Rozmowy
____________________________________________________

Krzysztof Majchrzak

Nie wyglądam artystycznie

 

majchrzak_k2.jpg (17716 bytes)

FOT. RAFAŁ GUZ


Czy są role zmieniające życia aktora?

Rola powinna zmieniać widza, nie aktora. Zawsze naigrawam się z ludzi mówiących: "Tak bardzo byłem Wyspiańskim, że dotąd mam ręce brudne od farby". Jedyne, co naprawdę może zmienić życie aktora, to droga, którą musi przejść, idąc na spotkanie z widzem. Droga pojęta jako proces poszukiwawczy, pod którego wpływem stajemy się coraz bardziej świadomi, co chcemy powiedzieć. Czasem ta droga wiedzie przez bibliotekę, a czasem przez na pozór bezmyślne nicnierobienie. Jeśli jest to proces głęboki, staje się zawsze powodem zmian.

Jak pan odbiera wyrazy uznania za rolę Fryderyka w "Pornografii"?

To jest bardzo satysfakcjonujące. Zwłaszcza że do tej pory nie jestem w stanie rzeczowo i spokojnie ocenić, co tam właściwie udało mi się zdziałać. Dość późno zrozumiałem, że obaj z Janem zostaliśmy wpędzeni w dyskomfort konieczności sfilmowania "Pornografii". Do dziś pamiętam koszmar wynikający z obawy, że nie wyjdziemy z tego obronną ręką. Jego pamięć jest na tyle dojmująca, że cieszę się jak dziecko, kiedy docierają do mnie opinie, że się udało i podoba się widzom. Była to nieustanna walka, by Witold Gombrowicz przemówił rasowym językiem filmu, nie literatury. Materiał wprost domagał się zmian.

Nie wszyscy zmiany w powieści przyjmowali z entuzjazmemÉ

Wkurza mnie sprawdzanie, czy mieliśmy czystą bieliznę i świeży oddech podczas adaptowania tej prozy. To jest zwyczajnie niestosowne! Po żarliwej próbie dochowania wierności literze powieści przyszła obrazoburcza pokusa przedstawienia po prostu istoty człowieczej. Sam Gombrowicz, a właściwie jego swoista, wolteriańska, zgoła niepolska mentalność i duchowość dawała niebywałą okazję do tego rodzaju wypowiedzi. Poza tym działania scenarzystów o znanych nazwiskach stwarzały jedynie, jak mówił Jan Jakub Kolski, możliwość totalnej porażki. A my musieliśmy przede wszystkim doprowadzić do uruchomienia maszyny filmowej. Przykład pierwszy z brzegu: oto Jan wymyśla "nadsłyszność" Fryderyka, który potrafił usłyszeć zarówno wykluwającą się pod sufitem z larwy ćmę, jak i zupełnie ciche odgłosy pochodzące z pobliskiego lasu. Umożliwiło to kamerze bezbolesne wyjście w plener i powrót do wnętrza, a więc działanie w kategoriach ściśle filmowych. Tak więc wszystkich zanurzonych w literackie studia porównawcze proszę o wyrozumiałość i namawiam do umiaru.

Na ile ważna była pana inspiracja pamiętnikiem Calela Perechodnika?

Z przyjemnością skorzystaliśmy z możliwości, którą dała nam lektura pamiętników Perechodnika, żydowskiego policjanta z getta w Otwocku. Powieściowy Fryderyk miał dwa filmowe grzechy główne: brak pochodzenia i brak skazy. A jego osobnicza wrażliwość była sportretowana przez Gombrowicza w licznych genialnych, acz rozwlekłych opisach. To za mało dla roli filmowej, która jeśli ma operować faktami - a więc byciem, a nie graniem - musi być zaopatrzona w konkrety. Jednym z nich był strawestowany przez nas czyn Perechodnika. Wszyscy gombrowiczolodzy i wszelkiej maści puryści podniecają się figurami duchowymi powoływanymi przez pisarza do życia. Część z nich działa jedynie na papierze i to opatrzona wyrafinowanym komentarzem pisarza. Natomiast w filmie jest kompletnie impotentna. Gombrowicz miał prawo się tak zabawiać, my, jako filmowcy, nie. Film to nie książka, bo odwołuje się do innych rejonów percepcji.

Jak to możliwe, że obok sceny i filmu znajduje pan czas na granie w zespole muzycznym?

Stając w ogniu pracy z fantastycznymi muzykami zespołu A-2 doznaję jedynie poczucia błogości i harmonii, a nie ścisku. Nie szukałem po świecie - sami wyciągnęli po mnie rękę. Ojcem pomysłu jest Maciej Muraszko - perkusista, na basie gra Krzysztof Samela, na saksofonie Janusz Brych, a ja na fortepianie. Myślę, że pięknie rozwijamy muzykę i przyjaźń. Przyjęliśmy prostą zasadę: jeżeli komukolwiek nie odpowiada jakaś sekwencja, pozostali nie mogą go pozostawić bez rozproszenia wątpliwości. W ten sposób każdy z nas może czuć się gospodarzem nawet pojedynczego taktu naszej produkcji.

Czy aktorstwo i muzyka mogą się wzajem inspirować?

Zestaw opanowanych umiejętności zawsze dobrze wpływa na inną, "opozycyjną" dziedzinę. Śmiałem się w jednym z wywiadów, że jak ktoś nie bryluje w naukach ścisłych, nie jest oczytany,

nie zagłębia się przestrzenie ezoteryczne, nie gra w szachy ani na fortepianie, to zostaje aktorem. Po prostu zawód o charakterze technicznym daje aktorowi nawyk sprostania ciężkiej, analitycznej pracy. W aktorstwie nie polega to na ćwiczeniu wprawek, lecz na potędze edukacji. Pomału staję się filozofem i psychologiem. Ukochałem granie ludzi z granic ryzyka mentalnego i duchowego. Z obszaru rozpaczy, której oddaje się jednostka, kiedy nie ogarnia toksycznego działania czasu i nie zgadza się z bólem istnienia. I tu trafiam na religioznawstwo. Ludność przed tysiącami lat wymyśliła religie celem uporządkowania bytu, który jawił się jako chaos. Stworzyła kodeksy zawarte w Torze, Nowym Testamencie, Koranie. Śledzę te procesy. Tak wyglądają moje wprawki techniczne na użytek aktorstwa, które w muzyce są graniem trzy tysiące razy standardu na fortepianie.

A wieść gminna niesie, że aktor nie powinien być wykształcony i oczytany, bo to go blokujeÉ

Takie poglądy mogą prezentować najwyżej reżyserzy kretyńskich seriali, bo do tego rodzaju produktu myślący wykonawca jest im zbędny. W pracy aktora chodzi przecież o penetrację podstawowych składowych ludzkiego bytu. O to, dlaczego jesteśmy euforyczni lub w depresji. Chodzi o ból istnienia, o upływ czasu, o ulotność miłości i przyjaźni. O niszczące perspektywy śmierci. Jak aktor może nie studiować tych mechanizmów?! Jestem poszukiwaczem, laborantem, urzędnikiem szperającym w aktach. Nie wyglądam artystycznie: człapię po domu, przerzucam książki, robię notatki. Środki, na które chcę trafić, biorą się z myślenia. Od czasu Gene'a Hackmana w "Rozmowie" Coppoli mam świadomość olbrzymiej dynamiki kameralności, co wymaga bezwzględnej selekcji środków. Z tysiąca trzeba wybrać ten jeden, który porazi.

Które z upodobań przejął po panu syn Maciej?

Ku mojej radości przejął najważniejszą cechę robienia wszystkiego do końca. Jestem z niego dumny. Ukończył z wysoką oceną Akademię Muzyczną w Katowicach, jako student wybitnego pedagoga pianisty Andrzeja Jasińskiego. W maju 2001 r. zagrał recital w Carnegie Hall. Potem podjął odważną decyzję zmiany zawodu. Jest studentem trzeciego roku Wydziału Operatorskiego łódzkiej Filmówki i w nowej skórze radzi sobie całkiem nieźle. Niedawno - trzecia nagroda na Międzynarodowym Festiwalu Debiutów Fabularnych w Koszalinie, a ostatnio - Srebrna Kijanka na Camerimage 2003.

Czy bycie gwiazdą jest kuszącą perspektywą?

Zdarza się czasem, że facet bliskiej mi duchowej orientacji zostaje gwiazdą. Najważniejsza jednak jest jakość pracy, jak np. Nicolasa Cage'a w "Ptaśku". Tak samo Dustin Hoffman. Został gwiazdą po "Absolwencie". Dla poszukiwaczy technik aktorskich był to nokaut. Ciężko się też było podnieść po roli Keitela w "Złym poruczniku", Hopkinsa w "Okruchach dnia" czy Holly Hunter w "Fortepianie". I okazało się, że są osoby, które działając w obszarze sztuki opozycyjnej potrafią być jednocześnie komercyjne. Co więcej, zawłaszczają przestrzeń komercji, odbierając ją głupkom i chałturszczykom. I bycie taką gwiazdą mnie kręci.

Nie każdy, jak pan, miał szanse trafić na Kolskiego.

Na takie spotkanie trzeba sobie zasłużyć, dojrzeć. Pomijając fakt, że po szkole aktorskiej byłem dopieszczony, jeśli chodzi o nagrody i uznanie krytyki. Podobnie jak przed laty byłem gotów na spotkanie z genialnym pedagogiem PWSFTViT w Łodzi Witoldem Zatorskim - jego przesłanie towarzyszy mi do dzisiaj - tak i teraz ewidentnie oczekiwałem na pojawienie się w moim życiu Jana Jakuba Kolskiego. Od dawna bowiem wypatrywałem osoby, która przywróciłaby wiarę w sens robienia filmów w moim absurdalnym kraju. Nawiasem mówiąc, gdybym był sprostytuowanym palantem, Jachu nigdy nie obdarzyłby mnie swoim zainteresowaniem.

Powie pan coś o działaniu prysznica weneckiego?

Jest to groźne urządzenie dla osób, które najadły się pychy. Najpierw człowiek na ulicy obdarzany jest przez ludzi różnych ras sercem, gorącymi uściskami i zapewnieniami o wysokim standardzie pracy ekranowej i pięknie filmu "Pornografia". "Corriere della Sera" głosem najważniejszego krytyka mówi o Majchrzaku jako pewniaku do aktorskiej nagrody. Chęć zdobycia prestiżowego międzynarodowego wyróżnienia sprawia, że masz nieskromnie włączoną komórkę czekając na wieści z Wenecji. A potem poranek jest zimnym prysznicem wstydu. A buddyzm, z którym sympatyzuję, mówi, że źródłem wszelkiego cierpienia są oczekiwania. Nie słuchamy mądrzejszych - a potem jest demolka.

Podczas łódzkiego Camerimage stanął pan przed kamerą Davida Lyncha. Jakie są szanse na panów współpracę?

Fakty są takie: spotkałem Lyncha, zaakceptowałem go do końca, a on mnie. I tyle.

Krzysztof Majchrzak - aktor i muzyk. Studiował na wydziałach: wokalnym i pedagogicznym (PWSM Łódź) i aktorskim w szkołach teatralnych Łodzi i Warszawy. Wysportowany (podnoszenie ciężarów, boks, karate, narciarstwo). Zasłynął jako odtwórca znakomitych ról w filmach "Aria dla atlety" Bajona i "Konopielka" Leszczyńskiego. Do kolekcji nagród (Zbigniewa Cybulskiego, 1980; Złotej Kaczki, 1999) dokłada kolejne, za rolę Fryderyka w "Pornografii" Kolskiego (dla najlepszego aktora - Gdynia 2003).

rozmawiał Janusz R. Kowalczyk
Rzeczpospolita
20 lutego 2004

 

 

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk