
Zbiór
kilkudziesięciu intymnych wspomnień z wędrówek - zaułków miast, portretów młodych
mężczyzn - powstał w zeszłym roku z okazji krakowskiego festiwalu twórczości
reżysera.
- Trzeba było wypełnić miesiąc rozmaitymi zdarzeniami - uśmiechał
się Lupa. - Nie do końca identyfikuję się z tymi zdjęciami. Często miewam sny, w których
odnajduję obrazy z przeszłości i pytam sam siebie: "Jak to się stało, że
zapominałem o ich istnieniu? Kiedy je namalowałem?". A one, jak te zdjęcia,
zawierają kawałek życia, tajemnicy. Mogę je - materię, ludzkie gesty - natychmiast
"przeflancować" na scenę (bo cieszę się aparatem cyfrowym). Zazdroszczę
fotografom intuicji wnikliwego patrzenia. Rozpoznawania tego, co dramat stanowi, a co już
nim nie jest. Sam jestem amatorem z aparatem. Zawodowcem przestałem być tuż po łódzkiej
szkole filmowej, gdzie miałem przyjemność krótko studiować. Ale zapatrzyłem się w
filmy Jean-Luc Goddarda i nie wyszło mi to na dobre...
Ekspozycję sprowadzoną ze Starego Teatru z inicjatywy Ewy Pilawskiej,
dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi, gości Galeria Opus. |
|
Po wernisażu miało miejsce spotkanie z
Krystianem Lupą wokół dwu ostatnich książek: "Podglądania" i "Utopia
2. Penetracje", prowadzone przez Piotra Olkusza z Katedry Dramatu i Teatru UŁ.
Reżyser podkreślał wagę Proustowskich wędrówek pamięci. - Przeszłość to
konieczność - tłumaczył. - Przeszłość jest wampiryczna. Ma w sobie coś z biedaka,
który domaga się pomocy i czułości. Czujemy wobec niej wyrzuty: wobec ludzi, których
znaliśmy. Udręka to może zbyt duże słowo, lecz wspomnienia powodują miękką,
dłuższą udrękę. Po tygodniu dopinają swego - i wtedy się pisze, by uwolnić się od
ciśnienia przeszłości. Od poczucia marnotrawstwa, że pozwalamy ulatywać temu, co
było.
Piotr Olkusz przypomniał myśl Thomasa Berharda, że to, co się
dzieje, nie jest wynikiem naszych działań, ale naszych zaniedbań.
- Bernhard był geniuszem przesady - komentował Lupa. - Niby coś
robimy: domy stoją, w księgarniach roi się od woluminów. Nie jesteśmy jednak w stanie
zmierzyć tego, czego nie zrobiliśmy! Pamiętam marzenia młodości, cele wyznaczone
bezwzględnie i niepobłażliwie. Nic z tego nie wychodzi... Mam taki swój rytuał. Co
roku 1 stycznia drukuję z komputera swój dziennik, kładę na stole, z szafy wyjmuję
zapiski z poprzednich lat i patrzę, jaką mam kupę papieru. To komedia wobec siebie, z
której kpię, ale się cieszę. To obraz gadulstwa o tym, co nie zostało powiedziane ani
zrobione.
- Kiedy piszę, to wydaje mi się, że to tekst nie do czytania -
opowiadał o swoim pisarstwie reżyser. - Ja sam muszę dowiedzieć się wielu rzeczy o
sobie przez pisanie. Bo pisanie to wyostrzanie myśli. Spisywanie przeszłości jest
namacywaniem czegoś, co wpadło do stawu z brudną wodą, czego długi czas nie mogliśmy
wydobyć. Aż tu za rok przechodzimy obok i przypominany sobie, że w takim razie zguba
wciąż tam leży. Wtedy wyciągamy ją ze szlamem, porośniętą glonami. Okazuje się,
że zguba - nasze wspomnienia - żyła bez nas swoim życiem. Pisanie to rodzaj egotyzmu,
od niego zaczynają się wszystkie przygody pisarskie, także ta Prousta. W pewnym
momencie jednak perspektywa "ja" przestaje być najważniejsza i zaczynamy
rozumieć innych.
Leszek Karczewski
Gazeta Wyborcza Łódź
19 stycznia 2004 |