55. Międzynarodowy Festiwal Teatrów
Awangardowych - Fringe
____________________________________________________
Gang żąda haraczu
Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy przygotowuje sztukę Williama Szekspira "Koriolan" na prestiżowy Festiwal Teatralny w Edynburgu.
|
Gang żąda haraczu od teatrów za rozwieszanie plakatów. Aktorzy w obawie przed napadem chodzą po ulicach w grupach. Producent odbiera telefony z pogróżkami. Scenariusz kolejnego spektaklu o przemocy? Nie, rzeczywistość festiwalu Fringe. Gdyby Teatr im. Modrzejewskiej z Legnicy reklamował swojego "Koriolana" tylko na ulicach, nikt nie przyszedłby na przedstawienie. 700 wielkich, kolorowych plakatów, rozlepionych na mieście, znikło w ciągu dwóch nocy. Ktoś drapał tak zapamiętale, że na murze zostały ślady po nożu. - To mafia - Jane Frere, brytyjska producentka polskiego spektaklu nie ma wątpliwości. - Kiedy rozlepiliśmy pierwszą partię, zadzwonił do mnie jakiś mężczyzna i zażądał 60 pensów od każdego plakatu, jak się wyraził, za ochronę. Oczywiście odmówiłam. Więc zdrapali wszystkie. Tydzień wcześniej z ulic Edynburga znikły w podobny sposób plakaty innego polskiego teatru, którego promocją zajmuje się Jane Frere - Kompanii Teatr/Provisorium, reklamujące przedstawienie "Ferdydurke". Ślady zdrapanego papieru widać jeszcze w bramach przy High Street, głównym deptaku festiwalu. Obok wiszą nienaruszone plakaty brytyjskich kompanii. Tylko ja odważyłam się powiedzieć nie. Pozostali grzecznie płacą - mówi Jane Frere. Producentka postanowiła wywołać publiczną dyskusję o gangach na festiwalu. Chce wystąpić do władz miasta i biura festiwalu o interwencję. Od kiedy o sprawie napisały dwa największe dzienniki Edynburga - "The Scotsman" i "The Evening News", odbiera anonimowe telefony z pogróżkami. - Znają mój numer, ale nie znają twarzy. Na razie - mówi Jane Frere. Na wszelki wypadek poradziła polskim aktorom, aby nocą chodzili po mieście grupami. Jak mówi Frere, w ubiegłych latach kilka osób z opornych teatrów zostało pobitych. Gang wykorzystuje nieuporządkowaną sytuację prawną. Nalepianie plakatów poza nielicznymi, płatnymi miejscami jest w Edynburgu nielegalne i teoretycznie służby miejskie mogą zdrapać każdy plakat. Ale niszczone są tylko reklamy polskich kompanii, które nie płacą haraczu. Afisze brytyjskich teatrów pozostają nietknięte. 60 pensów od plakatu to nie jest dużo, tyle kosztuje codzienna gazeta. Ale Fringe to największy biznes teatralny na świecie. Przyjmijmy, że na plakatach reklamowana jest tylko jedna trzecia z 1,5 tys. festiwalowych wydarzeń. Biuro Fringe'u zaleca teatrom wydrukowanie minimum tysiąca plakatów, mniejszy nakład zniknie w tym morzu papieru, jaki produkuje festiwal. Jeśli gang działa skutecznie, może wyłudzić nawet 300 tys. funtów, czyli prawie dwa miliony złotych. Jedyne koszty to parę telefonów i kilka ostrych noży. Stawka jest wysoka, a więc i metody bezwzględne. |
Wojna plakatowa nie jest jedyną chorobą festiwalu, który rozrasta się poza granice rozsądku. Liczba mieszkańców Edynburga zwiększa się w sierpniu trzykrotnie - z pięciuset tysięcy do półtora miliona. Wielokrotnie wzrasta przestępczość - kiedy wykonawcy grają w mieście, ich wynajmowane mieszkania padają łupem włamywaczy. Muzycy zespołu Kormorany, którzy grają w "Koriolanie", stracili we wtorek instrumenty wartości tysiąca funtów - ktoś włamał się do ich domu. Nie byli tej nocy jedynymi ofiarami. Policja, która zwykle przyjeżdża po piętnastu minutach, tym razem była na miejscu dopiero po czterech godzinach. Festiwal bije rekordy popularności, ale czy jest to rzeczywiście sukces? - zastanawia się na łamach "The Times" znany londyński krytyk teatralny Benedict Nightingale. Wszystkie teatry notują rekordową sprzedaż biletów. Przez pierwsze dwa tygodnie główne kasy Fringe'u zanotowały 1,5 mln funtów wpływów (9 mln zł). Kasy poszczególnych scen, których jest w mieście trzysta, sprzedały biletów za następne trzy miliony. Jednocześnie miasto stoi w korkach, zdobycie stolika w restauracji w porze lunchu graniczy z cudem, a torby z cennymi rzeczami policja zaleca nosić pod pachą, by nie wyrwali ich złodzieje. W tej atmosferze spektakle o przemocy na ulicach wielkich miast, których nigdy na festiwalu nie brakowało, przestają być opowieściami o fikcyjnym i dalekim świecie zła i bezprawia. Rzeczywistość je przerasta. Na Festiwalu Międzynarodowym oglądam debiutancką sztukę szkockiego dramatopisarza Shana Khana "The Office", czyli "Biuro". Wbrew tytułowi akcja rozgrywa się nie w biurze, ale na ulicy przy telefonicznej budce, przy której dyżuruje dwóch narkotykowych dealerów. Ich zadaniem jest odbierać nieustannie dzwoniący telefon i sprzedawać narkotyki, co robią mimochodem, w przerwach pomiędzy jednym a drugim kęsem kurczaka. Z ich rozmów wyłania się świat pozbawiony wartości, pusty bardziej niż świat jednoaktówek Becketta. To współczesna wersja "Czekając na Godota", w której Boga zastąpił głos szefa dealerów w słuchawce. W finale jeden z dealerów wykonuje na drugim wyrok, wydany za pomocą tej boskiej linii. - Sorry, ale On tak chciał - mówi do konającego kolegi, któremu chwile wcześniej poderżnął gardło. Podobne uliczne "biuro" z budka telefoniczną mijam dwa razy dziennie w drodze do teatru i z powrotem. Na dobrą sprawę nie muszę oglądać przedstawienia, aby poznać metodę działania dealerów. Dwóch ciemnoskórych dwudziestolatków w dresach i ze złotymi bransoletami, plastikowa torba ukryta w śmietniku, rap z przenośnego magnetofonu. Klienci, którzy podchodzą szybkim krokiem i równie szybko odchodzą, w garniturach i w dresach, w T-shirtach i pod krawatami. Po co teatr? Wystarczy otworzyć okno. Roman Pawłowski |