Rozmowy
_______________________________________________________
Maria Białobrzeska
Wciąż jest za kulisami
|
Maria Białobrzeska, aktora Teatru Nowego, wspomina Kazimierza Dejmka w pierwszą rocznicę jego śmierci Krzysztof Kowalewicz: Jaki był Kazimierz Dejmek? Maria Białobrzeska: Scena stanowiła dla niego całe życie. Uchodził za człowieka popieranego przez władzę, ale przecież nikt się tak z nią nie kłócił jak Dejmek. Jego sztuki zawsze były niepokorne, w kontrze wobec rządzących, że wspomnę chociażby "Łaźnię", "Święto Winkelrida" czy "Ciemności kryją ziemię". Zadziwiające, dzisiaj zarzuca mu się, że nie był człowiekiem specjalnie religijnym. Tymczasem Dejmek wyreżyserował kilka wspaniałych przedstawień wykorzystujących staropolskie teksty. Szczególnie "Dialogus De Passione" było sztuką przejmującą, tragicznie ludzką, pokazującą cierpienie człowieka, który walczy o prawdę. Siedząc na widowni czułam się, jakbym uczestniczyła w modlitwie, a nie była na przedstawieniu w teatrze. Dejmek nie manifestował religijności w gadaniu czy pozornych gestach. O sprawach wiary mówił we wzniosłych przedstawieniach. Był człowiekiem pełnym sprzeczności. Niby podśmiewywał się z romantyków, ale wystawiał ich dzieła wspaniale, niesłychanie patriotycznie, jak chociażby "Noc listopadową", w której grałam Nike Napoleonidów. Dejmka cechowała wierność autorowi. Nigdy nie uważał, że dzieło może być pretekstem do popisów inscenizacyjnych reżysera. Dejmek to na pewno jeden z największych polskich reżyserów XX wieku. Z jego odejściem skończyła się epoka teatru pięknego, szlachetnego, ludzkiego. Niektórzy mówią o Dejmku-reżyserze z lękiem. - Może to wynika z tego, że był człowiekiem wymagającym. Uważano go za dyktatora. Zgadza się, ale nikt tak jak Dejmek z szacunkiem nie odnosił się do nas. Aktor był dla niego najważniejszy. Na próbie czekał, aż wyjdzie się z własną propozycją co do roli czy zagrania konkretnej sceny. Jeśli aktor okazał się przekonywający, Dejmek akceptował jego pomysł. Nie dyrygował aktorami traktując ich jak pionki, którym pokazuje się, skąd wchodzą i co, jak mają mówić. A jakim był dyrektorem? - Pracował jak wzorowy gospodarz. Kiedy |
przychodził rano do teatru, przebiegał przez kolejne pomieszczenia i sprawdzał, czy wszystko w porządku. Bardzo dbał o ludzi. Można mu było powierzyć największą tajemnicę życiową i nigdy nikomu jej nie powtórzył. Wiem też, że w ciężkich chwilach pomagał ludziom finansowo, chociaż nigdy się tym nie chwalił. Rozumiał człowieka. Czasami wyrażał się nieparlamentarnie, ale nigdy nie było to adresowane bezpośrednio do nas. Denerwowała go sytuacja ogólna, codzienne kłopoty, nigdy sztuka. Nie obrażaliśmy się na jego grubiańskie zwroty. Dejmek oglądał większość przedstawień. Jak się grało ze świadomością, że dyrektor jest na widowni? - Przed laty, kiedy na sali była jeszcze loża elektryków, przeważnie w niej przesiadywał. Później skrywał się za kulisami. Kiedy zauważyliśmy błysk jego okularów, pojawiało się przejęcie. Nie chodzi o strach czy nerwy, jakie nam towarzyszą na premierze. Dejmek po prostu pilnował przedstawienia, opiekował się nami. Miał oczy naokoło głowy. Widział wszystko. Pamiętam, jak aktorka w "Operetce" schowana w głębi sceny za kolegami zrobiła nieplanowany gest ręką przy oku. Po spektaklu zwrócił jej uwagę. Za młodu zdarzało mu się, że poszedł z aktorami na wódkę i przesiedział z nimi do rana. Wszyscy myśleli, że następnego dnia mogą się spóźnić na próbę. Tymczasem Dejmek wykąpany i ogolony o ósmej rano czekał na resztę w teatrze. Nikt, kto bawił się z Kaziem, nie mógł z tego powodu spóźnić się na próbę, usprawiedliwiać się złą formę. Scena to jedno, a reszta to zupełnie co innego. Otrzymywała Pani komplementy od Dejmka? - Mówił krótko: "dobrze" i to był wieki komplement. Kiedy po premierze "Kaleki z Inishmaan" zadzwonił do mnie i powiedział: "Byłaś świetna", zaniemówiłam. Dejmek nie był skory do pochwał. Wiedzieliśmy o tym i specjalnie nie liczyliśmy na słowa uznania z jego strony. Wspomina go Pani czasem? - Przed każdym wejściem na scenę myślę o Dejmku. Zastanawiam się, czy zaakceptuje moją pracę. Modlę się za niego i wzdycham, żeby mi pomógł, abym wciąż grała tak, jak on chce. Nie mogę przecież skompromitować siebie i Jego. W końcu jestem tzw. "Dejmkowską" aktorką. Kazik wymagał precyzji w mówieniu tekstu, nie tylko w sensie dykcyjnym, ale i po to, by dokładnie przekazać myśli autora tekstu. Jak graliśmy "Sen pluskwy" ciągle widziałam Dejmka siedzącego za kulisami. Kiedy schodziłam ze sceny, machał do mnie ręką, odpowiadałam mu w ten sam sposób. Duch Dejmka był i będzie w tym teatrze. Dzięki temu Nowy przetrwa i jeszcze wróci do dawnej chwały, ale niech nikt nie myśli, że zajmie miejsce Dejmka. Kazimierz Dejmek był współzałożycielem Teatru Nowego i trzykrotnie jego dyrektorem (1959-61, 1975-79, 2002). Zmarł nagle w sylwestra ubiegłego roku pracując nad "Hamletem". Maria Białobrzeska trafiła do teatru Dejmka w 1951 r. Zagrała w wielu jego sztukach (m.in. "Łaźni", "Święcie Winkelrida", "Vatzlavie", "Śnie pluskwy"). Rozmawiał Krzysztof Kowalewicz |