Rozmowy
_______________________________________________________

Zygmunt Konieczny

Ja jestem rozrywkowy

 

          Ja nawet nie piszę do tekstu, tylko interpretuję tekst. Tekst musi mieć coś, co mnie zachwyci, co da mi szansę oddania muzyką interpretacji. Ubieram teksty w struktury, wysokości dźwięku. Właściwie czuję się trochę jak reżyser - mówi kompozytor

Spotykamy się przy okazji przygotowań do warszawskiej premiery "Sztukmistrza z Lublina", spektaklu z Pańską muzyką. Przyjechał Pan doglądać realizacji?

- Nie muszę. Czuwa nad tym kierownik muzyczny, Marcin Mazurek. To tylko mała konsultacja. Mam przecież do czynienia z artystami, których znam.

Pamiętam bardzo ważne przedstawienie wrocławskie sprzed 18 lat. Jak Pan podchodzi do takich "powrotów po latach", do rzeczy już raz zrobionych?

- To jest tak, jak z koncertem, który przygotowano dla mnie w ramach studenckiego festiwalu w Krakowie. Nie wiedziałem, jakie piosenki wybrali, nie wiedziałem, kto będzie śpiewał, nie byłem na próbach... To były utwory z lat 60., np. Ewy Demarczyk w wykonaniu młodych artystów. Usłyszałem je dopiero podczas koncertu i okazało się, że miło się tego słucha. Tak samo jest w przypadku spektaklu w Starym Teatrze, gdzie moje piosenki z "Piwnicy pod Baranami" śpiewają młode aktorki. Zupełnie inaczej, niż to było oryginalnie! I chyba o to chodzi - żeby było inaczej. To duża frajda, bo odkrywam, że coś się z tym nadal dzieje, że te piosenki żyją.

Pańskie piosenki wiodą własne życie. Czy aby zanadto nie oderwały się od Pana?

- Gdyby za bardzo się oderwały, to bym tego nie zaakceptował. Choć czasem mi się to podoba. Tak było np. w spektaklu w Starym: w małej salce, na jakieś 150 osób, gra cichutko kameralna orkiestra. W jednej z piosenek zrezygnowano z pewnej struktury, którą tam przewidziałem, przez co całość stała się bardziej ascetyczna. I bardzo mi się to spodobało, bo to, co robię teraz, jest znacznie surowsze od moich kompozycji z lat 60. Np. utwór "Tomaszów" - poczułem, jakbym go na nowo napisał.

Jest Pan autorem mnóstwa piosenek. Skomponował Pan najważniejsze piosenki "Piwnicy pod Baranami", jej słynne hymny. Miał Pan świadomość stworzenia rodzaju hymnów pokoleniowych, a może bardziej - środowiskowych?

- Cóż, mam świadomość stworzenia muzyki, która się broni. Kiedy się pisze muzykę typowo rozrywkową, to trzeba się liczyć z modą. Ale są takie utwory, które jakby przygasają, a potem wracają. A że środowiskowe? Tak to jest w tym naszym Krakowie. Tak sobie tam siedzimy i trochę się kisimy. Ale za to mamy pewną jasną sytuację artystyczną, no i środowiskową. I na przykład lubimy sobie poświętować różne jubileusze, rok tego czy tamtego z nas. Nie mówię nawet o tym "moim roku". To zresztą żaden mój konkretny jubileusz. Kiedy jeszcze był Piotr Skrzynecki, to organizował widowiska, wjazdy cesarzy, Kościuszki... Bardzo lubimy wychodzić z "Piwnicy".

Na ile to "Piwnica" kształtowała Pana, a na ile Pan - "Piwnicę"?

- Pewnie nawzajem się kształtowaliśmy. Najpierw "Piwnica" mnie, potem ja ją, bo tam uczyłem młodszych kolegów, którzy przyszli po mnie.
Umiałby Pan oddzielić w "Piwnicy" sprawy zawodowo-artystyczne od towarzyskich?

- Na to nie ma szans! Po śmierci Piotra jednak to kontynuujemy, spotykamy się w takim herbaciano-kawowym (i nie tylko) barze przy Rynku. Mało przytulny, mało efektowny, ale bywał tam Piotr i tam stoi jego pomnik. Czujemy się w obowiązku kontynuować to, co on stworzył...

Czy ma to szansę, tak bez niego?

- No tak. Kabaret trwa, a towarzyskie spotkania są jakąś gwarancją ciągłości, także artystycznej.
Powiedział Pan: "kiedy się tworzy muzykę rozrywkową...". A jak Pan klasyfikuje swoją?

- Znam takich, którzy klasyfikują tak: jeśli jest chór albo śpiewak operowy, to jest to muzyka poważna. Jak piosenkarz - to rozrywkowa. Nie sądzę, żebym potrafił to przewalczyć... W ZAIKS-ie jestem wpisany w kategorię B, czyli moja muzyka jest "rozrywkowo-taneczna". Ale po mojej muzyce do filmu "Prymas", nagle dostaję pismo z ZAIKS-u, że zostałem zaliczony do kategorii "poważnej". Nie mam pojęcia dlaczego właśnie wtedy, bo to w niczym nie było poważniejsze od innych moich rzeczy!

Pewnie dlatego, że wśród wykonawców muzyki w tym filmie jest Małgorzata Walewska... To musi być to!

I nie kusi Pana, żeby pójść tym tropem? Niektórzy Pańscy koledzy postanowili na poważnie zostać "poważni".

- A ja nie! Bo ja jestem rozrywkowy. Nawet zawsze mówię fotografom, żeby mnie robili na wesoło... Mnie interesuje, żeby w mojej muzyce wykonawcy mieli szansę przekazać emocję. W przypadku moich utworów najlepiej robią to aktorzy.

Pan zawsze pisze do tekstu czy zdarzyło się, że powstała muzyka, do której potem został dopisany tekst?

- Nigdy. Ja nawet nie piszę do tekstu, tylko go interpretuję. Tekst musi mieć coś, co mnie zachwyci, co da mi szansę oddania muzyką interpretacji. Ubieram go w struktury, wysokości dźwięku. Właściwie czuję się trochę jak reżyser.
Komponował Pan muzykę do wielkiej poezji i, rzekłbym, do wierszy mniej wielkich...

- Ale nigdy dla tzw. tekściarzy! Tekst po prostu musi mnie inspirować. Myślę, że w przypadku "Sztukmistrza z Lublina" istniało pewne niebezpieczeństwo. Nazwałbym to pułapką "Skrzypka na dachu", czyli: jak sobie inni wyobrażają żydowską muzykę.

Nie jest to jednak musical. W tym spektaklu, inaczej niż w "Skrzypku...", muzyka służy głównie do przedstawienia obrzędów religijnych. Unikałem stylizowania, ale przecież znałem pieśni żydowskie z Krakowa, które stały się dla mnie naturalną muzyką polską. Albo wręcz krakowską. A więc nie chodzi nawet o inspirację, lecz odczuwanie tej muzyki... Jeśli są w tym elementy żydowskie, to są one jednocześnie bardzo polskie. Albo inaczej: to nie jest muzyka żydowska, tylko moja.

Te piosenki też zaczęły żyć "życiem pozaspektaklowym", i w "Piwnicy", i poza nią. Śpiewała je długo Anna Szałapak. Jak się Pan odnosi do takiego wyjmowania piosenek z kontekstu?

- Nie lubię tego, choć zgadzam się na to w przypadku piosenek, które są elementem muzyki teatralnej, ale mogą funkcjonować oddzielnie. W sumie: wolę je w oryginale, bo tam mają swoją funkcję dramaturgiczną.

ROZMAWIAŁ MACIEJ WERYŃSKI
Życie
12 lutego 2004


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk