Rozmowa z kuratorem festiwalu sztuki
performance
Performance wywołuje sprzeczne emocje: gorszy i wzrusza, oburza i zastanawia, bawi i
zatrważa. Oblicza tej dziedziny sztuki poznamy już w poniedziałek na toruńskiej
części międzynarodowego festiwalu Zamek
Wyobraźni. O imprezie rozmawiamy z jej kuratorem i jednym z najważniejszych w kraju
performerów - Władysławem Kaźmierczakiem
Grzegorz Giedrys: Jak do tego doszło, że Toruń po raz pierwszy stanie się częścią
wędrującego po kraju festiwalu sztuki performance?
Władysław Kaźmierczak: Odpowiedzieliśmy po prostu na zaproszenie toruńskich
artystów. Cieszymy się, że wystąpimy z festiwalem w waszym mieście, które ma
niepowtarzalny urok. Poza tym wiem, że wasze środowisko artystyczne bardzo interesuje
się performance'em.
Zamek Wyobraźni odbył się dotąd 12 razy. Czym tegoroczna edycja będzie się
różniła od poprzednich?
- W ciągu 12 edycji doprowadziliśmy do sytuacji, kiedy najważniejsi twórcy
performance'u na świecie już u nas gościli. Tym razem postanowiliśmy wyzbyć się
typowo prowincjonalnych skłonności do zapraszania wielkich nazwisk. Zaproponujemy
dzieła nieodkrytych ale ciekawych twórców.
Czy mógłby pan szczególnie polecić jakichś artystów?
- Moim zdaniem wszyscy zasługują na uwagę. Przyjedzie m.in. Jiri Suruvka, znany jako
czeski Batman, który pod osłoną rubaszności skrywa wyjątkową inteligencję i talent.
Będzie też nowojorczyk Greg Walloch. Ten artysta uzyskuje bogatą ekspresję,
eksponując swoje fizyczne kalectwo. W tym roku szerzej prezentujemy izraelskich
performerów, którzy rzadko występują w Europie. Z kolei Peter Baren z Holandii miał
na początku lat 90. wystawę w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, ale później
jakoś przestano go zapraszać do Polski. Zdecydowaliśmy, że przypomnimy znów jego
postać. Polecam też nieznanych u nas Łotyszy. Wystąpi nawet Egipcjanin Omar Ghayat...
W jego kręgu kulturowym performance to rzadkość.
- Tak. Dodam jeszcze, że z artystów polskich przedstawimy m.in. zamieszkałą w
Niemczech performerkę Patrycję German. Nie zabraknie performerów z waszego regionu:
Karoliny Stępniowskiej z Torunia i Wojtka Kowalczyka z Bydgoszczy. Pokażemy artystów
wywodzących się z wielu środowisk społecznych.
Właśnie. Czy kwestia rodowodu społecznego performera jest tak istotna?
- Tak, środowisko, które ukształtowało osobowość artysty, ma ogromne znaczenie dla
jego twórczości. Nie bez różnicy jest płeć, wiek, wykształcenie, stan majątkowy
czy narodowość. Jeśli chodzi o wykształcenie, większość performerów, którzy u nas
występowali, jest po studiach artystycznych. Jednak to przypadku sztuki nie jest to aż
tak ważne, jak można byłoby sądzić.
Działania performerów bywają drastyczne, kontrowersyjne, zabawne. Festiwal jest
pewnie ciekawym zderzeniem różnych temperamentów twórczych i osobowości. Bywa
zabawnie?
- Rzeczywiście jest wesoło. Jednak performerzy to ludzie szalenie zdyscyplinowani,
którzy poważnie podchodzą do swojej profesji. Na festiwalu jest miejsce dla odważnych
wypowiedzi społecznych, ale także dla intymnych wyznań. Profit dla artystów z udziału
w Zamku Wyobraźni jest przeogromny. Na festiwalu artyści mogą się spotkać, wymienić
doświadczenia, podyskutować.
Jak wiadomo, performance działa na przecięciu wielu tradycyjnych dyscyplin sztuki:
coraz śmielej anektuje literaturę, taniec, teatr i nowe media i czasami wykracza poza
granice wyznaczone przez słowo "sztuka". Jak Zamek Wyobraźni pokazuje
przemiany performance'u?
- Performance jest zjawiskiem aktualnym i mocno zaangażowanym w rzeczywistość. Lecz to
sztuka, o której trudno się swobodnie rozmawia. Jej opis wymaga i dużej wiedzy, i
dobrego wyczucia. Wielokrotnie próbowano uporządkować performance. Uważam, że te
analizy są niepotrzebne, a nawet w pewnym stopniu niebezpieczne. Problem performance'u
polega bowiem przede wszystkim na tym, że daje się go interpretować na wiele sposobów.
Zamek Wyobraźni, pokazując stan świadomości twórców performance, przedstawia
również stan świadomości gatunku. I nie kusi się o żadne definicje, bo jest ich
tyle, co artystów. Trudno o formuły w sytuacji, gdy sztuka jest ulotna.
Na czym polega właśnie ta ulotność performance'u?
- Żeby zrozumieć tę sztukę, trzeba ją poznać na żywo, bezpośrednio. Każde jej
nagranie jest już tylko interpretacją. Nawet najlepszej jakości przekaz wideo nie
będzie w stanie opisać wszystkiego, co się dzieje. Nie przekaże emocji artysty, nie
przekaże reakcji widzów. Może moje poglądy niejednemu wydadzą się radykalne, ale
nagrany performance przypomina mi zwyczajny występ publiczny. Tego typu sztukę trzeba
widzieć na własne oczy.
Performerów otacza aura skandalu. Na pewno przyczyniają się do tego media, które
nie rozumiejąc założeń tej sztuki, piszą o niej wyłącznie w kategoriach sensacji.
- A dziś o sensację naprawdę całkiem łatwo! Zawsze może się znaleźć kilku
zwariowanych radnych albo posłów, którzy w sumie w dość bezpiecznym dziele
artystycznym mogą doszukać się skandalu, obrazy uczuć religijnych czy patriotycznych.
W sumie zaczyna mnie dziwić to, jakie prace obecnie uchodzą ostatnio za skandaliczne.
Można być pewien, że jak artysta uderzy w skostniałe ideologie czy formy religii, to
będzie sensacja. Dla mnie osobiście absolutnie gorszącą sprawą są obrazy, które
widziałem niedawno temu w sejmowej restauracji. Takie jelenie na rykowisku w wersji
classic. I to uświadamia mi, jak powszechne wśród ludzi jest bezguście. I to dopiero
jest sensacyjny temat dla mediów.
Dokładny program Zamku Wyobraźni w internecie na stronach: www.performance.art.pl , www.wicza.com
Rozmawiał Grzegorz Giedrys
Gazeta Wyborcza Toruń
27 sierpnia 2005 |