Rozmowy
_______________________________________________________
Ewa Pilawska
Repertuar z pomazańcem bożym
|
(c) MARIAN ZUBRZYCKI Rozmowa z Ewą Pilawską, dyrektorem Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi RZ: George Bernard Show prowokacyjnie podzielił sztuki na przyjemne i nieprzyjemne. Przez osiem lat na Festiwalu Sztuk Przyjemnych były prezentowane jedynie farsy i komedie. Od dwóch lat włącza pani do programu dramaty. Czy dlatego, że teatr nie tylko bawi, ale i boli, i wzrusza? EWA PILAWSKA: Zakładaliśmy, że ten festiwal będzie komediowy. Ale już po dwóch edycjach odczułam pewien niedosyt, a dyrektorzy zapraszanych teatrów mieli opory, czy brać udział w Festiwalu Sztuk Przyjemnych. Nazwa kojarzyła im się z czymś łatwym, lekkim i nieartystycznym. Zaczęłam więc w kolejnych latach włączać przedstawienia, które poszerzały repertuar. Głośno artykułowałam, że "przyjemne sztuki" oznaczają po prostu "dobry teatr", obcowanie ze świetną literaturą, reżyserią, aktorstwem. Drzwi się powoli uchylały. Chichot zaczęła zastępować refleksja, aż festiwal |
przed rokiem zmienił nazwę. Chichot może być różny. Na przykład "Namiętna kobieta" Kaya Mellora, którą zaprezentuje w lutym warszawski Teatr Współczesny, jest komedią bolesną i gorzką. Od początku na festiwalu prowadziłam dialog z publicznością. Repertuar jest moim subiektywnym wyborem, ale wynika także z potrzeb widza, które co roku wzrastają. Zygmunt H?bner mawiał: "Teatru nie robi się dla własnej przyjemności. To gra we dwoje. Partnerem jest widz". Idziemy z widzami festiwalu wspólną drogą, szukając teatru pulsującego, tętniącego, żywego. Porusza mnie teatr Grzegorza Jarzyny. Niezwykle bliski mi jest teatr Krystiana Lupy - jego wyobraźnia, wrażliwość, ukazywanie duszy ludzkiej; emocje, które potrafi przenieść na scenę. Także jego niezwykły tryb pracy z aktorem. Lupa jest dla mnie prawdziwym pomazańcem bożym. Festiwal stał się przeglądem najwybitniejszych przedstawień roku. Są wśród nich arcydzieła, jak "Kalkwerk" Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy. Pojawiają się najlepsi polscy aktorzy i reżyserzy. Jak się pani udaje ich wszystkich ściągnąć do Łodzi? Może jestem zwyczajnie uparta, może odważna, ale kiedy chcę zaprosić spektakl, po prostu rozmawiam z dyrektorem danego teatru. Innej drogi nie ma. Na szczęście w ich osobach znajduję wspaniałych partnerów obdarzonych dobrą wolą i podobnymi do moich potrzebami. W tym roku gościem specjalnym festiwalu jest Dejvick? Divadlo z Pragi. Zaprezentuje komedią Petra Zelenki "Opowieść o zwyczajnym szaleństwie". Czy łódzki festiwal stanie się międzynarodowym? Tak, jeśli tylko będę miała takie możliwości finansowe. Przez półtora roku korespondowałam z Jirim Mentzlem, który teraz tworzy w teatrze. Pojechałam do Pragi zakochana w Mentzlu, obejrzałam jego spektakle, a wróciłam z... komedią Zelenki. Marzy mi się zaproszenie Włochów, Węgrów i Niemców, ale za wcześnie, by o tym mówić. Ten festiwal jest nadal w drodze. Rozmawiał Błażej Torański |