Artykuł

Co ty wiesz o wolności?

Nie było widowiska na miarę 30. rocznicy wydarzeń sierpniowych, nie było koncertu z prawdziwego zdarzenia, nie było wykonawcy o wolnościowych praktykach (może tylko inklinacjach), nie było utworu, który porwałby publiczność. Rozmyto i "rozbłocono" ten Sierpień w sposób karygodny. Co zobaczymy w przyszłym roku? Pokaz mody i wiejskie wesele?

Widowisko Roberta Willsona to kolejny argument na to, że polska kultura daje się okresowo wykorzystać w sposób urągający okolicznościom lub/i pozwala sobie na brak profesjonalizmu przy podejmowaniu kluczowych decyzji. To, co zobaczyliśmy w Gdańsku, było wielką, sceniczną pomyłką. Dawka politycznej, kolektywnej powagi wespół z klezmerską muzyką, historią niemieckiej agresji na Rosję, nagraniami wideo, długimi odczytami w języku angielskim (bez tłumaczenia), pojedynczymi występami zaproszonych artystów, w tym jednej, prawie oderwanej od realności za sprawą ponadczasowych używek oraz mono-, duorecytacje.

Kompletną porażką i bezprecedensową żenadą były przemowy trojga "inostrańców" stale zamieszkujących w Polsce, ale zaproszonych, by przekazać przesłanie o wolności. Sudańczyk, Kubańczyk i Tybetanka mówili raz lepiej, raz gorzej, ale bez przekonania o swej rocznicowej i wolnościowej misji. Przykro to stwierdzić, ale wyglądali niczym marionetki w tanim cyrku, które wynajęto ku zaskoczeniu widowni. Nie byli to ludzie, o których można przeczytać na portalach internetowych, że walczą o wolność, nikt, komu ranga spotkania i szacunek dla uczestników wydarzenia, pozwala na ideologiczne przemowy.

Suzane Vega pokazała inne oblicze, deklamując wiersz Wisławy Szymborskiej "Koniec i początek". Jak to dobrze, że właśnie ten wiersz z przejęciem odczytany, usłyszeli zgromadzeni wokół Placu Trzech Krzyży. Uniwersalne przesłanie utworu wyjątkowo wyraziście wpisało się w ocenę i wymowę nieudanego widowiska. Przyszli starzy, solidarnościowi "wojownicy", wzruszający się co roku przy wspomnieniach wydarzeń i ludzi. Przyszli aktywni oceniacze tych wydarzeń, którzy rościli sobie prawo do własnej interpretacji dziejów i osób, angażując się w przygotowanie tej rocznicowej uroczystości. Przyszli także statyczni i statystyczni Polacy, jacy przychodzą na wiele wydarzeń kulturalnych i po prostu chcą się dobrze bawić. Ci, co wiedzieli o co tutaj szło, muszą ustąpić miejsca tym, co wiedzą mało. I mniej niż mało. I wreszcie tyle co nic.

Ta dziejowa prawda nabrała w Gdańsku kosmicznego przyspieszenia. Nie było widowiska na miarę 30. rocznicy wydarzeń sierpniowych, nie było koncertu z prawdziwego zdarzenia, nie było wykonawcy o wolnościowych praktykach (może tylko inklinacjach), nie było utworu, który porwałby publiczność. Rozmyto i "rozbłocono" ten Sierpień w sposób karygodny. Co zobaczymy w przyszłym roku? Pokaz mody i wiejskie wesele?

Wieczór 31 sierpnia miał być wyjątkowy. Robert Wilson zapowiadany jako teatralna i widowiskowa gwiazda światowego formatu zapewnić miał swoim nazwiskiem sukces i niebywałe emocje. Krążyły plotki o pojawieniu się jego przyjaciół: Tiny Turner, Bruce'a Springsteena, Bono, Boba Dylana, Leonarda Cohena. W podzielonym na prolog, 4 akty i epilog show wystąpili: Macy Gray (skandalicznie "wstawiona"), Rufus Wainwright (z łagodnym, lecz smutnawym "Alleluja"), (skupiająca uwagę) Angelique Kidjo, Marianne Faithfull (zmęczona życiem, bo bez energii), Philip Glass, Kayah (z "Get up, stand up" niewiele naładowanym energią), Jan Lisiecki jako wirtuoz fortepianu. Ksenia Kimonowa malowała piaskiem na szkle, Wojciech Mann krótko, nieregularnie i mało śmiesznie zagadywał. Sprawdzonym duetem okazali się: Jerzy Radziwiłowicz, pamiętny Maciek Tomczyk z filmu z 1981 roku "Człowiek z żelaza" i filmu "Człowiek z marmuru" z 1976 roku i Krystyna Janda, grająca także w obu filmach, Agnieszkę. Ciekawym zabiegiem artystycznym (przemyślanym i kompozycyjnie interesującym, złudnym jednak, jeżeli go odnieść do poziomu całości) była inscenizacja w postoczniowym budynku. Fajerwerki zamknęły całość widowiska, dając poczucie, że w życiu piękne są tylko chwile.

Katarzyna Wysocka

***

Tak jak co roku w tych dniach i na co dzień niestety, "Solidarność" dzieli Polaków, tak jak kiedyś łączyła. Nie potrafimy korzystać z wolności, jesteśmy tchórzliwi, skłóceni, niewyrobieni kulturalnie, słabi i mamy kredyty do spłacenia. Wśród widowni tej niezwykłej akademii ku czci, czy raczej zjawiska, które za komuny określano jako widowisko słowno-muzyczne, krążyły informacje o gigantycznym budżecie przedsięwzięcia (sprawdziliśmy - faktycznie kosztowało to aż 9 milionów złotych! a niektóre gaże były skandaliczne wręcz). Miliony złotych nie pomogły i udowodniły, że nie tylko nie potrafimy sobie poradzić na co dzień z wolnością, ale jeszcze nie mamy pomysłu, jak ją artystycznie wyrazić. Po "show" Wilsona na pstryknięcie palców stworzyłem na poczekaniu pierwszą, krótką listę wykonawców, których chciałbym zobaczyć w taki dzień. Czy naprawdę żadnego z nich nie można było zakontraktować?

Gdańsk ma zobowiązania historyczne i ambicje na przyszłość. Jeśli chce je zrealizować, nie może produkować więcej takich gniotów jak wczorajszy. Organizatorzy powinni bardzo poważnie zastanowić się nad następną edycją tego potrzebnego festiwalu - idea artystycznego hołdu dla wojowników jak najbardziej, ale formuła do wymyślenia na nowo. Konsultacje społeczne jak najbardziej przydatne.

Piotr Wyszomirski

  • Katarzyna Wysocka, Piotr Wyszomirski
  • Gazeta Świętojańska
  • 09 March 2010
mwy