
Festiwal Sztuk Przyjemnych i
Nieprzyjemnych "Czego nie widać" - farsę Raya Cooneya (nazywaną farsą fars)
- w swej historii pokazywał trzykrotnie. Pierwszy raz widzowie klaskali stołecznemu
Teatrowi Współczesnemu, drugi - gospodarzom festiwalu, czyli łódzkiemu Teatrowi
Powszechnemu, a wczoraj oklaskiwano i zaśmiewano się podczas prezentacji Teatru
Powszechnego z Warszawy.
"Czego nie widać" to teatr w teatrze. Grupa aktorów
przygotowuje spektakl do objazdu. W pierwszym akcie widzimy ich generalną próbę (grają
sztukę pod tytułem "Co widać"), w drugim akcie oglądamy to właśnie, czego
nie widać, a więc pełen zaskakujących sytuacji fragment spektaklu od strony kulis, a w
akcie trzecim - szeregowe przedstawienie "Co widać" (już "od
frontu"), które rozpada się w strzępy. Pióro |
|
Cooneya nakręca spiralę zdarzeń do
absurdu, a widzowie pękają ze śmiechu.
Przedstawienie warszawskiego "Powszechnego" ma wiele zalet.
Pierwszą jest bardzo staranna, a zarazem lekka reżyseria Juliusza Machulskiego. Drugą
zaletą jest, że zespół gwiazd nie "gwiazdorował". Aktorzy stworzyli
kreację zespołową - świetni byli Krystyna Janda i Rafał Królikowski (zakochani,
zazdrośni, złośliwi), Szymon Bobrowski (niepoprawny optymista), Cezary Żak (wrażliwy
"chłopek-roztropek"), Zbigniew Zapasiewicz (wiecznie pijany sklerotyk).
Szalenie trudną, za to wypracowaną w najdrobniejszych szczegółach
rolę idiotki, a przy tym nieutalentowanej aktorki, zagrała Agnieszka Krukówna. I to
jak! Domyślam się, że było to nadzwyczajne zadanie: nieczęsto zdarza się, by
świetny aktor musiał grać aktora bardzo miernego. A Krukówna zrobiła to koncertowo,
czym dowiodła, że jest aktorką znakomitą.
Podczas dwóch spektakli, jakie warszawiacy zagrali w Łodzi, sala
Teatru Powszechnego pękała w szwach. Zajęte były wszystkie miejsca siedzące, nie
było ani jednego miejsca stojącego. A najdroższe bilety kosztowały 150 zł. I te
zakupione zostały najwcześniej. Wielu widzów od kas odeszło z kwitkiem. Co znaczy
magia nazwisk...
Michał Lenarciński
Dziennik Łódzki
31 stycznia 2004 |