Zamiast
oszałamiającego widowiska, porażka. W sobotę 27 grudnia w warszawskiej Sali
Kongresowej, na oczach ponad dwutysięcznej publiczności, upadła legenda bałkańskiego
muzyka Gorana Bregovića. Jego operę "Karmen (z happy end'em)" można zaliczyć
do największych klap mijającego roku. Bregović został wygwizdany na scenie.
Od 90 do nawet 250 złotych należało zapłacić za bilet na operę "Karmen (z happy
endem)". Dla wielbicieli muzyki Gorana Bregovića pieniądze nie grały roli. Jednak
nie wszyscy doczekali do końca spektaklu, a za tytułowy "happy end" uznano
fakt, że "wreszcie się skończył".
Pierwsze narzekania pojawiły się jeszcze przed godziną 19.00, o której miała się
zacząć opera. Ponad dwa tysiące zadziwionych gości wpuszczono na salę dopiero na
kilka minut przed rozpoczęciem występu. Widzów trzymano na korytarzu, bo do ostatniej
chwili za drzwiami trwały gorączkowe próby.
Wreszcie miłośnicy bałkańskich rytmów prowadzonej przez Bregovića "Orkiestry
Weselno-Pogrzebowej" zasiedli w fotelach pamiętających jeszcze wyprowadzenie
sztandaru PZPR, oczekując na pierwsze dźwięki muzyki. Ale wizja artysty była zupełnie
inna...
"Nikt nic nie rozumiał"
Bregović, jak wynikało z programu spektaklu, osadził swoją Karmen w realiach
komunistycznej Rumunii za czasów Nicolae Ceauşescu. Miała opowiadać historię
miłosną pomiędzy Kleopatrą (czyli tutułową Karmen!), cyganką przepowiadającą
przyszłość oraz śmieciarzem Bakią.
Spektakl zaczął się od prezentacji przez główną bohaterkę różnych możliwości
artystycznych, wśród których znalazło się... puszczanie bąków spod pachy w rytm
Marsylianki.
Na pierwszy akt opery, złożyły się monologi trzech postaci (w tym Bregovića)
dotyczące życia Kleopatry. Kwestie recytowane po serbsku i włosku były zupełnie
niezrozumiałe dla sporej części sali, a ekran z polskimi napisami zasłaniały wielkie
głośniki wiszące po obu stronach sceny.
"Samo to, że sprzedawano miejsca skąd nie było widać ekranu, było wielkim
oszustwem ze strony organizatorów" - zauważa Adam Wardecki, jeden z widzów.
"To trwało około czterdziestu minut. Ludzie byli zdezorientowani, nikt nic nie
rozumiał. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na próbie. Pomiędzy rzędami słychać
było szepty: wychodzimy?, zostajemy?" - relacjonuje pan Adam.
Im dłużej trwały monologi, tym głośniej komentowano to, co dzieje się na scenie.
"Gdzie jest muzyka!? Oddajcie nam pieniądze!" - krzyczeli niektórzy. "Nie
widać napisów! O co w tym chodzi!" - wrzeszczeli inni.
Po czterdziestu minutach publiczność znacznie się już przerzedziła. Nagle pośród
gwizdów na scenę wyszedł Goran Bregović. Zwrócił się do publiczności z pytaniem:
"What's wrong"?" (Co jest nie tak?).
Potem poprosił publiczność o otwarcie programu opery i zaczął omawiać wydrukowane w
nim zdjęcia prosząc widzów, by wraz z nim oglądali obrazki, szukając związku zdjęć
z operą.
Gdy doprowadzeni do ostateczności ludzie przecierali oczy ze zdumienia, światła
przygasły i rozpoczął się drugi akt. Tym razem z głośników popłynęła muzyka.
Wreszcie nie było powodów do narzekania - publiczność mogła się rozkoszować grą
prowadzonej przez Bregovića "Orkiestry Weselno-Pogrzebowej", na którą czekano
blisko godzinę. Szkoda tylko, że tak krótko.
"To lekceważenie publiczności"
Opuszczający salę widzowie zapowiadali, że od organizatora będą żądać zwrotu
pieniędzy. Mówiono, że wykupił prawa tylko do jednego występu wiedząc, że na samo
nazwisko Bregovića da się ludzi przyciągnąć tylko raz.
"Przyglądałam się próbom tej szmiry i nie mogłam uwierzyć" - mówiła
odbierającym płaszcze widzom szatniarka Sali Kongresowej. "To skandaliczne
lekceważenie publiczności! Ja wiedziałam, że to się tak skończy" - dodała.
W opisie opery zapowiedziano, że miała być hołdem dla prostytutki. Padło pytanie:
"Co Kleopatro dostałaś od życia? Nic". Dlatego on, Bregović, postanowił
dać jej tę operę. |