OPERA I OPERETKA
___________________________________________________________________________

Na Gershwina czekaliśmy pół wieku

„Porgy and Bess” w wykonaniu nowojorskich artystów miała muzyczny styl, mimo że profesjonalizm łączył się ze spontanicznością cechującą amatorów.

Przez trzy weekendowe wieczory sala Opery Narodowej pękała w szwach, a chętnych do obejrzenia zespołu działającego pod szyldem agencji Living Arts Inc. z Nowego Jorku było dużo więcej. Najstarsi widzowie wspominali zaś wizytę w Warszawie innej murzyńskiej grupy – Everyman Opera. Pół wieku temu po bilety na jej „Porgy and Bess” stało się ponad 20 godzin.Trudno się dziwić tłumom wtedy i dziś. Na kolejną szansę obejrzenia opery George’a Gershwina będziemy zapewne musieli poczekać kilkadziesiąt lat. Europejscy artyści nie są w stanie wcielić się w jej bohaterów. Zresztą i przed prapremierą w 1935 r. Gershwin długo szukał solistów, nim skompletował zestaw czarnoskórych wykonawców.

Czy jednak w ogóle warto dziś oglądać „Porgy and Bess”? Zdecydowanie tak. Ponad 70 lat temu Gershwin zrobił coś, czego nikt przed nim nie próbował: włoską operę połączył z amerykańskim musicalem, dodał elementy murzyńskiego gospel i synkopowanego jazzu.

Ta mieszanka nie zestarzała się, muzyki słucha się wciąż z przyjemnością. Zwłaszcza w wykonaniu Richarda Hobsona (Porgy) i Kishiny Davis (Bess). Oboje dobry warsztat operowy łączą z wyczuciem jazzu, a jej efektowny sopran ma metaliczne brzmienie, charakterystyczne dla murzyńskich wokalistek. Reggie Whitehead (Sporitin” Life) to zaś świetnie śpiewający i tańczący aktor musicalowy.

Zdecydowanie gorzej jest z widowiskową stroną przedstawienia. Powstało ono 16 lat temu, co zdecydowanie widać. To tradycyjny i przestarzały teatr próbujący realistycznie odtworzyć obrazki z życia murzyńskiej społeczności w Karolinie Południowej. Przeniesienie akcji z XIX w. w czasy Gershwina niewiele pomogło. Reżyseria jest sztampowa, wiele sytuacji nie zostało wykorzystanych. Brakuje dynamiki, a sceny zbiorowe rażą wokalnym amatorstwem. Znacznie lepiej zaprezentowała się towarzysząca artystom orkiestra Opery Narodowej pod dyrekcją Paciena Mazzagattiego.

A przecież z „Porgy&Bess” można zrobić nowoczesne, żywiołowe widowisko. Muzyka temu sprzyja, libretto także, bo opowiada historię o miłości, którą zniszczyły narkotyki. Europejscy inscenizatorzy wiedzieliby, co z takim utworem począć. Amerykanie, jak widać, przywiązani są do tradycji, zwłaszcza że pieczę na spektaklem Living Arts Inc. sprawują spadkobiercy Gershwina.

       

Living Arts Inc. z Nowego Jorku, „Porgy&Bess”, opera w 3 aktach, libretto - DuBose i Dorothy, Heyward, Ira Gershwin, dyrygent - Pacien Mazzagatti, nadzór artystyczny - Will Roberson, reżyseria - Susan Williams-Finch, scenografia - James Fouchard, kostiumy - Susan Williams-Finch, Kimberly, Thurston, światła - Kathryn M. MacKay, choreografia - Keila Cordova
Prapremiera - Nowy Jork, Alvin Theater (Broadway), 10 października 1935
Premiera europejska - Kopenhaga, Opera Królewska, 27 marca 1943
Premiera polska - Wrocław, Opera Wrocławska, 15 kwietnia 1973
W Teatrze Wielkim-Operze Narodowej

       

Jacek Marczyński
Życie Warszawy
16 czerwca 2008

 

          

  
INDEX ROZMOWY WYDARZENIA RECENZJE FESTIWALE PORTRETY TEATRY
    

Stowarzyszenie Teatralne "Tespis"

io