Moskwa, Sofia,
Bukareszt, Nowy Jork, Tel Awiw - polski dramat współczesny zdobywa świat. Czy stanie
się równie cenioną sztuką jak polski plakat i animacja?
Zakończony w sobotę festiwal polskiej dramaturgii w Tel Awiwie zorganizowany przez
Instytut Adama Mickiewicza i narodową scenę Izraela Habima w ramach sezonu polskiego w
Izraelu przerósł wszelkie oczekiwania. Pierwotnie miał składać się z samych czytań
przekładów na hebrajski. Jednak młodzi reżyserzy podeszli do zadania niezwykle
ambitnie i przygotowali pięć warsztatowych przedstawień na podstawie
"Absyntu" Magdy Fertacz, "Argo" Marka Kochana, "Podróży do
wnętrza pokoju" Michała Walczaka, "Nocy" Andrzeja Stasiuka i "Naszej
klasy" Tadeusza Słobodzianka. Kameralna sala teatru T'muna, w której odbywały się
prezentacje, z trudem mieściła wszystkich chętnych.
Była to już trzecia z kolei zagraniczna prezentacja naszej dramaturgii w ostatnich
miesiącach. W październiku podobny przegląd zorganizował Instytut Polski w
Bukareszcie, a w listopadzie Instytut Polski w Sofii. Wszystkim trzem towarzyszyły
antologie tłumaczeń polskich dramatów, wydane we współpracy z prestiżowymi
wydawnictwami.
Jeśli dodać do tego minifestiwal polskich sztuk w Nowym Jorku zorganizowany na
przełomie października i listopada we współpracy z Polskim Instytutem Kultury,
czytania polskich sztuk: "Łucji i jej dzieci" Marka Pruchniewskiego oraz
"Lamentu" Krzysztofa Bizia w ramach festiwalu Nowaja Drama we wrześniu w
Moskwie oraz przygotowywane przy wsparciu Instytutu Książki i Instytutu Adama
Mickiewicza antologie polskich dramatów po rosyjsku i niemiecku, okaże się, że
współczesny dramat zaczyna dorównywać popularnością takim eksportowym przebojom
polskiej kultury jak animacja i plakat.
Dzieje się tak za sprawą polskiej dyplomacji kulturalnej, która odkryła, że
dramaturgia może być świetną płaszczyzną międzykulturowego dialogu. Wystawa plakatu
lub retrospektywa filmów to zwykle wydarzenie jednorazowe. Tymczasem dramat poprzez
spektakle przygotowywane przez zagranicznych twórców ma szansę stać się częścią
miejscowej kultury i na trwałe wejść do obiegu.
Coraz częściej oprócz zapraszania polskich zespołów teatralnych Instytuty Polskie i
IAM kreują zainteresowanie polską dramaturgią wśród samych ludzi teatru. Tak było w
Nowym Jorku, gdzie sztuki Przemysława Wojcieszka "Made in Poland" i Michała
Walczaka "Piaskownica" i "Pierwszy raz" doczekały się premier w
teatrach off-Broadway z amerykańską obsadą. Krytyka przyjęła je na ogół życzliwie:
chwalono Wojcieszka za poczucie humoru, a jego dramat o anarchiście z polskiego
blokowiska, który chce wywołać rewolucję społeczną, porównywano z klasyką
literatury buntowniczej: "Buszującym w zbożu" Sallingera.
"Made in Poland" wzbudziło zainteresowanie również w Bukareszcie, gdzie
sceniczne czytanie sztuki przygotowali aktorzy Teatru Odeon. Zdaniem szefa Instytutu
Polskiego w Bukareszcie Jarosława Goduna dramat Wojcieszka ma szansę wejść do
repertuaru jednego ze stołecznych teatrów. Doskonale oddaje bowiem stan duchowy
rumuńskiej młodzieży, która pozbawiona autorytetów, podobnie jak polska młoda
generacja, na własną rękę próbuje szukać drogi w kapitalistycznej dżungli.
W Moskwie po czytaniach na festiwalu Nowaja Drama Teatr Praktika przygotowuje premierę
"Lamentu" Bizia, trzech monologów o samotności kobiet. Z kolei w Bułgarii
karierę robi "Testosteron" Andrzeja Saramonowicza. Inteligentna komedia o
stereotypie współczesnego mężczyzny wystawiona w 2006 roku w sofijskim Teatrze
Satyrycznym stała się hitem i do dzisiaj przyciąga komplety widzów. Teraz ukazała
się drukiem razem z ośmioma innymi dramatami (m.in. "Porozmawiajmy o życiu i
śmierci" Krzysztofa Bizia, "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku"
Doroty Masłowskiej, "Absynt" Magdy Fertacz, "Tiramisu" Joanny
Owsianko), które reprezentują różne nurty teatralne: od psychologicznego realizmu po
groteskę i zaangażowany dramat społeczny.
Polski dramat najnowszy ma szansę na sukces przede wszystkim w dawnych krajach
postkomunistycznych, odwołuje się bowiem do wspólnego doświadczenia transformacji
ustrojowej i towarzyszącego jej kryzysu wartości. Bizio, Fertacz, Owsianko, Masłowska
mówią o podobnej zdegradowanej rzeczywistości, w jakiej żyją Rumuni, Bułgarzy,
Węgrzy, Słowacy. Na sukces polskich sztuk pracuje także legenda polskiego teatru,
który nadal jest punktem odniesienia w tej części Europy.
Ale nie tylko Europa Wschodnia stoi otworem przed polskimi dramaturgami, o czym świadczy
żywy odbiór polskich sztuk w Tel Awiwie. Dr Varda Fish, dramaturg Habimy, wybrała do
przeglądu dramaty, które w oryginalny sposób mówią o polskiej rzeczywistości, a
zarazem dotykają wspólnych doświadczeń. - W izraelskiej dramaturgii dominuje realizm,
polski dramat sięga po groteskę, absurd, metafizykę. Dlatego jest dla nas tak ciekawy -
mówi Fish.
Szczególnym zainteresowaniem na przeglądzie cieszyły się dwa tytuły:
"Absynt" i "Nasza klasa". Sztuka Magdy Fertacz o pannie młodej,
która w dniu ślubu popełnia samobójstwo i po śmierci analizuje swoje życie, trafiła
celnie we wrażliwość młodej izraelskiej widowni. Była to nie tylko zasługa samego
tekstu, oddającego eskapistyczne nastroje młodego pokolenia, ale także inscenizacji
młodego reżysera Maora Zagori opartej na prostym, a przy tym nośnym pomyśle
rozdwojenia głównej postaci, Karoliny. W tej roli wystąpiły dwie aktorki: jedna grała
dziewczynę sprzed samobójstwa, druga była duchem, który przygląda się własnej
drodze ku śmierci. Ich energetyczne, zaangażowane aktorstwo przeniosło polski tekst
ponad barierami kulturowymi. "Były w tym dramacie akcenty wybitnie polskie, ale
udowodnił on, że jest absolutnie uniwersalny. Życie boli w każdym miejscu" -
napisał o "Absyncie" krytyk opiniotwórczej gazety "Ha'aretz" Michael
Handelsaltz.
"Nasza klasa" Słobodzianka działała z kolei poprzez odwołanie do wspólnej,
polsko-żydowskiej bolesnej historii. Inspirowana tragedią w Jedwabnem opowieść o
uczniach jednej klasy, Polakach i Żydach, rozgrywająca się na przestrzeni 70 lat od
międzywojnia po współczesność, w Tel Awiwie stała się wspólnymi polsko-żydowskimi
"Dziadami". Aktorzy Habimy należący do starszego pokolenia interpretowali
tekst Słobodzianka w bardzo osobisty sposób, jakby opowiadali tragiczne historie
własnych rodzin. "Izraelska publiczność siedziała poruszona i zafascynowana,
patrząc na Żydów i na Polaków, którzy są zarówno dobrymi ludźmi, jak i ofiarami i
oprawcami" - pisze w swojej relacji z festiwalu Handelsaltz i dodaje, że
rozłożenie akcentów w tej skomplikowanej opowieści było właściwe i dokonane z
wrażliwością. "Prawdziwy egzamin sztuka będzie musiała zdać przed
publicznością polską, a nie izraelską. Słobodzianek jest tego świadomy. Mówi, że
jest to opowiadanie nie o konflikcie polsko-żydowskim, lecz o konflikcie polsko-polskim,
którego Żydzi są częścią" - uważa izraelski krytyk.
Jak powiedział po czytaniu "Naszej klasy" Ilan Ronen, szef artystyczny Habimy,
sztuka Słobodzianka ma szansę wejść do repertuaru narodowego teatru Izraela, kiedy
wróci on do swojej siedziby, obecnie przebudowywanej. Na afisz Teatru T'muna wejdzie
prawdopodobnie także spektakl wg "Absyntu", w powszechnej opinii najlepszy
spośród prezentowanych w ramach polskiego przeglądu.
Na okładce programu izraelskiego przeglądu widniały surrealistyczne drzwi na brzegu
morza, przez które w kierunku lądu wpływa obłok. Czy najnowszy polski dramat
zdobędzie międzynarodowe sceny, powtarzając sukces sztuk Sławomira Mrożka? Tego nie
wiemy. Ważne, że drzwi są otwarte. |