Brechtowski "Baal" to opowieść o
artyście, który zaprzedał duszę samemu sobie i całkowicie zawierzył własnym
instynktom. Historię poety żyjącego poza wszelką moralnością w Teatrze
Współczesnym wyreżyserowała Anna Augustynowicz
Libido. Główna siła napędowa poety, chuć pchająca w jego ramiona każdą kobietę.
Nieważne, czy to żona szefa, narzeczona przyjaciela, którą doprowadza do samobójstwa,
czy kobieta spotkana na ulicy. Baalowi daleko do miłosnego wyrafinowania Don Juana:
kobieta, którą posiadł, staje się dla niego kawałkiem mięsa, traci powab.
Literatura. Jedyna kochanka, której był wierny. Baal, postrzegany jako geniusz, jest
wielbiony, choć pluje ludziom w twarz, wyśmiewa mieszczańską bezmyślność,
podwójną moralność. Baal, cyniczny człowiek-zwierzę, nie dąży do posiadania
czegokolwiek. Budzi w ludziach odrazę, choć silniejsza od wstrętu jest chęć
odgadnięcia jego tajemnicy: życia pozbawionego poczucia winy, zawierzonego instynktom,
podsycanego alkoholem.
Lenistwo. Baal robi tylko to, co uważa za właściwe. Oddala się od rzeczywistości, nie
tłumaczy, nie uzasadnia, obserwuje kolor nieba. Leniwy nie jest jedynie w dążeniu do
rozkoszy - tylko wtedy, twierdzi, wysiłek się opłaca.
Baal stworzył siebie z grzechu. Zasadą jego działania jest brak zasad. Moralność i
rozważania o Bogu zostawił innym, choć sam przypisał sobie boskie przymioty.
W spektaklu Anny Augustynowicz nie widzimy Baala spacerującego po łąkach, chlejącego
na umór w zapyziałych oberżach, szarpiącego się z ludźmi. Ani to romantyczna
ballada, ani naturalistyczna opowieść o niemoralnym człowieku. To teatr iluzji. Gdy
mowa jest o piciu, słyszymy jedynie odgłos przelewania płynu. To, co mają sobie do
powiedzenia bohaterowie - łącznie z inwektywami - wypowiadane jest jak podczas
kościelnego kazania, z wyższością, niezrozumieniem. Aktorzy poruszają się
mechanicznym zamaszystym krokiem tanga, czasem niezdarnym - jakby swoim ruchem rysowali
obraz na czarnym tle prostej scenografii.
Postacie z otoczenia Baala (wytwory jego wyobraźni?) to wcielenia konkretnych cech. Są
marionetkami, z których Baal korzysta, tworząc swój świat. Pojawiają się i znikają
w jednostajnym rytmie prostego tematu muzycznego - jedynego bodaj elementu tego
przedstawienia, które budzi żywsze emocje. Monotonny, choć bardzo precyzyjnie utkany,
spektakl ożywa dzięki epizodom: Szymona Czackiego w roli Joachima, przyjaciela Baala,
któremu bohater uwodzi narzeczoną, Elżbiety Golińskiej w roli matki, Tomasza Cymermana
- tajemniczego błazna. Zawodzi postać tytułowa: Baal według Augustynowicz jest
smętny, niezdecydowany, pozbawiony ikry. Wyrazisty tekst kontrastuje z bezbarwną
kreacją Jerzego Senatora, a podkreślane przez Brechta "odczuwanie" zastąpiło
banalne "intelektualizowanie". Pół biedy, że nie zostało nic z dosłownej
zwierzęcości - nie ma tu nawet jej metafory. Baal nie zadziwia, nie bulwersuje, nie
wpędza w moralną niepewność, skapitulował, ugrzecznił się, uczesał i zasiadł za
stołem, żeby opowiedzieć o bladym wspomnieniu własnej przeszłości. |