OPERA I OPERETKA
___________________________________________________________________________

Na wydarzenia w Teatrze Wielkim  patrzę z dystansu

Na wydarzenia w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej patrzę z dystansu. Będąc krytykiem na co dzień zajmującym się scenami dramatycznymi, bywam tam jako zwyczajny widz. Trzeźwo i bez zacietrzewienia postrzegający sytuację.

Z mojego punktu widzenia wygląda ona następująco. Opera Narodowa pod artystycznym kierownictwem Mariusza Trelińskiego przeżywała jeden z najlepszych okresów. Treliński wraz z wybitnym dyrygentem Kazimierzem Kordem rzetelnie zapracowali na swą renomę. Scena przy placu Teatralnym stała się miejscem twórczego fermentu z normą w postaci nowatorskich interpretacji klasyki. Przekonaliśmy się o tym, co wiedzieli od dawna widzowie na świecie. Że opera nie jest bynajmniej gatunkiem zmurszałym. Przeciwnie, stanowi idealne pole do prawdziwych, a nie wymuszonych modą eksperymentów. Celowali w nich zresztą najwięksi reżyserzy - Strehler, Losey, Chereau.

Nadejście Janusza Pietkiewicza oznaczało kres takiego myślenia o operze. Pracę Trelińskiego przerwano jednym ruchem, rezygnując z większości jego repertuarowych planów. W zamian zaś zaproponowano powrót do przeszłości - inscenizacji polskich oper w archaicznym stylu, z obowiązkową nutą patriotyzmu spod znaku Moniuszki, podlaną bogoojczyźnianym patosem. Aby zamknąć usta oponentom dostrzegającym w formułowanym mętnie, choć obudowanym pięknymi hasłami programie Pietkiewicza realną groźbę uwstecznienia artystycznego profilu Teatru Wielkiego, wstawiano do repertuaru pozycje niby-awangardowe, w rodzaju osławionej "Iwony, księżniczki Burgunda" Krauzego. Wszystko to razem utonęło w chaosie, w powszechnej opinii ciągnąc Operę Narodową na artystyczne dno. Dlatego odwołanie Trelińskiego i zastąpienie go Pietkiewiczem okupowało szczyty rankingów największych skandali roku 2006, ogłaszanych nie tylko przez branżowe pisma.

Pietkiewicza od zawsze łączono z parą prezydencką. Za czasów rządów Lecha Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu stał się przecież odpowiedzialny za stołeczne teatry, z czasem - jak środowiskowa wieść niesie - zdobywał jego przyjaźń. Stał się też częstym towarzyszem Marii Kaczyńskiej w jej wizytach na przeróżnych premierach. Pietkiewicz zaczął więc funkcjonować w obiegowej opinii jako pupil Pałacu Prezydenckiego, co do wczoraj gwarantowało mu nietykalność. Od ministra Zdrojewskiego oczekiwano bowiem jego odwołania już w chwili, gdy obejmował urząd. Z podjęciem tej decyzji czekał niemal rok, ale wreszcie stała się faktem. I to w momencie, gdy Lech Kaczyński patronuje zaplanowanemu na 11 listopada balowi prezydentów, który odbędzie się w Teatrze Wielkim właśnie, a za organizację którego odpowiadał Pietkiewicz. W tej sytuacji wyjścia są dwa. Albo zdymisjonowanie szefa Opery Narodowej wywoła kolejną wojnę między rządem i prezydentem, albo też Lech Kaczyński przełknie gorzką pigułkę, z jakichś powodów godząc się na odejście swego ulubieńca. Tak czy inaczej kariera Janusza Pietkiewicza, zwłaszcza w ostatnich latach, obrazuje bliskie, nawet za bardzo, związki świata kultury z polityką.

Dziś jednak polityczne tło sprawy schodzi na drugi plan. Liczy się przede wszystkim powrót Mariusza Trelińskiego - reżysera rozchwytywanego przez najważniejsze sceny świata. Polska nie może sobie pozwolić na utratę tej klasy artystów.

      

Jacek Wakar
Dziennik
25 września 2008

          

  
INDEX ROZMOWY WYDARZENIA RECENZJE FESTIWALE PORTRETY TEATRY
    

Stowarzyszenie Teatralne "Tespis"

rk