Rozmowy
_______________________________________________________________
Maria Pakulnis
Przyzwyczajona do ciszy
|
FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI W jej zachowaniu nie ma niczego z gwiazdorstwa. Jest po prostu aktorką. Zdolną i rzetelną. W latach 80. występowała na scenie Teatru Współczesnego i niemal nie schodziła z planu filmowego. "Dolina Issy", "Bez końca", "Jezioro Bodeńskie", "Zygfryd", "Obywatel Piszczyk", "Oszołomienie", "Schodami w górę, schodami w dół" - to tylko niektóre z jej filmów. W latach 90. stworzyła wiele wspaniałych kreacji w Teatrze Telewizji i w teatrach Ateneum i Prezentacje, zapisała się w pamięci widzów jako rezydentka rosyjskiej mafii w "Ekstradycji". Ale z dużego ekranu zniknęła. W grudniu telewizja Polsat zaczyna emisję cyklu filmów z jej udziałem "Psie serce". Rz: Pani bohaterki z cyklu "Psie serce" to kobiety w średnim wieku o różnych charakterach i z różnych środowisk. Która z nich jest pani szczególnie bliska? Wszystkie je rozumiem. Spotykam je w życiu. W jednym z filmów gram dynamiczną bizneswoman, w innym właścicielkę gospodarstwa na wsi, w jeszcze innym - starą, samotną i zgorzkniałą dziennikarkę, która kiedyś miała nazwisko i pozycję, a teraz żyje samotnie z poczuciem niespełnienia. Dzisiejszy czas jest dla takich kobiet bardzo trudny. Wiele z nich traci pracę, potem nie może znaleźć nowej. Czasem nie pomaga nawet wykształcenie i zawodowe doświadczenie. A wielka zawodowa kariera też nie zawsze przynosi pełną satysfakcję, bo zbyt często łączy się z poczuciem zagubienia po drodze czegoś bardzo ważnego - rodzinnego ciepła, kontaktu z dzieckiem. Rz: Aktorce w średnim wieku też jest chyba dzisiaj niełatwo... Jak się już skończy 40 lat, to trzeba mieć dużo znajomości i układów, żeby cokolwiek zagrać. Już się z tym pogodziłam. Tym większą radość sprawiło mi "Psie serce". Zwłaszcza, że mogłam tam stworzyć całą gamę postaci, a to mnie zawsze najbardziej fascynowało. Nigdy nie chciałam mieć jednej twarzy. Bardzo mnie denerwowało, gdy dziennikarze określali mnie mianem femme fatale. Bo ja - i w teatrze, i na ekranie - w każdej roli starałam się być inna. Z równą radością grałam kobiety silne i władcze, jak i szare myszki. Rz: W ostatnich latach nie dała się pani porwać wymogom czasu - nie udaje pani czterdziestoletniego demona seksu, co wśród aktorek na świecie jest postawą niemal obowiązującą. Wiem, że mam swój wiek, swoje zmarszczki i cieszę się, gdy one też mogą zagrać. Nie pójdę do chirurga plastycznego, żeby zachować młodość. Na planie nie zwracam uwagi, czy światło dobrze pada na moją twarz. Ważna jest dla mnie prawda. Rz: Pamiętam, że zawsze chciała pani poważnie uprawiać zawód. Ale dzisiaj Lady Makbet coraz częściej ustępuje miejsca proszkowi do prania. Czasem mam wrażenie, że to graniczy ze schizofrenią. Ale tak już jest. Kiedyś wszyscy żyliśmy skromnie, nie wymagaliśmy aż tyle od siebie i świata. Dziś trwa wyścig, ludzie zakosztowali luksusu, chcą mieć coraz lepsze domy, wakacje, samochody. Do tego dochodzi presja młodości: cały czas musimy udawać, że jesteśmy w wyśmienitej formie. W środowisku aktorskim jest podobnie. Dawniej czuliśmy się artystami, po spektaklach siedzieliśmy w teatrze i gadaliśmy do rana. Teraz, gdy tylko opadnie kurtyna, każdy gna na parking. Ludzie żyją obok siebie. Z teatru nie da się utrzymać rodziny, więc coraz trudniej żyć w świecie sztuki. Rozumiem tych, którzy są w ciągłym biegu i zrobią wszystko, żeby tylko załapać się do jakiejkolwiek roboty: reklamy, tasiemca. Ale ja tak nie umiem. Rz: Ceną jest to, że ostatnio bardzo rzadko widywaliśmy panią na ekranie. W świecie filmu nie zapomniał o pani tylko Wojciech Wójcik. Jak się taki czas znosi psychicznie? Bardzo boleśnie przeżywałam chwile, gdy ludzie zaczepiali mnie gdzieś w sklepie, pytając: "Dlaczego pani nie widać?". Bo wtedy sama musiałam sobie na to pytanie odpowiedzieć. Nie wiedziałam jak. Choć właściwie to jestem przyzwyczajona do ciszy. Nigdy nie tłukłam jednego filmu za drugim. Po "Dolinie Issy" przez trzy lata występowałam tylko w teatrze. Jako młoda aktorka na milczący telefon reagowałam histerycznie: "Jak to, zagrałam duże role, miałam dobre recenzje, a nikt mi niczego nie proponuje?". Dzisiaj już potrafię zachować spokój. Zresztą i tak czuję się aktorką spełnioną - cały czas gram w trzech warszawskich teatrach. Rz: Przez te wszystkie lata zarówno w teatrze, jak i w telewizji chętnie pracowała pani z mężem - Krzysztofem Zaleskim. Zrobiliśmy razem trochę wartościowych rzeczy. Był taki czas, że trzeba było sobie nawzajem pomagać, "tworzyć rynek pracy". Mogliśmy |
sobie na to pozwolić, bo oboje zapracowaliśmy na swoje nazwiska i nie musimy się nawzajem ciągnąć. Jesteśmy partnerami. Rz: W zeszłym sezonie wzięła pani sprawy we własne ręce i wyprodukowała pani przedstawienie "Życie - trzy wersje" według Rezy Yasminy. Czułam się jak menedżer. Po czterdziestce udowodniłam sobie, że potrafię. Cieszę się, że udało mi się przeżyć taką wielką przygodę. W teatrze przychodzi się na próbę, dzierga rolę i nic człowieka nie obchodzi. Kiedy produkowałam spektakl, niosłam na sobie ogromną odpowiedzialność. Musiałam zdobywać pieniądze, docierać do różnych ludzi. Do końca życia nie zapomnę dnia premiery - czułam się, jakbym urodziła dziecko. Rz: Chciałaby pani jeszcze raz przeżyć takie doświadczenie? Jeśli znajdę dobry tekst, to spróbuję. Ale nie za wszelką cenę, nie kosztem zrobienia komuś świństwa, przechwytywania pomysłów, rolowania kogoś. Także nie kosztem mojej rodziny, tego, że bywam w domu 15 minut. Rz: A kino? Skąd ta cisza? Prawdą jest, że sporo w tym mojej winy. Odrzuciłam w życiu wiele propozycji. Zawsze wolałam zagrać ciekawy epizod na scenie niż byle jaką rolę w filmie. Rz: Patrząc wstecz nie żałuje pani tych odrzuconych szans? Staram się nigdy niczego nie żałować. Nie rozpamiętuję tego, że w pewnym momencie nie wsiadłam do pociągu, w którym cały czas trzeba było się pchać. Nigdy nie miałam tego w swojej naturze. Nie lubię torować sobie drogi łokciami, pokazywać się, brylować na przyjęciach, wchodzić pod obiektywy fotoreporterów, żeby znaleźć się w kolorowym piśmie. Dlatego z jednej strony cierpiałam, ale z drugiej - wiedziałam, że nie umiem żyć inaczej. Zresztą od 20 lat udaje mi się utrzymać na powierzchni. A że nie mam domu pod miastem? Na razie potrafię się bez tego obyć. Rz: Nigdy nie chce pani mówić o swoim trudnym, traumatycznym dzieciństwie. Ale kiedyś pani przyznała, że to właśnie z tamtego czasu wyniosła pani przeświadczenie, że nie wszystko mierzy się wartościami materialnymi. Potrafię sobie tak powiedzieć. Nie umiem gromadzić dóbr, zabezpieczać się. Co więcej, mając niewiele, dzielę się z innymi. Jako dziecko zaznałam prawdziwej biedy, prawdziwego głodu. Strach, samotność, brak poczucia bezpieczeństwa - wszystkiego tego dotknęłam. Fizycznie i psychicznie. I niosę to w sobie. Gdzieś głęboko ciągle jest we mnie ta pięcioletnia Marysia. Może dlatego wiem, co w życiu najważniejsze. Potrafię pochylić się nad innym człowiekiem, staram się nie przechodzić obojętnie obok cierpienia, szukać dobra. Nie znam uczucia zazdrości o rzeczy materialne. Jeśli w życiu kiedykolwiek komukolwiek zazdrościłam, to tylko ciepłego domu. Dzisiaj zresztą wracając do wspomnień staram się pamiętać głównie rzeczy dobre. Na Mazurach obcowałam z piękną przyrodą, wszystkimi zmysłami zapamiętałam widok lasu, jezior. Potem zresztą życie wynagrodziło mi cierpienie. Spotkałam wielu wspaniałych ludzi, którzy mnie uformowali. Rz: Kto był najważniejszy? Krysia Drab, moja nauczycielka polskiego w szkole pielęgniarskiej w Giżycku. To ona zahukanej i przestraszonej dziewczynie otworzyła świat sztuki, dała nadzieję, pomogła uwierzyć, że marzenia mogą się spełnić. Ale mam poczucie, że potem też przeżyłam wiele wspaniałych spotkań. Im starsza jestem, tym bardziej to doceniam. Erwin Axer, Halina Mikołajska, Zosia Mrozowska, Henryk Borowski, Krzysiek Kieślowski, Tadeusz Konwicki - bez tych ludzi byłabym pewnie zupełnie inna. Rz: Czy ktoś z nich dał pani radę, którą przypomina pani sobie podejmując trudne decyzje? Krzysiek Kieślowski powiedział: "Pamiętaj, nigdy nie wolno ci opuścić poprzeczki". Nie zawsze się to udaje. Ale staram się. Rz: Przyjęcie ról w "Fittness clubie" i "Marzeniach do spełnienia" to było obniżenie poprzeczki? To w sumie było ciekawe doświadczenie. Ale niedawno odmówiłam głównej roli w tasiemcu. Miałabym zapewnioną pracę na trzy lata i duże pieniądze. Powiedziałam: "Nie", bo nieludzko boję się uzależnienia. Rz: Rola w nowym tasiemcu byłaby więc nieciekawa? Nie, myślę, że stworzyłabym interesującą postać. Ale ja ciągle żyję nadzieją, że w moim życiu wydarzy się coś ważnego. Co by było, gdybym dostała jakąś niezwykłą propozycję, a byłabym związana trzyletnim kontraktem.. Rz: O jakiej propozycji pani myśli? Nie wiem, może w Teatrze Telewizji... A może ktoś z kina niezależnego wpadnie na pomysł, że mogłabym zagrać jakąś pokręconą matkę? Teraz cicho myślę: "Może ktoś obejrzy ČPsie serceÇ i zaproponuje mi coś fantastycznego". Znając życie, podejrzewam, że pewnie tak się nie stanie. Ale będę czekać. Rz: Wybierając niepewność zamiast dużych pieniędzy w zaplanowanym na trzy lata serialu nie miała pani żadnych wątpliwości? Oczywiście, że miałam. Czasem już nie wiem, co jest dobre w dzisiejszych czasach. Zadaję sobie codziennie tysiące pytań. Myślę o moim dziecku. Czy będę miała je za co wykształcić? Ale Jasia też chcę nauczyć, że pieniądze to nie wszystko. Rozmawiała Barbara Hollender |