ZAGRANICA
| Znany
nowojorski dramaturg polskiego pochodzenia David Ives napisał sztukę "Polish
Joke". Reakcja Polonii była bardzo ostra.
|
||
fot. Karolina Sawicka Starbucks Coffe. Róg Ósmej i Trzydziestej Dziewiątej Ulicy. Dramaturg David Ives (chudy, wysoki, krzaczaste brwi, siwy jeżyk) wyciąga z torby gruby plik kartek i rzuca z impetem na stolik. Sztuka "Polish Joke" ma dwa akty, 12 scen, 104 strony. Huk, jaki wywołała wśród Polonii, jest dużo większy niż odgłos, jaki powoduje jej zderzenie z blatem stolika. - Są sztuki o dorastaniu w Ameryce Włochów, Żydów, Irlandczyków. Ale nie ma ani jednej o dorastaniu Polaka. Ja ją napisałem. Wpłynąłem na nieznany obszar - mówi poetycko Ives i zaraz przekonuje mnie, że inaczej nie umie. - Jestem Kolumbem polskości w teatrze amerykańskim, Mickiewiczem z Chicago - śmieje się. Dla kilku polonijnych organizacji David Ives nie jest ani Mickiewiczem, ani Kolumbem. Jest zdrajcą i wrogiem Polski. Ives dowiedział się o tym niedawno. Kiedy po premierze "Polish Joke" w znanym z wystawiania nowatorskich sztuk Teatrze Współczesnym w Seattle dostał owację na stojąco (najgłośniej krzyczała pani z pierwszego rzędu w biało-czerwonym kapeluszu), wciąż czuł się polskim wieszczem. Kiedy po przedstawieniach przychodzili do niego Polacy z Seattle i mówili, że są zachwyceni - jeszcze bardziej umocnił się w tym przekonaniu. Poczucie to prysło pewnego wieczoru wraz z telefonem dyrektora artystycznego teatru w Seattle Gordona Eiselsteina. - Przyszedł do ciebie list od polskiego konsula generalnego z Los Angeles - powiedział dyrektor. David Ives poszedł do jego biura, chwycił smukłymi dłońmi artysty (gra na pianinie Bartóka i Bacha) kartkę zadrukowaną urzędowym pismem i przeczytał protest przeciwko swojej sztuce. - Ten list jest wyjęty z zupełnie innej bajki. Najpierw myślałem, że to żart, potem, że napisała go jakaś sekretarka. Po paru minutach dotarło do mnie, że zrobił to konsul generalny - mówi Ives. Pisarz odpisał, że nie czuje się winny, całe dzieciństwo jadł kiełbasę domowej roboty (a także pierogi i gołąbki), dzielił się opłatkiem w Wigilię, uwielbia Miłosza i jako Polak sam był ofiarą polskich kawałów. Jest koniec lat 50. David Ives nie jest jeszcze słynnym dramaturgiem, tylko małym chłopcem. Nie jest nawet Davidem Ivesem - nazywa się Roszkowski. Właśnie idzie z wizytą do wuja Romana. Wuj jest prostym człowiekiem, drukarzem, nigdy nie skończył szkoły średniej. Ale całymi dniami czyta książki i zaraża nimi Davida Roszkowskiego. Siadają obok siebie w piwnicy pełnej książek i czytają. Potem wychodzą na podjazd do garażu i wuj nalewa sobie do kufla piwo. Do piwa wbija jajko i sypie sól. Kiedy David Roszkowski będzie już słynnym Davidem Ivesem, zapragnie uwiecznić wujka w jednej ze swoich sztuk. Siebie samego też w niej umieści - pod imieniem Jasiu. (- To moje alter id - żartuje). JASIU: Czy piwo smakuje lepiej z jajkami i solą? ROMAN: Raczej nie. Jajka i sól są tylko częścią polskiego dziedzictwa. Prawdopodobnie jedynym polskim odkryciem oprócz radu i podkoszulka bez rękawków. ("Polish Joke", akt 1, scena 1) Aktorzy z Seattle nie piją na scenie piwa z jajkiem i solą. Nie zgodził się na to tamtejszy sanepid. Taka mieszanina - zdaniem fachowców - mogłaby doprowadzić do zatrucia. Aktor, owszem, jajko wbija, piwo soli, ale w kuflu jest specjalne urządzenie, które zabójczą mieszaninę zatrzymuje. Aktor pije na niby. Jasiu w sztuce: Nie piję piwa, bo boję się, że któregoś dnia wbiję do niego jajko. I że będzie mi to smakować. David Ives w życiu: - Nie miałem obsesji uciekania od swoich polskich korzeni. Ta reakcja Jasia jest wymyślona - przyznaje. Wuj Roman umarł kilka lat temu. - Wciąż mi go brakuje - mówi David Ives. - Opowiadał pasjami polskie kawały. W "Polish Joke" Roman mówi między innymi: Gdyby Einstein był Polakiem, całe życie pracowałby jako sprzątaczka. Sztukę "Polish Joke" - która, jak przyznaje sam autor, składa się bardziej z serii luźnych scen niż fabuły - otwiera i zamyka rozmowa Romana z Jasiem. Roman wysyła Jasia w podróż, w czasie której ma on uciec od swojej polskości. Jasiu nie dostaje pracy, która uczyniłaby go "ważną, międzynarodową postacią mającą władzę i pieniądze", bo kobieta, która go do niej przyjmuje, odkrywa, że jest Polakiem. Obiecuje Jasiowi, że dostanie posadę, jeśli tylko powie, że ją chce, ale on nie jest w stanie tego wykrztusić, bo odzywa się w nim "polski dzwon". Jasiu rezygnuje też z bycia księdzem, bo przeszkadza mu w tym pociąg do Magdy, która nosi biało-czerwoną sukienkę, a na szkolnym przedstawieniu wielkanocnym grała Marię Dziewicę. Potem Jasiu rezygnuje z żydowskiej narzeczonej, bo uświadamia sobie, że należy do innego świata. W końcu decyduje, że osiedli się w Irlandii pod nazwiskiem Flangan, ale samolot z powodu trudnych warunków atmosferycznych ląduje w Warszawie. Tam żeni się z pracownicą LOT-u Olgą. - Dostałem mnóstwo e-maili od oburzonych przedstawicieli Polonii, że trzeba się skrzyknąć i sztukę zablokować, bo jest skandaliczna. Lubię sprawdzać takie rzeczy. Wszedłem na stronę internetową teatru z Seattle i to, co tam przeczytałem, potwierdziło treść e-maili - opowiada konsul. Poszło o słowo "przekleństwo" (ang. curse). Na stronie teatru konsul przeczytał taką notkę: "Czy ktoś kiedyś myślał, że bycie Polakiem jest częścią bycia człowiekiem? Młody Jasiu nie chce być Polakiem przez całe swoje życie, ale przekonuje się, że nie można umknąć przeznaczeniu. Podczas swej zabawnej podróży Jasiu spróbuje wszystkiego, by pozbyć się przekleństwa swojego polskiego pochodzenia". - Usiadłem, napisałem list do teatru. Na drugi dzień przyszła obszerna odpowiedź od Ivesa. Trzeciego dnia zadzwonił pan Gary Tucker z public relations teatru w Seattle. Rozmawialiśmy godzinę. Rozstaliśmy się w zgodzie - mówi konsul. Gary Tucker opowiedział konsulowi sztukę i - jako reprezentanta Polski - przeprosił za notkę w Internecie (teatr natychmiast ją zmienił). Konsul uznał, że sztuka nie jest antypolska. - Znam Amerykę od 20 lat. Polish jokes, chociaż bolą, w dużym stopniu są dowcipem potocznym, obdartym z etnicznej agresji, takim samym jak na przykład dowcipy o Szkotach - opowiada konsul. - Poza tym dostałem e-mail od znajomych z Seattle, że w teatrze nic neurotycznego ani histerycznego się nie dzieje. Gary Tucker twierdzi, że wręcz przeciwnie - dzieją się same pomyślne rzeczy: - To całe zamieszanie chyba napędziło nam trochę publiki. Nigdy nie widziałem tylu Polaków w teatrze. Przyjeżdżają nawet z odległych miast. A oburzenie słabnie. Po tych wszystkich e-mailach zastanawialiśmy się przez chwilę - może naprawdę wystawiamy coś antypolskiego? Ale reakcja Polaków, którzy widzieli sztukę, rozwiała wątpliwości. Są zachwyceni. David Ives po raz pierwszy zobaczył notkę internetową mówiącą o klątwie bycia Polakiem, kiedy mu ją pokazałem w Starbucks Coffe: - To pomysł kogoś z działu reklamy teatru w Seattle. Absolutnie nie oddaje idei mojej sztuki - mówi. - Chociaż rozumiem, że już sam tytuł sztuki mógł zdenerwować niektórych ludzi. Pierwszy tytuł sztuki, zmieniony potem przez reżysera Jasona McConnella Buzasa, brzmiał: "Polska albo czerwone i białe" (wziął się stąd, że na Jasia działają wyłącznie kobiety ubrane na biało-czerwono). Rodzice ojca (już nie żyją) Davida Ivesa przyjechali z Polski. Rodzice matki mówili po polsku i po angielsku. David mówił w domu w obu językach. W szkole podstawowej uczył się polskiego, ale nigdy go nie używał i zapomniał. Mieszkał w pewnym niezwykłym miejscu. JASIU: Śniło mi się, że urodziłem się w polskiej dzielnicy, w wielkim mieście, w sercu serca Ameryki. (...) Ulice pokryte były czerwonym pyłem z huty. (...) Wiedziałem, w tym śnie, że moi polscy dziadkowie przyjechali do tego miejsca dla ulic wybrukowanych złotem, ale ta warstwa radioaktywnych zanieczyszczeń była najbardziej przypominającą złoto rzeczą spośród wszystkiego, co osiągnęli. (...) Wiedziałem, że wezmą mnie do wojska, a potem zrobię dziecko jakiejś dziewczynie. Będę pracował w hucie, aż umrę na raka w wieku 60 lat, a po trzydniowym czuwaniu nad otwartą trumną i stypie w restauracji wdowa po mnie będzie żyć jeszcze przez 40 lat, aż poślizgnie się na zamarzniętej kałuży w drodze do kościoła i umrze. ("Polish Joke", akt 1, scena 4) David Roszkowski codziennie chodził do kościoła. Był ministrantem. Miał zostać księdzem. Ale w seminarium katolickim w Chicago wykładowcy dali mu do czytania "Hamleta" i inne niereligijne książki. - W szkole średniej dobrze mnie wyedukowali. Tak dobrze, że zrezygnowałem z bycia księdzem - mówi. Zrezygnował też z bycia Polakiem (przyjął nazwisko amerykańskiego kompozytora, którego uwielbiał - Charlesa Ivesa), ale przypomniał sobie o tym na pięćdziesiąte urodziny. - To przełomowy wiek. Uświadomiłem sobie, że
|
nie ucieknę od korzeni - mówi. Po urodzinach wpadł w polski nastrój. - W roku 1999 napisałem jednoaktówkę "Życie świętych". O dwóch polskich kobietach, które szykują jedzenie na stypę. Grali ją w Filadelfii i Nowym Jorku. To jeden z moich najlepszych scenariuszy - mówi. - "Polish Joke" też napisałem w polskim nastroju. W parę miesięcy. Ta sztuka jest dla mnie słodkim wspomnieniem z dzieciństwa. David Ives pokazał "Polish Joke" na warsztatach dramatycznych w Kalifornii. Podobała się. Polskie dowcipy wciąż są w USA popularne. Kiedy David Ives słyszy polish joke, wcale się nie denerwuje. - Niektóre z nich są bardzo śmieszne. Nie da się zaprzeczyć - mówi. Jego ulubiony polski kawał pojawia się w "Życiu świętych": "Co jest napisane na dnie butelki polskiej coca-coli? Otwieraj z drugiej strony". Życie nie jest sztuką - Od razu się zorientowaliśmy, że żaden z protestujących nie widział sztuki - mówi jej współpracowniczka Karen Bystrom. Susan Trapnell poszła obejrzeć "Polish Joke" i zaraz się uspokoiła. "Widziałam tę sztukę. Nie ma w niej ani uprzedzeń, ani rasizmu" - odpisała Krzysztofowi Skótnickiemu ze Stowarzyszenia Polsko-Belgijskiego, które najgłośniej protestowało. Krzysztof Skótnicki nie był przekonany. Sztuki nie widział, ale i tak napisał e-maila do dyrektora teatru w Seattle. "Jest to szczególnie obraźliwe dla Polaków, w poczet których ja mam przywilej się zaliczać. Odbieramy Wasze wydarzenie jako wysoce dyskryminacyjne i antyrasistowskie, będące w sprzeczności z poprawką numer 5 do Konstytucji USA i naszymi uczuciami narodowymi. Jeśli nasza prośba [o wycofanie sztuki - przyp. aut.] nie zostanie spełniona, wniesiemy sprawę przeciwko Wam do Międzynarodowej Federacji Obrony Praw Człowieka". Jeden z fragmentów, który uraził Skótnickiego, wygląda tak: ROMAN: Bycie Żydem jezd sztuką. Bycie Irlandczykiem jezd społecznym rzemiosłem. Ale bycie Polakiem Jasiu - to jezd przeznaczenie. Czy możesz uciec od tego przeznaczenia? Czy możesz uciec od tego polskiego dzwonu w tobie, co mówi, że życie nie ma sensu? Czy cóś ci się uda, czy zostaniesz kimś, chociaż żeś Polaczek? Czy może przejedzie cię autobus, który chcesz złapać? ("Polish Joke", akt 1, scena 1) Ten sam fragment kończy recenzję ze sztuki, jaką napisała Leah Kohlenberg dla gazety "Seattle Intelligencer". Leah spodobały się słowa Romana, bo sama jest Żydówką, ale nie spodziewała się, że tak bardzo oburzą one innych. - Pierwsze e-maile dostałam parę godzin po opublikowaniu recenzji. Zarzucano mi nienawiść do Polaków. Przez tydzień takich maili przyszło kilkanaście - opowiada dziennikarka. - Nie rozumiem, skąd się wzięła ta korespondencja. Ta sztuka jest słodka, zabawna i ani trochę antypolska. Przeciwnie, Ives pokazuje w niej głupotę ludzi, którzy kierują się uprzedzeniami, w tym wypadku uprzedzeniami wobec Polaków. Nie rozumiem, jak komuś mogło przyjść do głowy, że w teatrze wystawiono sztukę pochwalającą polskie kawały. David Ives też nie rozumie: - Ta sztuka jest też o tym, co to znaczy być Polakiem. Jedna z bohaterek mówi: "Jeśli nie kochasz Polski, nie jesteś Polakiem". Ta scena zawsze zbiera brawa. Jasiu żeni się potem z tą kobietą. David Ives, inaczej niż Jasiu, nie ożenił się nigdy z Polką. - Moja żona jest Żydówką. Zadziwia mnie zawsze to, jak otwarcie rozmawia przy stole ze swoimi dziećmi. W naszej katolickiej rodzinie to było niemożliwe. Zazdroszczę tego żydowskim rodzinom. Spotykam się z pisarzem po raz drugi - tym razem w jego luksusowym mieszkaniu na Upper West Side. Ives skończył chicagowski Northwestern University, a potem studia teatralne na Yale. Całe życie musiał literować swoje nazwisko, a i tak nikt nigdy nie napisał go poprawnie. Więc je zmienił. Ale polskie pochodzenie i tak się za nim ciągnęło. Dopadło go, kiedy pracował dla pisma "Foreign Affairs". - Redaktor naczelny był kwintesencją bogatego białego protestanta: po Harvardzie, kilka domów, akcent jak J.F.K. Zawsze powtarzał: "Ives, Ives. Interesujące. Jesteś z tych Ivesów z Massachusetts czy Connecticut?" Odpowiadałem, że nie mam tam krewnych. - Ma pan kompleks Irlandczyków? - pytam. David Ives wybucha śmiechem: - Pewnie, że nie. Chociaż ludzie w Nowym Jorku zawsze chodzą na irlandzkich autorów, nawet jeśli ich sztuki są fatalnie. Tak jest w świecie teatru. Ives przełamał irlandzką dominację. W latach 1995-96 jego jednoaktówki były najczęściej granymi sztukami w USA po dramatach Szekspira. Na końcu "Polish Joke" Polacy wyprowadzają się z okolicy, w której mieszkał Jasiu, a wuj Roman zatrudnia gosposię z Jamajki, która gotuje mu karaibskie potrawy. Zadowolony z życia Jasiu odwiedza go, żeby porozmawiać przy piwie. Przyleciał z Warszawy, gdzie mieszka z żoną. - Przesłanie sztuki brzmi: musisz się zaakceptować. Uzdrowi cię to, że nie ma w tobie nic złego - mówi David Ives. W sztuce ujął to tak: PIELĘGNIARKA: Zwykłam obwiniać się o rozpad moich czterech małżeństw, problemy z alkoholem i kokainą. Wtedy wróżka postawiła mi tarota i powiedziała, że jestem Polką. W tej chwili rozpada się moje piąte małżeństwo i wciąż ćpam, ale przynajmniej wiem dlaczego. Teraz akceptuję siebie i mam do siebie szacunek. Wszystko dzięki Polsce! ("Polish Joke", akt 2, scena 8) Jedna z ostatnich scen zawiera patriotyczną inwokację godną Mickiewicza: OLGA [do Jasia - przyp. aut.]: Polska była śmietnikiem Europy przez wieki. Kraj jest zacofany, ludzie biedni. To tego się wstydzisz. Że nie jesteśmy Amerykanami z ich pieniędzmi, wakacjami i wielkimi domami, w których pełno drogich rzeczy. Naziści zabili trzy miliony Polaków. Nie tylko polskich Żydów, trzy miliony Polaków. ("Polish Joke", akt 2, scena 10) Davidowi Ivesowi przeszedł już polski nastrój. Mówi, że przyczyniła się do tego interwencja Polonii. Nie będzie pisał kolejnych sztuk na polskie tematy. Pracuje właśnie nad adaptacją niemieckiego musicalu "Taniec wampirów", który wystawią na Broadwayu w marcu przyszłego roku. Ale polska klątwa wciąż go trochę prześladuje. Musical oparty jest na filmie Romana Polańskiego. Jak zatopić polski okręt wojenny? Zwodować go. Słyszeliście o polskiej rodzinie, która zamarzła na śmierć przed wejściem do kina? Czekali na film pod tytułem "Zamknięte na zimę". - Jesteśmy bliscy pokonania raka - powiedzieli Amerykanie. - Wymyśliliśmy samochód, który jeździ na wodę - pochwalili się Niemcy. - Wysyłamy statek kosmiczny na Saturna - z dumą obwieścili Rosjanie. - A my wysyłamy statek kosmiczny na Słońce - powiedzieli Polacy. Naukowcy innych nacji pokiwali z powątpiewaniem głowami. - Jak uchronicie statek przed ogromnymi temperaturami na Słońcu? Polacy odpowiedzieli: - To proste, polecimy nocą.
Marcin Fabiański |
|
| INDEX | WYDARZENIA | RECENZJE | TEATRY |