Wielki powrót Mariusza
Trelińskiego i Krzysztofa Warlikowskiego na scenę Opery Narodowej? Taką możliwość
zapowiada trzeci z wybitnych polskich reżyserów operowych, Michał Znaniecki, aktualnie
p.o. dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego.
Michał Znaniecki, reżyser operowy, p.o. dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego Opery
Narodowej
39-letni Michał Znaniecki jest dziś, być może, najbardziej zapracowanym polskim
reżyserem, przynajmniej w świecie opery. W ciągu ostatnich czterech miesięcy
zrealizował pięć premier. Ostatnio "Otella" Verdiego na Wyspie Piaskowej we
Wrocławiu i "Samsona i Dalilę" Saint-Saënsa w Bolonii. W przyszłym sezonie
chce nieco wyhamować. Od maja jest bowiem głównym reżyserem Opery Narodowej, a także
pełniącym obowiązki jej dyrektora artystycznego.
Właśnie dopina repertuar nadchodzącego sezonu artystycznego 2008/09. Jak na europejskie
standardy to niewiarygodnie późno, ale w Operze Narodowej jest już tak od lat.
Znaniecki swoją funkcję pełni od maja, wcześniej pracował jako konsultant programowy
Janusza Pietkiewicza, dyrektora naczelnego Opery Narodowej. Trudno o bardziej egzotyczny
tandem - konserwatywny dyrektor niechętny nowinkom i reżyser z otwartą głową, który
od 23. roku życia robi przedstawienia za granicą. Być może połączyło ich upodobanie
do kultury włoskiej? Faktem jest, że Znaniecki ma coraz więcej swobody w kształtowaniu
repertuaru. Prowadzi rozmowy z wybitnym reżyserem Robertem Carsenem, którego chce
zaprosić do realizacji "Don Carlosa" w sezonie 2011/12, a także z dyrygentem i
kompozytorem Lorinem Maazelem w sprawie wystawienia jego opery "1984" w
koprodukcji z innymi teatrami. A przecież jeszcze pół roku temu poprzednik Znanieckiego
Ryszard Karczykowski złożył dymisję, tłumacząc, że naczelny nieustannie wkracza w
jego kompetencje i torpeduje projekty.
Nadchodzący sezon będzie kompromisem między wcześniejszymi planami Janusza
Pietkiewicza a ambicjami Michała Znanieckiego pragnącego nieco ożywić narodową
scenę.
Odbędą się więc dwie zaległe premiery "Fausta" Gounoda w reżyserii Roberta
Wilsona i "Hrabiny" Moniuszki w reżyserii Laco Adamika - projekty forsowane
przez Pietkiewicza. A obok tego - jako trzecia premiera - zapowiadany jest wielki powrót
Krzysztofa Warlikowskiego, chyba najbardziej wziętego dziś na Zachodzie polskiego
reżysera. - Jest szansa, że na scenie Opery Narodowej obejrzymy jedno z jego najnowszych
przedstawień, "Medeę" Cherubiniego z Théâtre de la Monnaie w Brukseli.
Byłaby grana w Warszawie przez rok. Trwają starania o to, aby w tytułowej roli
wystąpiła jej znakomita brukselska wykonawczyni Nadja Michael - mówi Michał Znaniecki.
Z afisza zejdzie natomiast "Wozzeck" Berga, warszawski spektakl Warlikowskiego
sprzed dwóch lat.
Na warszawską scenę powróci też Mariusz Treliński. To już pewne (są podpisane
umowy), że "Orfeusz i Eurydyka" Glucka w jego reżyserii i ze scenografią
Borisa Kudliczki otworzy sezon 2009/10 w Operze Narodowej. Przedstawienie powstanie w
koprodukcji z Operą w Bratysławie, gdzie zostanie pokazane po raz pierwszy, kilka
miesięcy przed warszawską premierą. Kierownictwo muzyczne obejmie Łukasz Borowicz,
obsada nie jest jeszcze znana.
Czwarta premiera nadchodzącego sezonu to "Trubadur" Verdiego w reżyserii
Michała Znanieckiego. I znów dobra wiadomość. Partię Azuceny wykona słynny polski
kontralt Ewa Podleś. Będzie to jej nowa warszawska rola po bardzo długiej przerwie.
Majową premierę poprzedzi przegląd wszystkich tytułów Verdiego znajdujących się w
repertuarze Teatru Wielkiego.
Na tym nie koniec nowości. Michał Znaniecki szykuje cykl pod roboczą nazwą "Opera
i literatura". Chce umożliwić debiut operowy takim reżyserom jak: Michał Zadara,
Jan Klata, Maja Kleczewska, a także Anna Augustynowicz. Na scenie kameralnej Teatru
Wielkiego realizowaliby przedstawienia łączące utwory dramatyczne z operowymi.
Pierwszą premierę przygotuje Igor Gorzkowski, który połączy "Ożenek"
Gogola z I aktem opery Modesta Musorgskiego skomponowanej na podstawie tej sztuki.
Trudno jednak mówić o wznowieniu eksperymentalnego cyklu "Terytoria"
wprowadzonego do Opery Narodowej przez Mariusza Trelińskiego. Choćby z tego powodu, że
podobnej szansy jak reżyserzy nie dostaną na razie młodzi kompozytorzy. |