XVII Łódzkie Spotkania Baletowe
Łódź, 10 - 25 maja 2003
______________________________________________________

Łódź żyła tańcem

Tegoroczną edycję Łódzkich Spotkań Baletowych organizatorzy przygotowali tak, by usatysfakcjonować wielbicieli różnych gatunków tańca.

 

lodzkiesb27a.jpg (21208 bytes)

Fot. Małgorzata Kujawka / AG

           Tegoroczną edycję Łódzkich Spotkań Baletowych organizatorzy przygotowali tak, by usatysfakcjonować wielbicieli różnych gatunków tańca.

Ci, którzy cenią klasykę, mogli obejrzeć rosyjski kanon - "Śpiącą królewnę" i niezwykłą propozycję - inscenizację VIII symfonii Brucknera w czystym klasycznym stylu, gdzie narracyjność została zastąpiona odwzorowaniem "muzyka - ruch". Natomiast miłośnicy gatunku będącego na drugim biegunie sztuki baletowej, teatru tańca, z zainteresowaniem oglądali choreografie zaprezentowane przez Polski Teatr Tańca i Kibbutz Contemporary Dance Company. Po raz pierwszy na festiwalu pojawiło się też flamenco, pokazane przez zespół Cristiny Hoyos, artystki znanej choćby z filmów Carlosa Saury.

Kobro - multimedialnie

Spotkania otworzył łódzki Teatr Wielki spektaklem "Kobro" w choreografii Graya Veredona do muzyki Sławomira Kulpowicza. Życie i twórczość łódzkiej artystki stały się inspiracją dla nowozelandzkiego choreografa do stworzenia multimedialnego widowiska opowiadającego nie tylko o dramatycznych losach Kobro, ale pokazującego wielowymiarowość i wizjonerstwo jej teorii i ich realizacji w dziele artystycznym. Niestety, mimo różnorodności środków (m.in. lasery, malowanie na scenie, powtórzenie rzeźb Kobro w scenografii) powstał spektakl miałki, większość wątków poruszający bardzo powierzchownie, upraszczająco, w niezamierzony sposób śmiesznie.

Doskonała monotonia

Pierwsi goście, Leipziger Ballett, pokazali spektakl "Bruckner 8", będący, jak mówił choreograf Uwe Scholz, "wtórną kompozycją" w stosunku do muzyki. Rzeczywiście, dźwięki VII Symfonii c-moll stały się wręcz matrycą dla choreografii spektaklu. Scholz bardzo precyzyjnie oddawał wszystkie frazy, tematy, wejścia instrumentów, przekładając je na taniec. Było to karkołomnym wyzwaniem - nie tylko dla choreografa i tancerzy (m.in. niemal półgodzinny duet), ale i dla widzów. Sto minut (bo tyle trwa ta symfonia) czystego ruchu, bez żadnej akcji w sensie chociażby pokazania emocji, jakiegoś konfliktu, dyskursu było ponad możliwości percepcyjne publiczności. Ornament choreograficzny w doskonałym wykonaniu przestał po jakimś czasie intrygować, kompozycja coraz bardziej sprawiała wrażenie pięknego, choć pustego w środku jajka Fabergé.

Widownia tańczy flamenco

Dzięki energii, namiętności oraz niebywałej wirtuozerii wykonawczej zespół Cristiny Hoyos błyskawicznie zawładnął sercami widzów. Chropowaty głos, trudne rytmy, stukot obcasów, napięcie emanujące z tancerzy sprawiły, że widownia poddała się transowi i niemal tańczyła razem z Hiszpanami. Cristina Hoyos i jej zespół przywołali to, do czego wszyscy tęsknimy. Muzyka i taniec odległej Andaluzji okazały się bliskie, zrozumiałe i fascynujące, bowiem opowiadały o tym, co dotyka każdego z nas - o miłości, rozkoszy, bólu, śmierci.

Klasyka z niższej półki

- Moskiewski Bolszoj, czy petersburski Teatr Maryjski należą do innej klasy niż my. Nie jesteśmy dla nich konkurencją - tak mówił Jewgienij Amosow, dyrektor artystyczny Rosyjskiego Narodowego Teatru Baletu, który pokazał "Śpiącą królewnę" - skróciliśmy spektakl, bo większość widzów zasnęłaby podczas trzeciej godziny widowiska.

Odwzajemnię się taką samą szczerością: przydałoby się wyciąć jeszcze ze dwadzieścia minut, bo mielizny inscenizacyjne działałyusypiająco i tylko werwa (iście lwowska!) oraz tempa orkiestry skutecznie "stawiały na nogi". Za dużo czasu poświęcono też na pantomimę i ukłony po wariacjach. Maestrią wykonawczą zespół nie zachwycił, ale pierwsi soliści zaprezentowali klasę aspirującą do poziomu wzorców baletu klasycznego. Olga Pawłowa w roli Aurory, Maksim Romanow jako

Désirée pokazali, że niespełna dwuletni zespół może za jakiś czas rzeczywiście być konkurencją dla teatru Bolszoj. Sierżan Kaukow, partią Błękitnego Ptaka zawojował łódzką publiczność. Tak naprawdę to on powinien zatańczyć Désirée, ale jego azjatyckie rysy są chyba dla kogoś przeszkodą, by miękki, zwinny, dynamiczny i wyrazisty tancerz dostał partię księcia. Jego partnerka, Nadieżda Iwanowa (Florina), pokazała, że nie na darmo jest laureatką nagród na międzynarodowych konkursach tanecznych. Podobno nad Newą i Moskwą dziewczynki rodzą się już w pointach na nogach.

Tygiel tańca

- W moim teatrze tworzę miejsce dla młodych choreografów z różnych stron świata, bo ważna jest konfrontacja, spotkanie wschodu z zachodem, północy z południem. I świeżość, odkrywczość myślenia - mówi Ewa Wycichowska, dyrektor Polskiego Teatru Tańca, kolejnego gościa na ŁSB. Poznański zespół pokazał cztery kompozycje - "Ciszę drżących dłoni" i "Zefirum" Virpi Pahkinen, "Wo-Man w pomidorach" Yossi Berga, a także "Naszyjnik gołębicy" Jacka Przybyłowicza. Rzeczywiście zespół Wycichowskiej stał się tyglem, w którym starły się elementy skrajne, zaskakujące, pozornie odległe, nie tylko geograficznie. Finka sięga po elementy teatru butoh i tańca hinduskiego, Izraelczyk bawi się ikonami kultury masowej o proweniencji amerykańsko-europejskiej, a Polak, tańczący kiedyś w Izraelu, inspiruje się muzyką i poezją arabską. Pahkinen czystą kreską rysuje kompozycję na kilku tancerzy. W ich ruchach zamknięte są ślady rytuałów - powtarzalność gestów i rytm ich sekwencji splatają się z niezwykłą energią przepływającą przez tancerzy. Yossi Berg sięga natomiast po elementy pop-kultury, wywracając na opak nasze wyobrażenia o tym, co męskie, żeńskie, piękne, słabe, silne. Miesza Purcella z muzyką rozrywkową, wprowadza na scenę monolog zdradzanej kobiety (wielkie brawa dla Anny Guszki, która zrobiła z niego mały monodram), tancerce każe śpiewać piosenkę Piaf. Jacek Przybyłowicz w "Naszyjniku gołębicy" obnażył przestrzeń sceniczną, kontrastując ściany, reflektory i okablowanie z białą miękką ścianą, która stawała się dla tancerzy drugą (a może pierwszą) płaszczyzną tańca, punktem odniesienia. Poza nią, w sobie, w drugiej osobie szukali tego, czego im najbardziej brak - czy była to miłość, bliskość, czy też ból, odchodzenie? Choreografowie i tancerze zadawali pytania i wcale nie oczekiwali, byśmy udzielali odpowiedzi na piątkę z plusem.

Taniec z miejsca zagrożenia

Zaczęło się od tego, że w sobotę i niedzielę w operze wyłączono telefony, by udaremnić ewentualne fałszywe alarmy o bombie podłożonej w teatrze. Tak zdarzyło się kilka lat temu w czasie występów innego zespołu z Izraela i spektakl musiał zostać w połowie przerwany. Wojna izraelsko-palestyńska odcisnęła swoje piętno również w choreografii Be'era, choć on odżegnuje się od politycznych źródeł w swoich spektaklach. "Screensaver" (Wygaszacz ekranu) jest dynamiczną kompozycją rozłożoną na dwa plany, niekoniecznie w sensie przestrzennym. Oto rzeczywistość z przetworzonym hukiem wystrzałów, helikopterem, szybka, zachłystująca się własnym tempem i zagęszczeniem "atrakcji", agresywna, egoistyczna. Potem zatrzymanie, zwrot ku sobie. Włącza się wygaszacz, wirują w narastającym ciągu cyferki - chwila skupienia, oddechu. Ma być ochroną, tarczą; nie zawsze się to udaje. Czasem wygaszacz wcale nie gasi, a podtrzymuje dynamikę. Idea spektaklu bardzo poruszająca, szkoda tylko, że "przełączanie" na różne plany staje się monotonne, a ich kompozycja łatwo przewidywalna.

Program zaprezentowany przez zespół młodzieży (tzw. Kibbutz 2) składał się z collage'u wcześniejszych kompozycji Be'era. Choć w różnych konfiguracjach wykonawczych, kostiumowych, muzycznych grzeszył monotonią. W owym "montażu atrakcji" zabrakło zróżnicowania stylistycznego choreografii. Trudno, by było inaczej, jeśli w repertuarze "Kibbutz..." obecne są jedynie choreografie jego szefa. A Be'er niechętnie sięga po nowe, odmienne środki wyrazowe. Takie zamknięcie może narobić dużo złego w skądinąd świetnym zespole.

Młoda krytyka

Na ŁSB pojawiła się gazetka "Pointy", redagowana przez studentów teatrologii pod opieką naukową Ireny Lewkowicz. Młodzi recenzenci z dużą wrażliwością, świeżością spojrzenia i wnikliwością oceniali każdy spektakl. Czyżby oznaczało to pojawienie się całego pokolenia krytyki tanecznej obok rosnącej wciąż grupy młodych, niezależnych choreografów? To dobry znak.

Małgorzata Andrzejewska-Psarska
Gazeta Wyborcza Łódź
27 maja 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk