Istnieje polski szpital, w którym Niemcy mają
leczyć swoje nerwice i neurozy. Z jakim powodzeniem? O tym można się przekonać
oglądając w sobotę na dziedzińcu CSW performance Marioli Brillowskiej
Performance "Szpital
Polski" otwiera wakacyjny cykl Kino.Lato. W każdy weekend na dziedzińcu Zamku
Ujazdowskiego odbywać się będą koncerty i pokazy filmów. W projekcie Marioli
Brillowskiej obok autorki wezmą udział pisarz, laureat "Paszportu Polityki"
Sławomir Shuty oraz niemiecki muzyk awangardowy Felix Kubin.
Łukasz Kamiński: Co to jest "Szpital Polski"?
Mariola: To rodzaj polskiej kliniki w Niemczech. Polskimi metodami leczy się Niemców z
ich neuroz, nerwic. Trzeba próbować ich rozluźnić, połaskotać.
Jak Niemcy reagują na taką terapię?
- Nie wiedzą, co to jest, są ciekawi. Ale też boją się trochę. Są jednak
nieuleczalni, bo mentalności wyleczyć nie można, ale można ich trochę rozśmieszyć.
I to, choć z oporami, udaje się.
Dlaczego z oporami?
- Niemcy w porównaniu z Polakami są poważniejsi, bardziej powściągliwi. I często
zbyt dosłowni. Kiedy pokazuję swoje prace w przestrzeni teatralnej, oni natychmiast
odbierają to jako spektakl teatralny. Muszę im tłumaczyć, że tak nie jest, że to
performance, instalacja. Poza tym, kiedy coś pójdzie nie tak w trakcie, oni się
denerwują, martwią. Natomiast Polacy się z tego śmieją.
Wystawiacie "Szpital Polski" w różnych przestrzeniach. Czy ten projekt się
zmienia?
- Owszem. To, co pokażemy teraz, w związku z nie największym budżetem, będzie
przypominało teatr uliczny. Po drugie - jeśli podczas spektaklu coś się sypie, np.
sprzęt, projektor - to natychmiast opieprzam technicznych. Ludzie myślą potem, że to
jest element performance'u. Po trzecie - wciągamy do spektaklu publiczność.
A jaka jest rola muzyki Felixa Kubina w "Szpitalu Polskim"?
- To swego rodzaju show. Kompozycje są autorstwa Felixa, teksty moje - poza momentami z
karaoke - jest np. utwór Madonny. Do tego są animacje i filmy również mojego
autorstwa.
Felix Kubin: Spektakl Marioli jest jak teatrzyk kukiełkowy, szalony cyrk, tylko że dla
dorosłych. Ona wszystko kontroluje, ja jestem jak kukiełka w jej rękach (śmiech).
Czyli różnica między występem solo a w performance sprowadza się jedynie do tego, kto
ma kontrolę?
- Zgadza się. Kiedy gram sam, mam lub staram się mieć nad wszystkim pełną kontrolę.
Jestem odpowiedzialny za wszystko, co dzieje się na scenie. Moja pomyłka nie zostanie
zatuszowana, zasłonięta przez kogoś innego. I to mi bardzo odpowiada. Mimo że nigdy
nie gram perfekcyjnie. Zdarzają mi się wpadki, bo mój koncert to nie występ Kraftwerk
(śmiech).
Ostatni Pana album nosi polski tytuł "Matki Wandalki". Dlaczego?
- Przyszła mi do głowy wizja gangu matek przetaczającego się przez miasto,
niszczącego wszystko, co napotkają na swojej drodze. Polska nazwa najbardziej mi
odpowiadała ze względu na rytm słów "matki wandalki".
Na tej płycie, oprócz autorskich kompozycji, znalazła się też przeróbka hitu Lionela
Richiego "Hello".
- Zrobiłem to z zemsty. To z pozoru ciepła, altruistyczna piosenka, prawie w duchu
chrześcijańskim. Jej bohater, czyli Richie, wie, że jest ktoś, kto potrzebuje
miłości. I on jest gotów tę miłość dać. Dla mnie jest to strasznie fałszywe,
"Hello" to tylko próba pokazania, jakim wrażliwym człowiekiem jest
piosenkarz. Moja wersja utworu jest bardziej szczera, jest w niej jasno pokazany narcyzm,
ale i smutek oraz desperacja.
Mści się Pan na gwieździe popu. A Pan sam nie jest gwiazdą?
- Jeśli chodzi o sprzedaż płyt, to nie. Z drugiej strony ludzie mnie znają,
przychodzą na koncerty, słuchają mnie - i traktuję to jako swego rodzaju grę, zabawę
w gwiazdę. Z tym zastrzeżeniem, że obie strony wiedzą, że to tylko gra. Tak naprawdę
postrzegam siebie jako pracownika kultury albo artystę społecznego, bo traktuję
kulturę jak politykę. Tylko że bardziej anarchistyczną, poetycką.
Traktujecie sztukę jak walkę?
- Istniejemy i tworzymy poza obrębem kultury oficjalnej, poza mediami. Ale nie robimy
tego wbrew lub z kontry. Prezentujemy kulturę równoległą, nie stawiamy się w opozycji
do kultury oficjalnej. Choć przyznam się, że w młodości chciałam walczyć, pchać
się do przodu, by jak najwięcej ludzi mnie zobaczyło. Teraz wiem: trzeba robić swoje.
Jeśli moje działanie spotka się z szerszym uznaniem, to doskonale. Jeśli nie, trudno.
Prostytuowanie się nie wchodzi w grę!
Dziedziniec Zamku Ujazdowskiego, Al. Ujazdowskie 6. Początek o godz. 21
Mariola Brillowska
Jak głosi jej biografia (na stronie www.csw.art.pl),
urodziła się w 1961 r. w polskim Las Vegas, czyli Sopocie. Od 23 lat mieszka i pracuje w
Hamburgu. Jest poetką, malarką i reżyserką filmów rysunkowych. Brillowska wystawiała
swoje obrazy w państwowych galeriach sztuki w Częstochowie i Łodzi, w Muzeum Sztuki w
Malm w Szwecji, w Międzynarodowej Fabryce Kultury Kampnagel w Hamburgu. Jej prace można
znaleźć też na indywidualnych wystawach w galeriach w Niemczech. Jako rysowniczka i
poetka Brillowska publikowała przez wiele lat swoje prace w kolumnie komiksów tygodnika
"Hamburger Rundschau". Pojedyncze rysunki, wiersze i krótkie opowiadania
ukazywały się też w "Die Woche, "Die Zeit", "Planet Pussy". Od
kilku lat współpracuje z Felixem Kubinem i jego wytwórnią płytową Gagarin Records
(www.gagarinrecords.com)
Rozmawiał Łukasz Kamiński
Gazeta Wyborcza Warszawa
4 lipca 2005 |