Dziesiąty "zamek wyobraźni"
przejdzie do historii polskiego performance, jako pierwszy festiwal, na którym została
dość wyraźnie przełamana arcydelikatna bariera niechęci (właśnie polskiego)
performance wobec działań grupowych, włączania publiczności i innych artystów (a
nawet krytyka sztuki) do niewiarygodnie intensywnych, ekspresyjnych performances.
Oczywiście takie przypadki (na małą skalę) zdarzały się wcześniej.
Jednak od tej pory możemy mówić o "performance jako doświadczeniu", o doświadczaniu
performance i zamazywaniu relacji artysta - widz. Możemy też stwierdzić, że już nie
wiemy, kto dokładnie jest widzem a kto performerem. Festiwal stał się sceną generującą
tę zmianę nie stosując rewolucyjnej zasady przekreślania czy podważania tradycyjnej
relacji "ja artysta - ja widz - i świat".
Kluczem do "inności" festiwalu było pojawienie się sceny undergroundowej, która
wprowadziła mocne skrajności, atakując wszystko i wszystkich, zmieniła recepcję
sztuki oraz wywołała ostry skandal obyczajowy. Treścią innych wystąpień były takie
kwestie jak: refleksja nad pauperyzacją kultury, inwazja popu i komercji, refleksja nad własną
egzystencją i egzystencją świata, ironizowanie na temat komercji, prezentacja osobistej
gry z formami wizualnymi, dźwiękowymi i obyczajowymi, absurdalna realizacja własnych
marzeń, traktowanie sztuki performance jako codzienności, lub całkowita identyfikacja z
codziennością, aż po ostateczne opuszczenie terenu sztuki. W tym wszystkim znalazła się
undergroundowa erotyka i retoryka, która zdominowała, przynajmniej w wersji prasowej, cały
festiwal.
Do Ustki i Słupska przyjechali artyści z Hiszpanii (Angel Pastor), Austrii (Eva
Ursprung), USA (Marilyn Arsem, Jed Speare & Alice Cox, Jamie McMurry), Wielkiej
Brytanii (Brian Connolly, Kenny McBride) i Polski (Małgorzata Kubiak, Aleksandra Kubiak,
Beata Rzeźnikiewicz, Wojciech Kowalczyk, Jakub Bielawski, Artur Grabowski, Łukasz Guzek,
Paweł Kwaśniewski, Dariusz Fodczuk, Antoni Szoska, Ewa Rybska & Władysław Kaźmierczak).
Międzynarodowy Festiwal Sztuki Performance "Zamek Wyobraźni", Ustka / Słupsk,
30 sierpnia - 4 września 2002. Kurator: Władysław Kaźmierczak
Ewa Rybska & Władysław Kaźmierczak
"To be or not to be a Cosmopolitan" / "Być albo nie być Kosmopolitą"
Performance skupił się wokół problemu bycia obywatelem świata w kontekście niedawnej
przeszłości postkomunistycznej, ograniczonego kontaktu ze światem i nowym, współczesnym,
antyglobalistycznym kontekstem, który chce widzieć świat jako zbiorowość
multi-etniczną. Zaraz po II wojnie światowej Stalin wprowadził obowiązujące pojęcie
"internacjonalizmu" światowego, ideologicznego, ale nie osobistego. Zwykli
ludzie byli zmuszani do realizowania hasła "proletariusze wszystkich krajów łączcie
się", które było zawsze śmieszne i puste. Służyło ideologicznej propagandzie i
polityce. Służyło do organizowania manifestacji solidarności z Kubańczykami lub Koreańczykami,
i odwrotnie - organizowania protestów przeciwko polityce Amerykanów, Niemców i Izraela.
O ludziach, którzy brali czynny udział w "poparciach" albo
"protestach" mówiono "internacjonalista" (komunista o szerokich
aspiracjach światowych) albo "internacjonał" (internacjonalista sympatyzujący
z Moskwą). Ludzie, którzy drwili z tak skonstruowanych pojęć nazywano
"kosmopolitami", tzn. takimi, którzy popierają amerykański imperializm. Nawet
teraz, w tej chwili mój komputer proponuje mi zatrważające synonimy pojęcia
"kosmopolita": nieznajomy, obcy, obcokrajowiec, cudzoziemiec, alochton, bezpaństwowiec,
przybysz. Słowem, ktoś niedobry. "Kosmopolityzm" jest określany jako postawa
oparta na założeniu, że ojczyzną człowieka jest cały świat, charakteryzująca się
biernym stosunkiem do tradycji, kultury i interesów narodu, z którego się wywodzi.
Dzisiaj tym pojęciem, w negatywnym sensie, posługują się ludzie o ultraprawicowych
poglądach, sprzeciwiający się jakimkolwiek związkom z Europą i światem. Pragnący
zachować daleko idącą etniczną i religijną odrębność. Negatywny sens pojęcia
"kosmopolityczny" widzą także antyglobaliści. Ale przecież dokładnie wiemy,
że za warstwą językową kryje się zawsze polityka, która dba o realizację swoich celów
i interesów. Okazuje się, że świat bez granic, wiz, świat podobnych produktów, świat
wspólnej kultury i wspólnej waluty jest światem niedobrym, niszczącym to, co
indywidualne, tradycyjne i narodowe. Źle brzmi także pojęcie "światowiec" w
dobie powszechnych kryzysów, bezrobocia, wojen i.... Internetu. Polityczna poprawność
chce wyeliminować nasze otwarte związki ze światem. Polityczna poprawność narzucana
przez tych, którzy najczęściej nie muszą dobijać się o to, by być w świecie oraz
przez tych, którzy za wszelką cenę chcą się od niego odgrodzić.
Na szczęście, niezależnie od tych dywagacji istnieje jeszcze indywidualny wybór, który
nie musi mieścić się w żadnej z wymienionych ram czy pojęć. I o tym traktował
performance "To be or not to be a Cosmopolitan" / "Być albo nie być
Kosmopolitą".
Performerzy jak zwykle elegancko ubrani w garnitury, białe koszule, muszki i białe rękawiczki,
rozpoczęli swój performance od kontaktu ze stołami (przedmiot występujący w każdej
kulturze), na które jakby specjalnie chcieli zwrócić uwagę. Stoły były gładzone,
obchodzone i w końcu zostały zsunięte ze sobą. Potem nastąpiła seria cytatów z
najnowszej historii sztuki: artyści klęczeli na końcu stołów, wstawiali na nie krzesła,
potem rowery, weszli na stół i przy akompaniamencie oryginalnej sonaty Kurta
Schwittersa, siedząc na krześle pisali automatycznie w zeszytach litery wypowiadane
przez niemieckiego dadaistę. Następnie przechodzili wzdłuż sceny z jednym butem na głowie,
zaczęli wyjmować coraz więcej plastikowych gadżetów i plastikowych worków, które
zakładali na głowę, prezentując publiczności różne ich odmiany. Sekwencja obrazów
z maskami, dmuchanymi zabawkami, białymi parasolkami i czytanie pisma
"Cosmopolitan" (z plastikowym workiem na głowie) wprowadziła nas w świat
konsumpcji, banału i pop kultury. Finałowym momentem było wejście na stół, założenie
na głowy dużych papierowych worków z napisem firmowym MAXI i podpalenie ich.
Jamie McMurry
"Waste Management" / "Zagospodarowanie odpadów"
Artysta rozpoczął swój performance w przygotowanej wcześniej instalacji z metalowych
beczek po paliwie. Beczki zostały ustawione w piramidę i razem połączone. Jedna z nich
stała oddzielnie. Artysta podpalał wiązki traw i patyków ułożonych na beczkach,
rozcinał beczki elektryczną piłą do metalu, pił wodę z rozstawionych wokół
szklanek, które rozbijał po wypiciu wody, wylewał brudną wodę z beczek, rozdzierał
swój podkoszulek, okładał się błotem. W końcowej fazie przewrócił całą,
zdewastowaną piramidę z beczek, z których wylała się reszta błota i brudnej wody. Ku
zaskoczeniu wszystkich piramida odsłoniła obraz ginącego żołnierza z karabinem na
polu walki. Performance McMurry'ego możemy analizować z kilku punktów, ponieważ
widzimy w nim kilka sensów. Jednak za każdym razem będziemy dotykać kwestii
pacyfistycznych. Kwestii uczestnictwa - głównie żołnierzy amerykańskich - w
konfliktach wojennych. I wynikających z tego konsekwencji. W Polsce bardzo słabo
"odczuwamy" ten temat, bo na szczęście polska armia siedzi sobie spokojnie w
koszarach i prawdziwe wojny ogląda w telewizji. Jednak z uniwersalnego punktu widzenia,
śmierć żołnierzy amerykańskich, ich udział w wojnach jest tak samo dla nas ważnym
problemem jak dla Amerykanów. I tutaj pojawia się pytanie: jak artyści mogą dzisiaj
reagować na wojnę? W dobie "niewidzialnych", utajnionych operacji i
selektywnej informacji. Jak reagować na wojny i ich ofiary, które nie wywołują emocji
poza miejscem konkretnej operacji? Same ofiary i traumatyczne doświadczenia żywych żołnierzy
są gdzieś skrzętnie poukrywane.
Artur Grabowski
"Zrób to sam" / "Do it yourself"
Artur Grabowski zaczął swój performance od sceny nieco surrealistycznej. W roboczym
ubraniu ogrodnika, ze złotą łopatą w ręku, położył kromkę chleba na końcu łopaty
i uderzając nogą w łopatę podrzucił kromkę chleba do ust. Potem pod kolejnymi krzesłami
rozstawionymi na trawie "odnajdywał" złoty kamień, potem większy złoty
kamień, i następnie dwa złote kamienie, które wyglądały jak bryłki złota, i które
chował w spodniach. W fazie końcowej, pod ostatnim krzesłem znalazł duży okrągły
chleb, z którego wyciągnął miękisz, zaczął łapczywie go jeść i tak wydrążony
chleb założył na głowę.
Małgorzata Kubiak
performance
Małgorzata Kubiak swój występ podzieliła jakby na dwie części. W całkowitej ciemności,
w pozie spiętej do skoku pantery, albo modelki porno, w ubiorze tancerki kabaretowej, klęcząc
na podeście z kółkami, w ustach i w tyłku (na konstrukcji?) miała umieszczone dwie
zapalone świeczki. Krytyk sztuki Łukasz Guzek, na kolanach, wolno ją popychał wzdłuż
całej sceny. Ten banalny obraz był genialnie skontrastowany z rozśmieszającym piskiem
kółek podestu i totalnie zdziwioną, i lekko uśmiechniętą miną krytyka sztuki, który
był przekonany, że jest niewidoczny.
Druga część performance była już występem w pełnym świetle. Niezwykle
ekspresyjnym. I atakującym właściwie wszystko i wszystkich. W stylu undergroundowym.
Wojciech Kowalczyk
"W sztuce, najbardziej podoba mi się "laba" postkonceptualistów",
"About art, I like the post-conceptualists "spree" most.
W galerii na ścianie ułożył duży krzyż z kartek A3 z napisem "W sztuce,
najbardziej podoba mi się "laba" postkonceptualistów" (Wojciech
Kowalczyk), w środku umieścił poduszkę. To była sytuacja wyjściowa. Następnie
rozebrał się do majtek, wziął w jedną rękę butelkę czerwonego wina a w drugą włączone
radio tranzystorowe. Rozłożył ręce w geście ukrzyżowania, raz popijając wino i śpiewając
jakiś dziwny hymn własnego autorstwa, potem ćwiczył prawdziwymi ciężarkami, następnie
przeciągnął goździki (kwiaty) przez majtki, które później powąchał. Całość była
niebywale sugestywną wypowiedzią artysty, który zauważa istotną tezę o sztuce:
"nic nie robienie postkonceptualistów" było znaczące. Milczenie awangardowe,
milczenie artystów. Kowalczyk zasugerował nam potencjonalną możliwość koncentracji
na sobie i własnych, absurdalnych i nieokiełznanych szaleństwach. Które być może stały
się "teoretycznym" początkiem performance.
Angel Pastor
"Some dreams come true" / "Niektóre sny się spełniają"
Artysta o niezwykle uroczej osobowości przedstawił publiczności swoje sny, twierdząc,
że te, które opowie mają szanse się spełnić.
* Sen pierwszy: stoję przed publicznością i nie wiem co robić. Chyba taki sen miał każdy.
Nie tylko performer. Ale opowiedziany, mógł się spełnić.
* Sen drugi (już w Polsce): zapomniałem kupić chleb. Angel bardzo źle się czuł, bo
nie wywiązał się ze swojego obowiązku. Kupił więc chleb w Ustce. Sen się spełnił.
* Sen trzeci: księżniczka warszawska śpiewała piosenkę dla krakowskiego smoka.
Opowiadane historie o Polsce i polskich legendach nagle się pomieszały we śnie. Pomimo
"niezgodności" legend, sny oczywiście nie muszą być logiczne, Angel Pastor
zaprezentował swoją wersję. Okleił się taśmą, przyczepił walkmana i odtworzył z
taśmy piękną piosenkę śpiewaną (przypuszczalnie w Warszawie) przez młodą dziewczynę,
palił papierosa a smok (zabawka) pływał w misce z wodą.
* Sen czwarty: artysta śnił, że unosił się pół metra nad ziemią. Zrealizował i
ten sen. Przeszedł na dwóch krzesłach przez całą galerię.
* Sen piąty: telefonował do Hiszpanii, do Eleny i nie mógł się połączyć. Spełnienie
tego snu było proste. Angel zadzwonił do Eleny i rozmawiał z nią. Wszyscy to słyszeliśmy
a Artur Grabowski, który zna język hiszpański tłumaczył na żywo treść rozmowy.
* Sen szósty: sen o liczbach, 10 x 10, (wyliczanka) 10 x nic (slajdy, puste). Niezwykle
proste spełnienie snu o liczbach.
Paweł Kwaśniewski
"Rano jest trudniej, bo Rano Słońce w plażę boli" / "It Is Hharder in
the Morning Because the Sun Pains the Beach".
Opowieść Pawła Kwaśniewskiego była jedną z serii jego opowieści absurdalnych i związanych
z jakimś miejscem. Tym razem była to plaża w Ustce albo pustce. Głównymi bohaterami
opowieści byli Rodriques Montova Ochoya, mgła jak mleko, mewa, słońce, plaża oraz
papierowa złota rybka. Zataczając coraz większe kręgi w absurdalnej opowieści, używając
techniki ronda, prezentował po kolei swoich bohaterów, przy czym mgłą było wylane
mleko z kartonu na stolik, które powoli spływało na podłogę, nie było plaży i słońca.
Puenta performance - nie spełnione życzenie złotej rybki zostało okupione
zaprezentowaniem bólu. Artysta wykonał kilkanaście groźnych uderzeń głową w ścianę.
Marilyn Arsem
"Step Lightly; Take Care" / "Stąpaj lekko; działaj ostrożnie"
Ta instrukcja a raczej mądre przesłanie, jak istnieć w świecie, zostało wyraźnie
wyartykułowane w przestrzeni galeryjnej. Artystka wysypała w niej 150 kg mąki na całej
powierzchni. Wchodząc w biel, niektórzy z nas zdjęli buty i mieli bezpośredni kontakt
z ciepłą i miękką materią mąki. Performance rozpoczął się w kompletnej ciszy.
Performerka miała na przegubach rąk i w okolicy kostek u nóg małe halogenowe lampki,
które świeciły dziwnym, zimnym światłem. W ręku trzymała jakąś kulkę, którą
podrzucała z ręki do ręki. Poruszając się bardzo wolno przekazała kulę komuś z
widzów, który również powinien podrzucać kulkę. Dalej instrukcja artystki mówiła,
że performance będzie trwał tak długo jak długo ta mała kula będzie podrzucana i
przekazywana wraz z instrukcją do następnej osoby. Kula była miniaturową kulą ziemską.
Po wejściu publiczności do galerii artystka uporczywie zasypywała mąką ślady widzów.
Nie było to do końca możliwe. Śladów było zbyt dużo i były zbyt gęste. Publiczność
nie wytrzymała napięcia powagi i niezbędnej koncentracji. Uczestnicy zaczęli tworzyć
własny udział w performance. Obsypując się mąką i ślizgając się na podłodze. W
pewnym momencie emocje widzów nabrały trywialnego oblicza i jeden z widzów - Wojciech
Kowalczyk - który miał w ręku "mały świat" i wyczuwając, że niestosowność
zachowania się publiczności jest nie do opanowania, rzucił kulkę na podłogę i zakończył
w ten sposób performance.
Brian Connolly
"Market value" / "Wartość rynkowa"
Brian Connolly unika zarówno wykonywania performances jak i prezentacji swojej sztuki w
galeriach. Ceni sobie działanie w miejscach publicznych. Wyszukuje miejsca, w których
handluje się czymkolwiek. I dołącza się do ludzi, którzy handlują normalnymi
przedmiotami. Brian Connolly jednak ma swój zestaw przedmiotów, które oferuje
konsumentom. Można kupić sobie używany ząb, można za pieniądze kupić sobie jakieś
państwo, albo kilka centymetrów miary. Można też kupić sobie sławę. Wszystko za
pieniądze.
Małgorzata Kubiak / Brian Connolly, Łukasz Guzek, Jamie McMurry, Paweł Kwaśniewski,
Artur Grabowski, Angel Pastor, Małgorzata Stach, Marcin Rudziński, Paweł Buksakowski /
Buksi, Kuba / Jakub Waluchowski.
Performance: "Pink jupe" / "Różowa sukienka".
Performance miał miejsce w kultowym pubie "Underground 2". "Różowa
sukienka" znalazła się w miejscu pozornie tożsamym z prezentowaną sztuką. Lecz
fotografie londyńskiego metra na ścianach pubu raczej nawiązywały do podziemnej kolei
niż do kontrowersyjnej sztuki nowojorskiej. Jednak samo wnętrze okazało się być
niezwykle przyjaznym i odpowiednim miejscem. Wszyscy uczestnicy performance zostali
przebrani w sukienki, ekstrawagancką bieliznę estradową a na twarzach mieli ostry,
kobiecy makijaż. Zmiana ta poniekąd sugerowała, że mamy do czynienia z klubem gejów
pod przyjaznym kierownictwem "Malgi" Kubiak, ale szybko się okazało, że żywioł
hetero ujawnił się w całej pełni. Agresywna, heavy metalowa muzyka, nie stosująca żadnych
zasad, obrazoburcze teksty i rytmiczne walenie metalowymi prętami w metalową beczkę po
piwie przez Jamie McMurry'ego plus trzy mikrofony głównie eksploatowane przez Kwaśniewskiego,
Guzka i Malgę plus chórek pozostałych uczestników performance dały mieszankę
ekspresji, która musiała zaangażować każdego. I wykonawców i widzów. Widzowie
zresztą mieli jeszcze dodatkową atrakcję na ekranie monitora, dość ostry film, który
był rejestracją wszystkich możliwych obrazów stosowanych przez underground. Około
godzinny występ był porażającym katharsis, miażdżącym wszelkie złe instynkty, słabości
czy przejściowe stany duchowego odrętwienia. Wydawało się, że niektórzy z uczestników
performance czekali na ten występ przez całe życie. Łukasz Guzek szalał ubrany w
czerwoną obcisłą sukienkę, z szaliczkiem z tego samego materiału, w czarnej rękawiczce
do łokci i w ostrym makijażu, z mikrofonem i wykrzykiwanym z tekstem był bardziej
podobny do siebie niż zazwyczaj. No właśnie, brak czytelnego tekstu był najsłabszą
stroną występu. Konstrukcja performance została oparta o żywiołowość, która
dopuszcza każdą formę ekspresji i jakiekolwiek "niezrozumienie" tekstu, czy
jego sensu nie miało większego znaczenia. Performance zakończył się w momencie
kompletnego wyczerpania uczestników, którzy stopniowo schodzili ze sceny zbiorowego
performance.
Jed Speare & Alice Cox.
"A Scythe-Man" / "Kosynier"
Przed przyjazdem do Polski, Jed Speare & Alice Cox bardzo dokładnie przeczytali
historię Polski i wiele innych informacji geograficznych i turystycznych. Być może jest
to zaskakujące, ale odkryli oni polską oryginalność w postaci "kosyniera",
który nie występuje w historii żadnego innego kraju. Dla niezorientowanych czytelników
informacja o kosynierach: kosynierami byli zwykli chłopi, którzy chcieli walczyć w
powstaniach za obietnicę otrzymania majątku lub ziemi od patriotycznie nastawionej
szlachty, która organizowała opór zbrojny. Chłopi nie potrafili walczyć żadną bronią,
ale za to potrafili używać kos, które postawione na sztorc stawały się groźną bronią.
Dodatkowo, jak wiemy, historia polskich powstań i walki kosynierów o niepodległość
jest związana z osobą Tadeusza Kościuszki i historią Stanów Zjednoczonych. Tak więc
przedmiotem, który w tym performance stał się przedmiotem najważniejszym była zwykła
kosa. Jed Speare wcielił się w rolę kosiarza, pokazał na małym monitorze koszenie
trawy, ruch i dźwięk pracy kosy, potem już podczas performance skoszoną trawę i kosę.
Performance zaczął się od pokrycia krochmalem Alice Cox, która obkleiła się trawą,
potem tą samą czynność wykonał Jed, Alice pisała zapamiętane polskie słowa, Jed
"grał" na kosie, która była podłączona do dźwiękowych sensorów. W pewnym
momencie, Alice zaczęła grać na trąbce wojskowej, tzw. sygnalizacyjnej, która wzywa
do ataku. Od tego momentu nie wiemy, czy dalsza część, a właściwie finał performance
był przypomnieniem historii kosynierów, czy też apelem o zwykłą pracę, ekologię życia
i poszanowanie natury. Ta dwuznaczność była zresztą niezwykle logicznym połączeniem
funkcji prostego narzędzia jakim była i jest kosa w naszej historii.
Jakub Bielawski
performance
Jakub Bielawski, performer młodego pokolenia wykonał swój performance z niezwykłą
pasją. Poniekąd nawiązując do prapoczątków performance, do czystego akcjonizmu
(sztuki akcji), kiedy każda wypowiedź była nasycona nieokreśloną intensywnością.
Bielawski tylko zaznaczył granicę pomiędzy tym co techniczne a tym co naturalne i
dzikie. Nagi artysta wyszedł z samochodu, którego światła i tablice rejestracyjne
zostały pokryte trawą, i zaczął gwałtownie wyrzucać szyszki z bagażnika. Potem cała
akcja odbywa się wokół samochodu, w samochodzie, na samochodzie.
"Dzikie" krzyki, piski, wylewanie farby, skonstruowana muzyka (?) a właściwie
ścieżka dźwiękowa, wytworzyły silne napięcie i stan nieprzewidywalnych reakcji. W
pewnym momencie, kiedy jeszcze publiczność oczekiwała dalszego rozwinięcia akcji,
artysta powiedział: idźcie już, performance już dawno się skończył.
Dariusz Fodczuk
"Game" / "Gra".
Dariusz Fodczuk od dwóch lat, w wielu miejscach prowadzi autentyczną grę z publicznością.
Dzieli przestrzeń na dwie części. W jednej się gra, w drugiej nie. Artysta podchodzi
do osób pozostających w przestrzeni gry i wykonuje szereg prostych gestów: wita się,
przytula, powoli rozbierając siebie i uczestników gry. Publiczność ma całkowitą
swobodę w przyłączeniu się do gry jak i możliwość opuszczenia pola gry.
"Gra" kończy się zrobieniem zbiorowej fotografii nagich osób. Performance
Fodczuka jest manifestacją wolności, miłości i pokonaniem tabu nagości.
Antoni Szoska
"Najbardziej zwariowane pomysły w moich performance" / "The Crazy Ideas in
My Performances".
Antoni Szoska wykonał następny performance z serii swoich niesamowitych, zwariowanych
performances. I tym razem, pomimo, iż tytuł performance sugerował autotematyczność,
koncentrację na zwariowanych pomysłach, to prezentacja artysty nie odbiegała od innych,
"normalnych" performances. Obserwując przestawienia Antoniego Szoski od początku
lat 90, mamy wrażenie, że oglądamy ciągle ten sam performance, ponieważ artysta używa
prawie zawsze tych samych elementów do performance. Te same opowiadania, te same zamknięte
myśli w słoikach, te same fotografie, te same cytaty słynnych filozofów, te same
cytaty muzyczne, te same nagrania własnych myśli na taśmie magnetofonowej z gwiżdżącym
czajnikiem w tle. Czasem zaskakuje nas jakimś zwariowanym elementem lub kontekstem
(ubrany w zielony fartuszek z jabłuszkiem + wysokie glany + majteczki + chusteczka na głowie
z czterema rożkami). Czasem jest to trzymany podczas całego performance róg jelenia z
nałożoną fotografią M. Duchampa, zrolowaną do wewnątrz i przez to niewidoczną + błyskotliwy
wykład z wykresami rozwoju sztuki współczesnej z jednym mianownikiem dla wszystkich
etapów sztuki = "za późno". Lub czasem jest to tylko jedno zaskakujące
zdanie: "Antoni Szoska przewrócił się na rowerze dzisiaj" (cytat z
rozpoznania lekarskiego na pogotowiu). Jednak zawsze jest to osobista opowieść na temat
sztuki, kultury, filozofii, własnej twórczości i własnej w tym świecie egzystencji.
Proponując infantylny intelektualizm, poważający, a właściwie analizujący i wątpiący,
lub sprowadzający najbardziej znane dzieła do rangi dalekich wspomnień, nieistotnych już,
i funkcjonującymi na równi z ludowymi piosenkami, które artysta śpiewa lub gra na
organkach. Prawie w każdym performance Antoniego Szoski występuje słoik. To właśnie w
nim są jakieś myśli Nietschego, albo fotografia dzieła Marcela Duchampa. Bardzo często
artysta mówi lub czyta te myśli do słoika. Wpadające tam słowa i wypadające na powrót
są już niezrozumiałe. Tym razem podczas performance artysta rozbił słoik. I jesteśmy
przekonani, że nie jest to gest ostatecznego rozstania się z konserwowaniem,
przechowywaniem myśli, ponieważ cały sens sztuki Szoski - performera sprowadza się do
konstrukcji przeciwieństw: uwielbienia i kwestionowania zarazem. Artysta zachwyca się myślami
wielkich filozofów na równi ze swoimi myślami, zdaniami, nawet nawiasami, przecinkami,
kropkami, dużymi i małymi literami, by jednocześnie wygłaszać ten swój zachwyt w pidżamie,
która jakby odbiera mu autorytet i siłę przekonywania.
Kenny McBride performance
Kenny McBride, artysta Szkocki, swój performance rozpoczął od prezentacji książki, która
traktowała o dziejach śmiechu. Podobno w średniowieczu funkcjonowały ostre reguły posługiwania
się śmiechem. Śmiech należał do systemu religijnego. Był własnością Kościoła.
Nie można było śmiać się z byle powodu, w każdej sytuacji i każdego dnia. W
renesansie radykalnie zmienił się nasz stosunek do śmiechu. Śmiech został przywrócony
człowiekowi. Jednak ewolucja swobody posługiwania się śmiechem doszła już do punktu
granicznego, kiedy to możemy śmiać się bez żadnych oporów nawet z pokazanych przez
artystę totalitarnych władców, którzy uśmiercili setki tysięcy ludzi. Artysta
"sztucznie" rozśmieszał publiczność pokazując właśnie fotografie ludobójców.
Kenny McBride przeczytał potem informację na torebce herbaty (którą zaparzył), że ta
właśnie herbata niezależnie od wszelkich podziałów narodowych i religijnych jest
niezmiennie pita o 5:00 po południu od 300 czy 400 lat. Herbata jest reklamowana jako
fenomen o ponad religijnym, obyczajowym i ponad czasowym znaczeniu, chociaż dokładnie
wiemy, że właśnie herbata jest częścią brytyjskiej kolonialnej historii, historii
okrutnej i agresywnej, która zgładziła miliony ludzi w podbitych krajach. Performance
Kenny McBride mówił o śmiechu i herbacie. O dwóch pozornie odległych i nieważnych
rzeczach. Jednak w warstwie wspólnej tych rzeczy mówił o hipokryzji i totalitarnych
systemach. Na koniec swojego performance wyjął z kieszeni coś mokrego (być może
torebkę herbaty), założył czerwoną opaskę na oczy i przez dłuższy czas zaciskał dłonie,
wyciskając z czegoś jakiś płyn.
Beata Rzeźnikiewicz
"POLISH"
Młoda performerka zwróciła uwagę na zależność znaczeń angielskiego słowa
"Polish", które oznacza - polski, czyszczenie, mycie, polerowanie i zamiatanie.
Artystka zamiatała więc, myła podłogę, czyściła buty i była Polką. Przeczytała
też jakąś niesamowitą prognozę, że po wejściu do Unii Europejskiej Polacy będą
wynajmowani tylko do zamiatania wspólnej Europy. Być może w jakiś szczególnych
przypadkach performance artystki może okazać się profetyczną przepowiednią.
Małgorzata Kubiak
performance
Performance, który zaangażował wielu uczestników, był niezwykle intensywny,
ekspresyjny, wywołał nawet skandal prasowy, w gruncie rzeczy nie przekroczył
stereotypowej granicy undergroundowego buntu. Pomimo, iż artystka wykonała performance
"o sobie", to niewiele dowiedzieliśmy się o niej samej. Pretensjonalna
megalomania, nasycenie banałem, niesamowita duchowa pustka, epatowanie seksem były serią
obrazów, które znakomicie ukrywały Malgę Kubiak, niż prezentowały jej
"ja".
Aleksandra Kubiak
"Zależności" / "Relations"
Artystka pokazała film wideo, powtarzający się obraz uroczej swojej babci, która była
nieco onieśmielona obecnością kamery. Naga performerka w tym czasie ostrzygła głowę
i wygoliła włosy łonowe. Potem zrobiła make up w lustrze. Powracając jakby do formy
embrionalnej. Symetryczność współistnienia, nieuchronność procesów starzenia się,
młodość - starość, odwieczne procesy przemijania były tematem przesłania artystki.
Marilyn Arsem
"Chance of destiny" / "Przypadek przeznaczenia"
Performance Marilyn Arsem był ostatnim performancem w galerii. Artystka dokonała jakby
podsumowania festiwalu, jego krótkiej historii, oraz wypowiedziała kilka istotnych zdań
na temat konkretnych performances. I na temat sztuki performance jako formy ekspresji, i
postawy wobec świata.
W ciemności, w galerii powiesiła przedmioty, które wcześniej brały udział w
performances. Mechaniczna piła do metalu, nowy paszport (podczas koszenia trawy jakiś złodziej
ukradł Jedowi Speare paszport i aparat fotograficzny), mała kula ziemska, osobisty
notatnik. A więc konkretne ślady, które zostały także w naszej pamięci. Oczywiście
ważniejsze są idee wyrażone poprzez gesty, przedmioty, dźwięki i obrazy. Nie wiemy co
z nimi się stanie, nie wiemy jaki wywrą wpływ na nasze życie. Puentą performance było
otwarcie dwóch okien, poprzez które wpadało do galerii porażające światło.
Paweł Jaworski & Ludomir Franczak
"Jaki jestem każdy widzi". / "What I Look Like Everybody Can See".
Ostatni performance miał miejsce w pubie "Underground 2". Dwóch młodych
debiutujących performerów zaaranżowało przestrzeń performance pewnym rodzajem
instalacji, w której zaprezentowali setki różnych haseł, dziesiątki małych dzieł na
temat konsumeryzmu, patriotyzmu i pop kultury. W środku dość ciasnej przestrzeni wisiała
przeźroczysta folia, która wyznaczała granice jakiegoś sztucznego akwarium lub
bokserskiego ringu. Obaj artyści po założeniu opasek na usta i oczy oraz rękawic
bokserskich stoczyli walkę. Niezwykle chaotyczną i prawdę mówiąc bezsensowną. W tym
czasie z monitora wideo dowiedzieliśmy się kilka autentycznych, nieważnych szczegółów
z życia obu artystów. Całość pokazu była mocno zagęszczona, jakby ten jeden z
pierwszych performances w ciągu kilku minut miał opowiedzieć ich całe życie.
Władysław Kaźmierczak
Materiały Festiwalu
23 sierpnia 2002 |