Dawno nie oglądaliśmy na polskiej scenie współczesnego teatru
politycznego. Rozrachunki z niedaleką przeszłością i teraźniejszością wydają się
być specjalizacją rosyjskich i niemieckich dramaturgów. U nas jakoś długo nikt nie
umiał znaleźć właściwej formy wypowiedzi, stylu. Byliśmy specjalistami w mówieniu
między wierszami, gdy twórcy musieli uciekać przed cenzurą, ale od kiedy wszystko
wolno powiedzieć i napisać - dramaturdzy nie rozpieszczali teatru.
Tym większe zainteresowanie wzbudza "Szpital Polonia" - tekst
Pawła Kamzy, przedstawiony w ramach Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych na
scenie Teatru Powszechnego.
Czy "Szpital..." jest ideałem, na jaki od pewnego czasu
czekaliśmy? Na pewno nie, jednak jest pierwszą, bardzo odważną wypowiedzią teatru na
tematy doraźne i uniwersalne.
Miejscem akcji swej sztuki Kamza uczynił szpital w prowincjonalnym
miasteczku. Szpital tak zdegenerowany, jak zdegenerowane są zasady, według których musi
funkcjonować. Szpital chory na długi, korupcję, złodziejstwo, kolesiostwo.
Bezczelność, butę i chamstwo władzy, strach i głupotę "rewolucyjną".
W szpitalu, poza kilkoma chorymi (nie tylko brak pieniędzy, ale i
ochoty, by ich leczyć) kotłuje się nieszczęśliwy personel, zafrasowany dyrektor
usiłuje wyplątać instytucję z długów, korzystając z pomocy prezydenta miasta i jego
małżonki (ta para przywodzi wiele skojarzeń) oraz posła z partii prawicowej, który
jako udziałowiec firmy pogrzebowej marzy, by szpital przerobić na |
|
przedproże cmentarza: by Polacy umierali
godnie.
Paweł Kamza nie ukrywa, że polityka go irytuje, a politycy brzydzą.
Ich usta, wypełnione komunałami i głupotą, wymiotują nienawiścią do opozycji, ich
serca kwitną miłością własną. Ale nikt nie jest bez winy: dyrektor zabiegający o
dobro szpitalnego konta nie zapomina o swoim, oddając się procederowi kradzieży krwi (i
handlowaniu nią na czarnym rynku), związkowiec układa się z dyrekcją (i wspólnie
kradnie), przyboczny dyrektora jest sprzedawczykiem i intrygantem, pielęgniarka jest
zakłamana, lekarka całkowicie traci orientację, a pacjentki również są "dobre
sobie".
Diagnoza, jaką w swym utworze autor stawia Polsce, jest szokująca,
ale - jak się wydaje - zupełnie właściwa. Najgorsze, że toczącej nasz kraj
choroby nie umiemy - albo co jeszcze gorsze - nie chcemy wyleczyć. "Szpital Polonia"
nie jest zapewne tym doskonałym utworem, podejmującym kwestie polityczne, na jaki
czekamy, ale jednym z pierwszych i choćby dlatego jednym z najważniejszych.
Legnicki Teatr im. Modrzejewskiej w swoich kolejnych poszukiwaniach znów
pokazał coś bardzo wartościowego, udowodnił, że jest teatrem ważnym, a także coraz
lepszym. A swoją drogą, jakie to jest niesamowite: z Warszawy przyjeżdżają grać
farsy, natomiast z Legnicy - dramat o rzeczywistości.
Trzeba zaznaczyć, że w dobrej reżyserii autora świetnie
zaprezentowali się aktorzy, a szczególnie: Przemysław Bluszcz, Joanna Gonschorek, Anita
Poddębniak, Tomasz Sobczak i Janusz Chabior.
Michał Lenarciński
Dziennik Łódź
16 lutego 2004 |