XVII Łódzkie Spotkania Baletowe
Łódź, 10 - 25 maja 2003
______________________________________________________

Łódź tańczyła dwa tygodnie

XVII Łódzkie Spotkania Baletowe przeszły do historii. Przez dwa tygodnie miłośnicy baletu spotykali się na widowni Teatru Wielkiego i kontemplowali sztukę ruchu. Czas spędzony na oglądaniu spektakli zaliczyć wypada do bezcennych. To były jedne z najciekawszych spotkań.

 

lodzkiesb29.jpg (25902 bytes)

"Śpiącą królewnę" Czajkowskiego przywiózł do Łodzi zespół Rosyjskiego Narodowego Teatru Baletu

           Zaczęło się od pokazu gospodarzy. "Kobro" w wykonaniu zespołu Teatru Wielkiego nie okazała się spektaklem baletowym w tradycyjnym rozumieniu. Obejrzeliśmy performance, w którym królowała muzyka (Sławomir Kulpowicz) i plastyka obrazu, jaką wymyślili wspólnie Robert Baliński (przestrzeń i kompozycje wideo) oraz Izabela Balińska (kostiumy).

O sztuce przez sztukę

"Kobro" to przedstawienie multimedialne, które tancerzy wykorzystuje jako element gry. Choreograf Gray Veredon przygotował widowisko w poetyce zbliżone do niektórych realizacji niemieckiego choreografa i teatralnego twórcy - Johanna Kresnika. Z jednym, jakże istotnym "ale": Kresnik kreuje teatr, w którym ruch jest nadrzędną wartością. U Veredona ubogi zamysł choreograficzny spowodował, że jego najnowszego przedstawienia nie sposób analizować stosując kryteria oceny baletu czy teatru tańca.

Dwa dni później Leipziger Ballett zaprezentował monumentalne widowisko choreograficzne, skomponowane do muzyki VIII Symfonii Brucknera. "Bruckner 8" to spektakl, który nie był historyjką zamkniętą w tańcu, ale wypowiedzią na temat pragnienia osiągnięcia Absolutu. O choreografii Uwe Scholza (także dyrektora artystycznego Leipziger Ballett) chciałoby się powiedzieć - totalna. Będąca syntezą wrażeń estetycznych wypływających z muzyki, połączona z analizą formy. Przez 100 minut zespół baletowy wyraźnie uduchowiony, a przy tym emanujący spokojem, poruszał się po scenie z wyrafinowaną elegancją. Niektórym mogła niemiecka propozycja wydać się doskonale monotonna, mnie ujęła prostotą kompozycji. Tancerze popisali się celującym opanowaniem warsztatu i dyscypliną.

Rosyjski gust

Z klasycznym ujęciem ruchu widzowie zetknęli się po raz drugi, oglądając "Śpiącą królewnę" Czajkowskiego, którą przywiózł zespół Rosyjskiego Narodowego Teatru Baletu.

Klasyczną wersję Mariusa Petipy zredagował Evgeny Amosov, dyrektor artystyczny młodego, zaledwie dwa lata działającego zespołu. Opracowanie spowodowało skrócenie kompozycji Czajkowskiego, zmiany w libretcie oraz redukcję niektórych duetów i wariacji.

Nie wszyscy popisali się czarem i elegancją tańca i nie wzbudzali entuzjazmu właściwego niegdysiejszym popisom rosyjskich primabalerin. Bohaterem wieczoru stał się odtwórca partii Błękitnego Ptaka - Sierżan Kaukow. Tancerz, obdarzony znakomitymi warunkami, zaimponował biegłością techniczną, skocznością i lekkością wykonywanych ewolucji.

On też był postacią wiodącą w Pas de deux, jakie Błękitny Ptak tańczy z Księżniczką Floriną (Nadieżda Iwanowa, podobnie jak partner - laureatka kilku konkursów). Nie wszyscy umieli zaakceptować estetykę proponowaną przez scenografów i autorów kostiumów.

Balet-feeria, powstały ponad sto lat temu, nie okazał się realizacją na miarę naszych czasów. "Wessała" go do strefy archaicznej przygody skostniała konwencja. A przecież klasykę można tańczyć w przewietrzonych dekoracjach.

Obłędne flamenco

Jak Rosjan kojarzymy z techniką klasyczną, tak Hiszpanów z flamenco. Przyjazd do Łodzi Cristiny Hoyos z jej grupą okazał się strzałem w dziesiątkę. Ich spektakle obejrzało najwięcej widzów: sporo ponad dwa tysiące. Owacyjne przyjęcie zespołu wzruszyło Hiszpanów, którzy ponad półtorej godziny czarowali elegancją, temperamentem, szczerością, światłem Andaluzji.

W wieczorze pt. "A tiempo y a Compas" (z muzyką José Louisa Rodrigueza) dziesięcioro tancerzy z Hoyos na czele przedstawiło fascynujący koncert tańca w efektownym stylu. To nie było ludowe flamenco ani "cepeliowska" jego odmiana. To było flamenco wysublimowane, przetworzone, zawierało tajemnicę i magnetyzm. Ascetyczne inscenizacyjnie widowisko kilku mrocznych epizodów, w wymowie nastrajało optymistycznie. Przeważała radość i szczęście, jakie płynie z życia, jakie daje taniec. Królowała Cristina Hoyos - artystka obdarzona fascynującą osobowością. Układane przez nią samą dla siebie choreografie mniej zawierały dynamiki niż te tańczone przez młodzież, ale ich ładunek emocjonalny był gigantyczny. W prawdziwe

osłupienie wprawiała estetyka ruchu i uroda gestu: tak pięknego jak u Hoyos prowadzenia ramion, całych rąk i dłoni nie widziałem nigdy u żadnej tancerki flamenco.

Nowoczesność stylu

Zespołami zamykającymi spotkania były: Polski Teatr Tańca - Balet Poznański i Kibbutz Contemporary Dance Company.

Wymieniam je "jednym tchem", bo to grupy realizujące choreografie w technice contemporary. Technicznie Żydzi dystansują Polaków, ale w kwestii stylistyki PTT wydaje się ciekawszy od KCDC. Dlaczego? W zespole z Izraela od kilkunastu lat choreografie tworzy jeden człowiek: dyrektor artystyczny, Rami Be'er. Nie sposób odmówić mu talentu i weny, jednak taka "monokultura" wydaje się ograniczać wrażliwość i na "dłuższą metę" może być zgubna dla widzów.

Prowadząca od 15 lat Polski Teatr Tańca Ewa Wycichowska w swoim zespole wykorzystuje contemporary od kilku lat (wcześniej więcej oglądaliśmy tu techniki modern), jednak o jednorodnej stylistyce nie ma mowy. Choreografie realizuje tu w ciągu roku kilku artystów. Ich spektakle rzadziej wypełniają wieczór jednym tytułem, częściej składają się z dwóch, a nawet trzech "średniometrażowych" choreografii.

Z Izraela do Arabów

Prezentowana w Łodzi "Cisza drżących dłoni - zefirum" pozwoliła widzom nasycić oczy harmonią. Kompozycja przepełniona była filozoficznym spokojem, a jednocześnie spontaniczną radością. Jej autorka - Virpi Pahkinen, kiedyś związana z szwedzkim Cullberg Ballet, wytworzyła nastrój medytacji mającej prowadzić do idealnej harmonii.

Aranżowała sytuacje indywidualizując ruch, ale też wiele było momentów, gdy szóstka tancerzy stawała się "jednością". Nie sposób było pozbyć się wrażenia, że oto odtwórcy poznali jakąś tajemnicę, wiedzą lepiej od nas, jaką drogą pójść do doskonałości. Stylizacje hindusko-tybetańskie nie były natrętne, zachwycały plastyką ruchu i... bezruchu. Bezruch jest także formą, która dziś interesuje choreografów.

Szczególnie ciepło przyjęto propozycję Jacka Przybyłowicza - "Naszyjnik gołębicy". Technika i styl, jakimi posługuje się choreograf, przywodzi na myśl Kibbutz Contemporary Dance Company (Przybyłowicz przez kilka lat był solistą tego zespołu). W Izraelu urzekła Polaka... kultura arabska.

Stąd nie tylko wybór tytułu, ale i arabska muzyka. Treścią wypowiedzi było pokonywanie siebie w dążeniu do harmonii nie tylko uczuć. Tancerze zmagali się z materią; czasem był to drugi człowiek, czasem ściana, to znów wysokość, szerokość, czas. Najważniejsze było uzyskanie kolejnego wymiaru, najczęściej była nim miłość. Ale, niestety, samotność także.

Twórczość Przybyłowicza w sposób szalenie naturalny wprowadziła widzów w klimat propozycji, jakie mieli dla publiczności tancerze z Kibbutz Contemporary Dance Company. Ten zespół to dwie grupy tańczące repertuar "wieczorowy", czyli poważny oraz "południowy", czyli popularyzatorski, przeznaczony dla dzieci i młodzieży.

Żydowska idea

Jak wspomniałem, wszystko realizuje Rami Be'er. Sądząc po spektaklu pokazywanym w południe - "Ratel Saka" - twórca umie doskonale opowiadać dowcipy i dawać relacje z historii. Jednym z najzabawniejszych epizodów "Ratel Saka" była relacja z przygotowań do szabasowej kolacji i jej przebiegu. Be'er wyśmiewa się z nastawienia konsumpcyjnego, daje do zrozumienia swoim rodakom, że z obrzędu religijnego pozostały im nakrycia głowy i szabasowe świece.

Wieczorny spektakl "Screensaver" to fascynacja rytmem, ale nade wszystko historią najnowszą, polityką, socjologią. To manifestacyjna wypowiedź Be'era o losie narodu żydowskiego. KCDC jeździ po całym świecie i przez taniec opowiada przeżycia narodu pozbawionego bezpieczeństwa, zatem zagrożonego, silnego, lecz przy tym wątpiącego.

Choreografia Be'era wykorzystuje wyłącznie technikę contemporary, znakomicie przygotowani do posługiwania się nią tancerze olśniewają sprawnością, zdecydowaniem i subtelnością zarazem.

Pieniądze muszą być

W tym roku widzowie obejrzeli 13 spektakli i trzynastka okazała się szczęśliwa. Tak wyrównanego, wysokiego poziomu dawno nie było. Kolejny raz okazało się, że Łódzkie Spotkania Baletowe prezentują tak szerokie spectrum tańca, że każdy widz może czerpać satysfakcję i oczarowanie.

Wszyscy uczestnicy wspominali o zaszczycie, jaki wiąże się dla poszczególnych zespołów i tancerzy z występem w Łodzi. "Spotkania są słynne w świecie i występ tu to nobilitacja" - mówili szefowie grup. Jeśli radni sejmiku wojewódzkiego dadzą wiarę, że najlepsze może spotkać nas nie tylko poza granicami województwa - to proszę, by wyciągnęli wnioski. A za nimi pieniądze, na XVIII Łódzkie Spotkania Baletowe, na które już czekamy. Przyjedzie najwybitniejszy klasyczny balet świata - Royal Ballet Covent Garden z Londynu. I inni, jeśli będą pieniądze. Jeśli pieniędzy nie będzie - będzie wstyd.

Michał Lenarciński
Dziennik Łódzki
29 maja 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk