Na wydarzenia w
Teatrze Wielkim - Operze Narodowej patrzę z dystansu. Będąc krytykiem na co dzień
zajmującym się scenami dramatycznymi, bywam tam jako zwyczajny widz. Trzeźwo i bez
zacietrzewienia postrzegający sytuację.
Z mojego punktu widzenia wygląda ona następująco. Opera Narodowa pod artystycznym
kierownictwem Mariusza Trelińskiego przeżywała jeden z najlepszych okresów. Treliński
wraz z wybitnym dyrygentem Kazimierzem Kordem rzetelnie zapracowali na swą renomę. Scena
przy placu Teatralnym stała się miejscem twórczego fermentu z normą w postaci
nowatorskich interpretacji klasyki. Przekonaliśmy się o tym, co wiedzieli od dawna
widzowie na świecie. Że opera nie jest bynajmniej gatunkiem zmurszałym. Przeciwnie,
stanowi idealne pole do prawdziwych, a nie wymuszonych modą eksperymentów. Celowali w
nich zresztą najwięksi reżyserzy - Strehler, Losey, Chereau.
Nadejście Janusza Pietkiewicza oznaczało kres takiego myślenia o operze. Pracę
Trelińskiego przerwano jednym ruchem, rezygnując z większości jego repertuarowych
planów. W zamian zaś zaproponowano powrót do przeszłości - inscenizacji polskich oper
w archaicznym stylu, z obowiązkową nutą patriotyzmu spod znaku Moniuszki, podlaną
bogoojczyźnianym patosem. Aby zamknąć usta oponentom dostrzegającym w formułowanym
mętnie, choć obudowanym pięknymi hasłami programie Pietkiewicza realną groźbę
uwstecznienia artystycznego profilu Teatru Wielkiego, wstawiano do repertuaru pozycje
niby-awangardowe, w rodzaju osławionej "Iwony, księżniczki Burgunda"
Krauzego. Wszystko to razem utonęło w chaosie, w powszechnej opinii ciągnąc Operę
Narodową na artystyczne dno. Dlatego odwołanie Trelińskiego i zastąpienie go
Pietkiewiczem okupowało szczyty rankingów największych skandali roku 2006, ogłaszanych
nie tylko przez branżowe pisma.
Pietkiewicza od zawsze łączono z parą prezydencką. Za czasów rządów Lecha
Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu stał się przecież odpowiedzialny za stołeczne
teatry, z czasem - jak środowiskowa wieść niesie - zdobywał jego przyjaźń. Stał
się też częstym towarzyszem Marii Kaczyńskiej w jej wizytach na przeróżnych
premierach. Pietkiewicz zaczął więc funkcjonować w obiegowej opinii jako pupil Pałacu
Prezydenckiego, co do wczoraj gwarantowało mu nietykalność. Od ministra Zdrojewskiego
oczekiwano bowiem jego odwołania już w chwili, gdy obejmował urząd. Z podjęciem tej
decyzji czekał niemal rok, ale wreszcie stała się faktem. I to w momencie, gdy Lech
Kaczyński patronuje zaplanowanemu na 11 listopada balowi prezydentów, który odbędzie
się w Teatrze Wielkim właśnie, a za organizację którego odpowiadał Pietkiewicz. W
tej sytuacji wyjścia są dwa. Albo zdymisjonowanie szefa Opery Narodowej wywoła kolejną
wojnę między rządem i prezydentem, albo też Lech Kaczyński przełknie gorzką
pigułkę, z jakichś powodów godząc się na odejście swego ulubieńca. Tak czy inaczej
kariera Janusza Pietkiewicza, zwłaszcza w ostatnich latach, obrazuje bliskie, nawet za
bardzo, związki świata kultury z polityką.
Dziś jednak polityczne tło sprawy schodzi na drugi plan. Liczy się przede wszystkim
powrót Mariusza Trelińskiego - reżysera rozchwytywanego przez najważniejsze sceny
świata. Polska nie może sobie pozwolić na utratę tej klasy artystów. |