55. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Awangardowych - Fringe
____________________________________________________

Korespondencja z festiwalu

I znów trzeba pracowicie odsiewać ziarna od plew na największym festiwalu teatralnym świata w Edynburgu.

 

          Po dwóch latach przerwy znów wziąłem do ręki liczący kilkaset stron program festiwalu Fringe w Edynburgu i zadrżałem. Półtora tysiąca spektakli na ponad trzystu scenach. To tak, jakby głodnego usadzić za stołem, przy którym podają jednocześnie półtora tysiąca dań. I na dodatek obok siedzi pół miliona innych zgłodniałych.

Mimo że opisuję festiwal w Edynburgu od siedmiu lat, wciąż nie rozumiem tego fenomenu. Dlaczego tylu ludzi zjeżdża w sierpniu do miasta, w którym nieustannie pada deszcz, kuchnia jest fatalna, a ceny potrafią opróżnić najgrubsze portfele? Dlaczego godzą się oni stać w kolejkach po wszystko: po rybę, piwo, bilet do teatru, miejsce w autobusie? I jak to się dzieje, że oglądając po pięć-sześć spektakli dziennie, nie umierają z przejedzenia?

Powinno się wprowadzić nową jednostkę chorobową - syndrom Edynburga. Objawy: chroniczne obżarstwo teatralne. Jest to groźna choroba, bowiem w tej masie spektakli nie brakuje kiczu, grafomanii i pornografii. W tym roku wielkim przebojem są występy dwóch Australijczyków, którzy animują własne penisy. Bilety zarezerwowane są do końca festiwalu. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszy się gejowski teatr z Tokio, który prezentuje "Rewię samurajów" ("Piękni chłopcy o jedwabistej skórze zabawią was piosenką, tańcem i gorącymi scenami") oraz weteranka Fringe'u - Shakti, która od kiedy sięgam pamięcią straszy na festiwalu swoją wersją "Kamasutry".

Tańczące penisy odkładam na później i z półtora tysiąca spektakli wybieram musical według "Hamleta" Eda Jaspersa i Alexa Sivermana. Oto jest cały Fringe: grupa młodych aktorów i muzyków z Cambridge, z których połowa to jeszcze studenci, wystawia musical, który na West Endzie kosztowałby miliony funtów. Im pieniędzy starczyło na wypożyczenie kostiumów, na dekoracje już nie. Tytułowy bohater pod elżbietańskim kaftanem nosi T-shirt z niecenzuralnym napisem, Duch Ojca ma na głowie firankę, a grabarze narciarskie czapki.

Publiczności to jednak nie przeszkadza, bo cudacznie poprzebierani wykonawcy śpiewają nie gorzej od zawodowców z Londynu, a młodzi muzycy dają z siebie wszystko. Dwieście gardeł na widowni śpiewa razem z aktorami przebój musicalu "To be or not to be", jakby to był rockowy koncert.

Przebieranie klasyki we współczesny kostium - obyczaj, który bawi mnie do łez na "Hamlecie", zaczyna przeszkadzać na francuskim przedstawieniu "Czarodziejskiego fletu" Mozarta z Festiwalu Międzynarodowego. Reżyser Stefan Braunschweig doszedł do wniosku, że skoro akcja opery rozgrywa się nocą, bohaterowie powinni być stosownie ubrani. Tamino nosi więc pidżamę, ptasznik Papageno zamiast piór ma na sobie koszulę nocną, a Królowa Nocy - peniuar. Spektakl zaczyna się w łóżku Tamina i kończy się w łóżku, z tym że o ile na początku Tamino idzie spać sam, o tyle na końcu budzi się w towarzystwie Paminy. Mozartowska baśń zyskuje wyjaśnienie zgodne z potoczną logiką: nie ma żadnych człowieko-ptaków grających na czarodziejskich dzwonkach, nie istnieją źli czarodzieje ani dobre wróżki, wszystko to tylko sen strudzonego przedstawiciela klasy średniej, którego nocą odwiedziła żona.

Mozart pisał swoją operę dla ludowego teatru na przedmieściach Wiednia, który nie należał do dworu, nie miał wystawnych dekoracji ani wielkiej maszynerii. Fantastyczne pejzaże, pałace i świątynie były tam po prostu malowane na płóciennych horyzontach. W Edynburgu "Czarodziejski flet" grany jest na największej i najnowocześniejszej scenie - w Teatrze Festiwalowym. Głównym elementem scenografii jest trzydzieści sześć telewizorów ustawionych w ruchome słupki, które w kluczowych momentach jeżdżą tam i z powrotem. Kiedy myślę o tych kilometrach kabli i całej elektronice ukrytej pod sceną, pryska cały czar Mozartowskiej baśni. Zaczynam tęsknić do malowanych horyzontów i Papagena oblepionego pierzem, takiego, jakiego pamiętamy z "Amadeusza" Milosa Formana. Istnieją dzieła, których nie da się unowocześnić.

Roman Pawłowski, Edynburg
Gazeta Wyborcza
18 sierpnia 2001


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

rk