Rozmowy
____________________________________________________

Krzysztof Majchrzak

Muzyka tańczącego serca

 

majchrzak_k.jpg (10878 bytes)

        Jutro w ŻW płyta "Tradycyjne kolędy na Jazzowo" nagrana przez zespół A-2. Grupę tworzą saksofonista Janusz Brych, perkusista Maciej Muraszko, kontrabasista Krzysztof Samela i pianista Krzysztof Majchrzak.

O rozpoczęciu kariery profesjonalnego muzyka mówił Pan już od dawna. Dlaczego zaczął Pan od kolęd?

Nie zaczęliśmy od kolęd. Może dzięki świątecznej akcji "Życia Warszawy" staliśmy się bardziej widoczni, ale wystartowaliśmy ponad rok temu. Po raz pierwszy zagraliśmy wspólnie na jednym z koncertów kończących festiwal w Międzyzdrojach. I od tego czasu koncertujemy i wysyłamy swoje płyty demo różnym - mniej lub bardziej wiarygodnym - ludziom, którzy umieliby się sensownie zająć rozwojem tej całej afery zwanej grupą A-2. Mamy proste założenie: robić jazz dla ludzi, którzy nienawidzą jazzu. Nasze utwory są ikonami muzyki rockowej, soulowej i jazzowej granymi na naszych warunkach - bez zadęcia, napinania się na coś niezwykłego. Ma to być muzyka, którą ludzie lubią, a nie lubieją - ma być to prosta, dynamiczna i jednocześnie satysfakcjonująca nas muzyka. Propozycja zaaranżowania kolęd pojawiła się po naszym występie na tegorocznej gali festiwalu filmowego w Gdyni, gdzie zaprezentowaliśmy naszą redakcję "Kołysanki Rosemary" Krzysztofa Komedy.

A czy nie obawia się Pan, że tworzenie muzyki jest dziś jeszcze trudniejsze niż tworzenie teatru czy kina? W przemyśle rozrywkowym mamy głęboką zapaść.

Kompletnie mnie to nie interesuje. Proszę zauważyć, że zawsze w czasach zapaści rodziły się ciekawe rzeczy. Kino polskie przeżywa ewidentny kryzys i nagle powstaje wspaniały film, robiony przez ludzi o wielkim sercu - "Edi" Piotra Trzaskalskiego ze zdjęciami Krzysztofa Ptaka, wspaniale szwenkowany przez Piotrka Śliskowskiego, jednego z ciekawszych polskich operatorów. Sztuka nie zna pojęcia zapaści. To pojęcie znają tylko socjolodzy kultury i dziennikarze - ludzie, którzy opisują nie sam ferment, ale to, co jest, czyli tzw. codzienne wypadki, np. komu urwało głowę, kto co ukradł albo podpisał jakąś umowę. W sztuce nie ma takich kryteriów. Zresztą, nie nastawiamy się z kolegami na jakiś wielki sukces. Zaczęliśmy to robić dla zabawy i pomału zaczynamy czuć, że żyć bez tego i bez siebie nie możemy. Nasz frontman Janusz Brych to naprawdę poważny muzyk. Występował w kwintecie Piotra Wojtasika, jest jednym z czterech w kwartecie Jorgi, a jednak A-2 traktuje jako swoją macierzystą, firmową grupę. To mój wielki przyjaciel i autorytet muzyczny. Dużo pięknych nut gra w tych czterech kolędach.

Ale Pan uchodzi za wielkiego solistę. Jest Pan uznawany za osobowość, z którą się dość trudno pracuje, bo zawsze ma swoje zdanie. Jak się Panu gra w kwartecie, gdzie Pan jest tylko jednym z muzyków?

Tylko i aż. Przyjęliśmy bardzo prostą zasadę - w naszym zespole nie przechodzi żadne rozwiązanie, które nie podoba się wszystkim. Jeżeli ktoś mówi: "słuchajcie, to jest kicha", to pozostała trójka nie ma prawa go gwałcić. Po prostu doprowadzamy swój komunikat do takiego stanu, w którym on mówi: "o, to jest dla mnie do przyjęcia". Co do syndromu wielkiego solisty, to nie jestem wielkim solistą. Chciałbym robić rzeczy piękne i być otoczony grupą ludzi, których szanuję. W muzyce, kinie i teatrze. Po prostu nie lubię tego uświęconego stanu rzeczy, który jest po prostu podlizywaniem się tzw. oglądalności. Ponieważ często o tym mówię, niektórzy stwierdzili, że jestem człowiekiem trudnym czy też wielkim solistą. Ale, powtarzam, nie jestem żadnym wielkim solistą. Co więcej, byłem namawiany do zrobienia jakiegoś projektu fortepianowego. Pomijając to, że nie oceniam swoich kwalifikacji tak wysoko, to nie interesuje mnie robienie solowych utworów na fortepian. Chcę grać w kwartecie, grać z muzykami i wspólnie przeżywać ten muzyczny czas, który jest tyle wirtualny, ile magiczny.

Wróćmy do "Ediego". Uznał go Pan za

przykład uczciwego, naturalnego "głosu pisanego sercem". Czy w takim razie Wasza muzyka jest dla Pana takim głosem pisanym sercem, takim muzycznym "Edim" - może to nie jest najtrafniejsze, ale rozumie Pan, o co mi chodzi?

Tak. Naszą muzykę piszemy sercem i uczciwością. I naturalnie wcale się nie obrażamy, jeżeli na koncertach nie chcą nas puścić z estrady i życzą sobie, żebyśmy jeden czy drugi utwór grali w kółko. Lecz nie o taki spektakularny efekt tutaj chodzi. Chodzi o świadomość robienia czegoś uczciwego i na swoich warunkach, co jednocześnie będzie się podobało szerokiej publiczności. Proszę zauważyć, ku czemu zmierza światowa tendencja. Nie chcę się powoływać - ze względu na oczywisty szacunek - na osobę Milesa Davisa, którego jazzrockowe próby zaczęły się już ponad trzydzieści lat temu. Jest to jazz, który chce wejść brutalnie, mocno i namiętnie pod strzechy. O coś takiego nam chodzi. Oczywiście, przy poszanowaniu wszelkich proporcji w tym porównaniu zawartych.

Powiedział Pan "wejść pod strzechy". Ja raczej widzę Pana jako muzyka jazzowego wchodzącego w katakumby... w nocne kluby, pełne zapachu alkoholu, tytoniu i przepoconych kobiet...

Ale nie zapominajmy, że te kluby gromadzą zwyczajnych ludzi z ulicy. Np. studenta, który dorabia sobie w Pizza Hut. A wieczorem idzie z dziewczyną posłuchać muzyki. To im mają nogi chodzić, serce tańczyć, a wyobraźnia się otwierać... i każdemu, niekoniecznie znającemu się na jazzie, który wchodzi w tę muzykę. Nie gramy dla tzw. purystów czy znawców jazzu. Nie cierpię tego typu ludzi. W mojej karierze muzyka poznałem mnóstwo podobnych osób. To nieciekawe typy, nie w pełni ludzkie typy. Oddają się jazzowi, chcąc odczuć swoją wyjątkowość, wielkość i odległość ich wspaniałego człowieczego wysublimowanego bytu od takich maluczkich prostaczków. Chcemy grać muzykę radości, muzykę tańczącego serca. Oczywiście, są tam nuty jazzowe, bo Coltrane'a i Davisa z Jacha Brycha się nie wygoni. Tak jak nut Herbiego Hancocka ze mnie. W gruncie rzeczy ma to być muzyka tańczącego serca i prostoty.

A czy to nie jest tak, że Majchrzak-aktor - wrócę tu do tej niedostępności solisty - nagle postanowił być bliżej ludzi, grać muzykę, choćby do tańca...

Nie jestem i nigdy nie byłem niedostępny. Mało tego, nienawidzę niedostępności tzw. artystów. Uważam, że sztuka jest jednym z objawów życia. A życie pisze się jedynie sercem. Jeżeli się dobrze rozejrzeć po świecie, to jedynie miłość jest tym, co naprawdę jest. Innej rzeczy, k..., po prostu nie ma. Nienawidzę niedostępności. Swoje rzeczy - muzykę, filmy i teatr, kieruję prosto do serca człowieka.

Dobrze. Ale czy chce Pan, czy nie, jest Pan tajemnicą.

Robię to wszystko na własnych warunkach. Nie chce mi się uczestniczyć w tych wszystkich "Sforach", "Ekstradycjach" i innych bzdetach - p... to i mężczyzn tam grających. Wystrzeliłbym tych wszystkich herosów na Księżyc. Brzydzę się tym. Moje kino, oczywiście, jest kinem pewnej tajemnicy. Ale jest to jednak kino skierowane do człowieka, a nie konsumenta.

Czy będzie Pan grał pod choinką na fortepianie te kolędy?

Zawsze w domu gramy kolędy. Ja gram. Moja siostra jest po konserwatorium w Łodzi, skończyła fortepian i nie grywa wcale. Za to cudownie śpiewa. I tak z tatą śpiewamy różne kolędy. A kończymy na utworze, z którego się śmiejemy, ale który nam ładnie wychodzi na na trzy głosy. To "Anna Maria", która "smutną ma twarz..." i włączamy ją w cały repertuar kolęd. Chodzi nam o wspólne zaintonowanie czegoś i wspólne wyemitowanie tej radości, że - co tu dużo gadać - urodził się człowiek, którego przyszłość znamy i nie jest to przyszłość najweselsza. Kiedy zaczyna się śpiewać pierwsze słowa "Lulajże Jezuniu..." to gardło się zaciska, bo zna się historię tego faceta, która dzieje się przez 33 lata. Oto pojawił się człowiek zamierzający po prostu wyświadczyć coś ludziom. Taką małą rzecz - ideę wszechmiłości. Myślę, że wszystkie kolędy śpiewane po domach tym się żywią. Jest to podstawowa, emocjonalna potrawa przy śpiewaniu kolęd. A czy nie sądzi Pan, że większość kolęd w domach jest śpiewana odruchowo, dlatego że tak wypada... Nie. Gdziekolwiek jestem, zawsze jest to dotknięcie tej lirycznej nuty, tej świadomości, że oto musimy, po wielkich przygotowaniach, choć przez krótką chwilę, przy tym uroczystym stole przekazać sobie znak miłości lub, jak się to nazywa w kościele - znak pokoju.

rozmawiał: Tomasz Lada
Życie Warszawy
17 grudnia 2002

 

 

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk