga nie chciała się skończyć. Wśród piasku, w którym grzęzły buty, wiodły kilometry przetykane z rzadka chłopami pilnującymi z nakazu władz drutów telegraficznych. Znów to samo. Ucięta głowa potoczyła się za Karpaty, a członki jeszcze podrygują w miłej ojczyźnie. Ale byliśmy za bardzo zmęczeni, żeby o tym myśleć. Północ nadeszła, a siedemnasty kilometr, który był już chyba dwudziestym którymś - nie. W końcu odpowiedzi chłopów na nasze pytania zaczęły się stawać bardziej określone i skoncentrowały się na jednym punkcie, do którego doprowadził nas ostatni z zaczepionych "pilnowaczy" pozostawiając zresztą na Bożej łasce swoje druty. (Nie bez trudności wytłumaczyłem mu, że w nocy sabotażyści śpią, a nie łażą po drutach telegraficznych.)

Minęliśmy bramę, przeszliśmy przez park i dom zamajaczył przed nami. Zastukałem w okiennice i znajomy głos odpowiedział. Po chwili spaliśmy jak susły.

Gwiazda nad horyzontem

Kiedy się zbudziłem, była już dziewiąta. Osobnik, który spał obok mnie, zaścielił swoje łóżko i wyszedł. Wywołałem Rysia i Franka z drugiego pokoju. W jadalni zgromadziło się liczne towarzystwo. Powitaniom nie było końca. Zupełnie niespodziewanie odnalazłem moje dwie ładne kuzynki (nie licząc pani domu), jednego kuzyna, jednego dalszego wujka (?), szereg ciotek oraz nieznanego "inżyniera" z Borysławia, pulchnego i ruchliwego. Widok ten oszołomił mnie z lekka, nie tak jednak, jak potężne dzbany kwaśnego mleka, piramidy twardych jaj na półmiskach, wszelakie sery, szynki, masła tudzież inne wspaniałości. Nie dziw, że towarzystwo było w niezłym humorze. Od czasu do czasu chmury trosk wojennych osiadały na czole którejś z ciotek, ale bliższy i poważniejszy obowiązek dyrygowania służbą prędko je spędzał (chmury trosk).

Potem czyściliśmy buty, daliśmy (!) bieliznę do prania, a potem poszliśmy z kuzynkami na spacer do lasu. Było przyjemnie jak na wakacjach w Sławsku. Drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacja pozostaną chwilami niezapomnianymi do końca życia. Wieczorem pomimo gwałtownego oporu, który przynosi zaszczyt sile mego charakteru, Ryś i Franek postanowili zostać jeszcze dzień - tzn. przez niedzielę. Ryś dlatego, że oczekiwał lada dzień naszej ofensywy spod Nadwórnej, Franek zaś z bardziej prozaicznego powodu mokrej bielizny, która miała schnąć jeszcze dzień.

Ustąpiłem.

Wieczorem była we dworze policja. Wracali z jakiejś obławy i przyszli na wódkę do dziedziczki. Okazało się, że sześć kilometrów od dworu spadł samolot postrzelony nad Stanisławowem. Szukali jednego lotnika, który uciekł. Chłopak prowadzący policjantów zwierzył się służbie, że widział trupa drugiego lotnika, który miał legitymację z Kijowa i trzydzieści tysięcy rubli w portfelu. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.

Na drugi dzień wstaliśmy późno. Po śniadaniu słuchałem radia z Warszawy. Jeździłem gałką po skali i trafiłem na mowę Mołotowa. Od tej chwili sprawa była jasna. Niebezpieczeństwo niemieckie dla nas bezpośrednio przestało istnieć, ale Rzeczpospolita też przestała istnieć na razie.

Spacerowaliśmy po parku i cała sprawa stopniowo dochodziła do świadomości towarzystwa. Kuzyn wzdychał do zachodnioeuropejskiej kultury i mówił ciągle o Francji zamiast o Polsce albo o Rosji. My byliśmy już zdecydowani zostać, ale jeszcze trochęśmy się wahali. Ostatecznie nic pewnego o Sowietach nie wiadomo. Celinka, kuzynka właścicielka po moim zapewnieniu, że bolszewicy w gruncie rzeczy są bardzo dobrzy (nie wiem, skąd miałem te informacje), oddawała się gospodarstwu. Inne ciotki też. Daleki wujek martwił się przy radiu. Inżynier, który właściwie był tylko wiertaczem, ale za to wszystkowiedzącym, zasypał nas lawiną informacji o Sowietach; nie mogłem się zorientować, czy mam się śmiać, czy traktować je na serio. Służba folwarczna robiła to, co zawsze, czyli pracowała powoli a posłusznie. Wobec tego wyniosłem sobie leżak do sadu, wyciągnąłem z biblioteki "Colas Breugnon" tudzież parę innych książek i zajadając jabłka oddałem się lekturze. W ten sposób spędzałem odtąd prawie wszystkie dnie.

Raz tylko zapędzili mnie do zrywania jabłek i wtedy poznałem, jaka może być różnica między jabłkiem a jabłkiem, w smaku. Poza tym tłumaczyłem kuzynce różnicę między tymi jabłkami a zeszłorocznymi, polegającą na tym, że zeszłoroczne sprzedała lub zjadła, a tegoroczne jej zabiorą. Kuzynka jednak nie wyciągała wniosków z tych bystrych spostrzeżeń i pozwalała jeść tylko nadbite jabłka.

Raz zawołała mnie z płaczem do wielkich orzechów obok wjazdu. Rozzuchwalone baby wiejskie rwały orzechy. Rozpacz kuzynki była wielka, a moja pomoc znikoma.

Raz byłem we wsi. Chłopi zgromadzeni już od trzech dni wokół żółto-niebieskich sztandarów i bram triumfalnych kłaniali się nadal nisko miastowemu człowiekowi.

Raz... ale o innych razach potem.

W niedzielę wieczorem patrzyliśmy na Karpaty. Inżynier upierał się, że wielka złota gwiazda nad horyzontem to sowiecki balon obserwacyjny dla niepoznaki oświetlony i ucharakteryzowany na gwiazdę. W końcu wydawało mi się, że ta gwiazda rzeczywiście mruga inaczej niż inne i poszedłem spać zdezorientowany.

W nocy ktoś mnie obudził. Ekonom dał znać, że Rosjanie są już w Kołomyi. On ucieka. Policja też ucieka na Węgry.

Erwin Axer

Erwin Axer, ur. w 1917 w Wiedniu, reżyser, wieloletni dyrektor Teatru Współczesnego w Warszawie. Liczne inscenizacje za granicą: w D?sseldorfie, Monachium, Berlinie, Hamburgu, Zurychu, Wiedniu, Amsterdamie, Leningradzie i Nowym Jorku. Pedagog i publicysta. Wydał m.in. zbiory felietonów oraz "Ćwiczenia pamięci" (1986, 1992, 1998). W repertuarze Teatru Współczesnego jest obecnie "Wielkanoc" Strindberga w jego reżyserii (2001).

 

 

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk