XV Międzynarodowa Konferencja Tańca
Współczesnego
i Festiwal Sztuki Tanecznej
Bytom, 29 czerwca - 12 lipca 2008
___________________________________________________________________________
Nie na darmo Compagnie Drift byli zapowiadani jako największe wydarzenie XV Międzynarodowej Konferencji Tańca Współczesnego. Bilety na “Amour et delices” zostały wyprzedane co do joty. Można było na szczęście zobaczyć jeszcze spektakl "Machine a sons"– a jest to coś znacznie więcej niż tylko taniec plus mieszanka innych środków. Niewątpliwie już nie szokuje nas absurdalność dadaizmu czy nieograniczoność pomysłów surrealizmu; pierwsza awangarda raczej już nie wprawia nas w zdumienie. Jednak szwajcarski zespół udowadnia, że pewne jej formalne rozwiązania nadal mogą być odkrywcze, a przede wszystkim w swej absurdalności i groteskowości – zabawne. Nadrealistyczny klimat wydaje się być jedynie pretekstem do odkrywania magii dźwięków niesłyszalnych czy może raczej nieistniejących. Pozorna chaotyczność tych niezwykłych dźwięków układa się jednak w kolejne piosenki, a kolejne piosenki układają się w widowisko o ogromnej sile nie tylko muzycznej, ale i plastycznej, bo niemal wszelkim działaniom na scenie towarzyszą multimedialne obrazy wyświetlane na ekranie. Wizualna atrakcyjność spektaklu jest więc niepodważalna, bo pomysły Petera Schellinga w formie tychże obrazów potrafią na dobre odciągnąć uwagę od tancerzy. Jego scenografia to integralna część całości, każdy przedmiot pełni konkretną funkcję, a przy tym nie ma się wrażenia przytłoczenia sceny rekwizytami. Dla mnie najlepszym fragmentem spektaklu jest odkrywanie tajemnicy dźwięku ludzkiego ciała, podskórnej melodii życia i wewnętrznej muzyki człowieka. Brzmienie kolejnych części ciała najpierw budzi niepohamowany śmiech i zaskakuje swą dziwnością, a jednak wszystkie dźwięki tworzą wspaniałą muzykę, do której zachwycającą solówkę wykonała Beatrice Jaccard. Cała trójka występujących artystów może pochwalić się dobrymi głosami, ale tak naprawdę chyba i tak najbardziej wybija się niemożliwa do objęcia fantazyjność całego spektaklu. Kolejne udane fragmenty budują nadzwyczaj udane widowisko, którego nie sposób określić jednym słowem. Niedefiniowalność to właśnie chyba znak firmowy Compagnie Drift. "Machine a sons" to nie tylko
maszyna dźwięków, to istny koktajl, zaskakująca kompozycja i idealna
współzależność gestu, śpiewu, muzyki, tańca, to multimedialne szaleństwo, w
którym na pewno jest metoda, nawet jeśli opiera się ona na braku jakichkolwiek
ograniczeń dla fantazji. Sztuka w ogóle, nie tylko sztuka tańca, nie ma bowiem żadnych
granic. |
Marta
Nowok |
|