
Fot. Jacek Marczewski / AG
Andrzej
Seweryn reżyseruje "Tartuffe'a" w Teatrze Tv
- Widzę Moliera jako autora, który wyprzedza
epokę, jako wielkiego myśliciela, a nie jako autora głupich komedyjek. Molier to
rozumienie świata i błaznowanie z niego - powiedział "Gazecie" Andrzej
Seweryn na planie reżyserowanego przez siebie "Tartuffe'a" Moliera. Realizacja
spektaklu dla Teatru TV zakończyła się wczoraj w Modlinie - emisja
"Tartuffe'a" jesienią.
Ewa Gałązka: "Tartuffe" jest Pana
debiutem reżyserskim, ale tylko w Teatrze TV. We Francji reżyserował Pan w teatrze
kilkakrotnie. Dlaczego wybrał Pan "Tartuffe'a"?
Andrzej Seweryn: "Tartuffe", obok
"Mizantropa" i "Don Juana", jest trzecim arcydziełem Moliera.
Mizantropa i Don Juana grałem, więc pomyślałem, że należałoby się oddalić od
tego, co robiłem przed chwilą. Nie chcę mówić, że Molier "wielkim autorem
był", po prostu uważam, że arcydzieła trzeba grać przy każdej okazji, a taką
okazję stworzył mi Teatr TV i pani red. Malina Bardini, która bardzo pomagała mi w tej
realizacji.
Ostatni raz "Świętoszka" dla
Teatru TV zrobił w 1971 roku Zygmunt Hübner z pamiętną rolą Tadeusza Łomnickiego
jako Tartuffe'a. Później w teatrze nie było już znaczącej realizacji tej sztuki.
- To smutne. Pamiętam jeszcze, że pan Sochnacki
|
|
zagrał
znakomitego Orgona w Teatrze Nowym w Łodzi w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego w 1977 r.
To jest kolejny powód, dla którego należy grać to arcydzieło, tak jak należy grać
"Hamleta" czy "Makbeta". Takie też argumenty padały w mojej rozmowie
z dyrektorem Teatru TV Jackiem Wekslerem.
Do roli Tartuffe'a wybrał Pan Michała
Żebrowskiego. Skąd pomysł takiego odmłodzenia postaci?
- Nie rozumiem, dlaczego fakt, że gra go
człowiek 30-letni, wzbudza zdziwienie. Kto kazał wszystkim dotychczasowym Tartuffe'om
być starymi, grubymi, obleśnymi? Tylko słowa, które w sztuce wypowiada Doryna. A ja
uważam, że należy być bardziej nieufnym wobec postaci, jak i wobec ludzi w ogóle. Tak
często, tak intensywnie, tak świetnie kłamiemy, że niekoniecznie to, co mówi Doryna
czy ktoś inny w sztuce o Tartuffie, jest prawdą.
Grał Pan w sztukach Moliera wielokrotnie,
reżyserował Pan na w Comedie Française jego "Małżeństwo z musu". Jak to
wpłynęło na Pana pracę nad "Tartuffem"?
- Nie będę oryginalny, jeżeli powiem, że
praca we Francji, poznanie języka francuskiego, praca w Comedie Française, kontakt z
Molierem, z jego domem, z historią jego zespołu, reżyserowanie Moliera na scenie
Comedie Française oczywiście mi pomogło. Pomogło patrzeć na ten tekst inaczej niż
koledzy w Polsce. A mówiąc najprościej: Molier jest dla mnie autorem, który wyprzedził
Oświecenie o sto lat. Encyklopedystom nie groziło już więzienie za ich poglądy.
Moliera chciano spalić za Tartuffe'a. Widzę Moliera jako autora, który wyprzedza epokę,
jako wielkiego myśliciela, a nie jako autora głupich komedyjek. Molier to śmiech przez
łzy. To rozumienie świata i błaznowanie z niego. To pokazywanie prawdy o świecie,
kompromitowanej poprzez kpinę z niej. Molier tak kpi z Mizantropa, tak usiłuje
skompromitować Don Juana przez tekst włożony w usta Sganarela. Takiego zabiegu dokonuje
również w "Tartuffie", ponieważ prawdziwym dewotem, czyli fałszywym
świętoszkiem, jest Tartuffe, a fałszywym dewotem, czyli prawdziwym świętoszkiem, jest
Orgon, co słusznie zauważył już prof. Jan Kott.
Rozmawiała Ewa Gałązka
Gazeta Wyborcza
25 marca 2002 |