Berliński
Schaubühne am Lehniner Platz to wizytówka niemieckiego teatru. Od prawie dziesięciu lat
scenę w samym sercu Berlina powierzono młodym zdolnym, czyli Thomasowi Ostermeierowi -
jednemu z najwybitniejszych inscenizatorów na świecie oraz choreografce Sashy Waltz.
Rozpoczęli nie tylko od promowania młodych reżyserów, ale przede wszystkim od
wystawiania nowej współczesnej dramaturgii.
Jak podkreśla Ostremeier interesuje go "teatr wielkomiejski, współczesny oraz
międzynarodowy, europejski". Luka Percevala do współpracy zaprosili kilka lat
temu. Belgijski reżyser słynący przede wszystkim ze współczesnego odczytywania
klasyki (dość wspomnieć jego słynne inscenizacje "L. King of Pain" - na
podstawie "Króla Leara" Szekspira, "Andromacha" Eurypidesa,
"Maria Stuart" Friedricha Schillera, "Płatonowa" Czechowa,
Szekspirowskiego "Otella" czy "Śmierć komiwojażera" Arthura
Millera) wyznaczył zupełnie nowe tory w Schaubühne.
Sięgając po "Penthesileę" wg Heinricha von Kleista, Perceval znów mierzy
się z klasyką, chociaż tym razem używa niewielu współczesnych narzędzi. Interesują
go przede wszystkim emocje bohaterów, omija psychologię. Każe przyjrzeć się każdemu
grymasowi na ich twarzach i odczytywać każdy ruch. Żonglując metaforami, zmusza
wyobraźnię do pracy na najwyższych obrotach. Dlatego na scenie nie znajdziemy ani
kropli krwi, nie będzie też mieczy, łuków ani koni, chociaż rzecz o wojnie. Nie
będzie łez, namiętnych pocałunków, chociaż siłą napędową tragedii Kleista jest
miłość…
Andrzej Wanat napisał kiedyś, że początki przedstawień zwykle bezbłędnie mówią
mu, z czym będzie miał do czynienia. Po pierwszych minutach spotkania z
"Penthesileą" też wiadomo, że mamy do czynienia z widowiskiem pękającym od
symboli. Surowość scenografii skłania do różnorodnych interpretacji. Na środku
sceny, wśród metalowych ścian, widać tylko ogromne drewniane pale (tak pozostanie do
końca). Przypominają niepodpalony jeszcze stos, który lada chwila może runąć. Jak
ludzki los, który w każdej sekundzie może się odmienić. Stos jest jak zapowiedź
końca, nieuchronnej katastrofy…
Perceval "zaczyna" głuchą ciszą, by za chwilę ogłuszyć mocnymi dźwiękami
elektrycznej gitary (na żywo). I wiadomo, że właśnie ona posłuży do budowania
napięcia, postawienia akcentów i wykrzykników, do nadania tempa, które przy
inscenizowaniu walki wydają się kluczowe. Ona sprawi, że co jakiś czas po plecach
przejdą dreszcze. Wreszcie aktorzy. Skąpo ubrani, w szare, obdarte szmaty. Ich twarze i
ciała pomalowane na biało. Kiedy zastygną w ruchu, wyglądają jak posągi wojowników.
Kiedy pędzą do utraty tchu wokół stosu, jakby goniąc swoje przeznaczenie,
przypominają lwy na wybiegu. Ryczą i wyją do mikrofonów, zagrzewają do walki i
wzywają do niej. Ciągły bieg jakby wprawiał ich w trans, z którego nie sposób się
uwolnić.
Perceval tylko ociera się o Kleista. Ze skrawków tekstu buduje świat bohaterów,
których zamyka w ich cielesności. Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy królowa
Amazonek Penthesilea (doskonale władcza i dzika Katharina Schuttler) na polu bitwy
spotyka Achillesa (trwa wojna Greków z Trojanami). Zatraceni w namiętności chcą stale
trafiać na siebie w walce. Gonią się jak zwierzęta wypuszczone z klatki. Owładnięci
rządzą dominacji nie zważają na nic i nikogo. W ostatnim starciu Penthesilea nie ma
dość sił, by jednak ulec miłości. Zabija Achillesa, by za chwilę skończyć ze
sobą.
Bohaterowie Percevala budzą w sobie pierwotne instynkty. Walczą, ale tylko na śmierć i
życie. Potrzebują walki jak wody. Tak jak zwycięstwa. Jeśli kochają, to tylko na
zawsze. Nie zabiją miłości, ale zabiją siebie, bo w ich życiu nie może być miejsca
na uczucie.
Ten świat, tylko czarny albo nieskazitelnie biały, jest namalowany bardzo precyzyjnie,
grubą kreską. Ostro, ale nie nachalnie. Reżyser zaufał widzom.
Wizja od początku do końca przemyślana. Na scenie widzimy pozornie nieuporządkowany
świat bez zasad, uderzają w nas zimne obrazy. Pod tym chłodem kryje się jednak palący
żar uczuć, odwieczna walka ognia z wodą, która na myśl przywodzi słowa reżysera,
że "scena to żywioł przypominający życie". Zmagania bohaterów z ich
słabościami, z przeznaczeniem wreszcie doprowadzą do oczyszczenia i przyniosą
upragnioną ulgę…
Widziałam "Penthesileę" kilka miesięcy temu w Berlinie. I do tej pory
potrafię przywołać w myślach wykrzywione w bólu twarze aktorów. Słyszę ich krzyk.
Uczta. Dla wszystkich zmysłów.
Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie, Heinrich von Kleist, "Penthesilea",
reż. Luk Perceval
Premiera: 21 lutego 2008 r., Teatr Wielki, 25, 26 października |