Ubrani w białe habity, w sandałach na bosych
stopach, w ciepłym świetle popołudnia sączącym się przez witrażowe okno, śpiewali
nabożne pieśni z XII, XIII i XIV wieku, poświęcone Jezusowi i Marii Pannie, wykonywane
niegdyś przez trubadurów prowansalskich, niemieckich meistersingerów i pielgrzymów
wędrujących do miejsc świętych.
I kto jeszcze tego nie wiedział, mógł się przekonać, iż Średniowiecze - wbrew
obiegowym wyobrażeniom - nie było nudne i posępne. Nawet w chwilach pobożnego
skupienia.
Jesteśmy już od jakiegoś czasu przyzwyczajeni do przywracanych życiu brzmień muzyki
dawnych wieków, do chorału gregoriańskiego, czy do tzw "muzyki etnicznej",
sięgającej korzeni śpiewów narodów Europy. A jednak zawsze zadziwia i porywa piękno,
głęboki spokój i prosta wewnętrzna radość, emanujące ze zwrotek długich
pieśni-laud o wielokrotnie powracających refrenach, wywodzących się z tradycji
świętego Franciszka (któremu ten wieczór członkowie Scholi zadedykowali), czy też
wyrafinowany, orientalny koloryt melodii trubadurów prowansalskich.
Był to chyba pierwszy w Olsztynie tak bogaty, "pełnowieczorowy", koncert
Scholi Węgajty, znanej przede wszystkim z inscenizacji średniowiecznych dramatów
liturgicznych, wykonywanych w kościelnych wnętrzach, w trakcie nabożeństw. Zarazem
był to koncert "autorski" założyciela Scholi, Johanna Wolfganga Niklausa,
który sam śpiewał pewnym, mocnym głosem większość tych pieśni, podczas gdy
pozostali muzycy włączali się w refrenach, przygrywając na dawnych instrumentach:
lirze korbowej, fidelu, rebeku, kobozie, flecie prostym, harmonium. A zasiedli obok
Niklausa w tej doborowej kompanii "trubadurów" muzycy znakomici: Maciej
Kaziński, Jacek Hałas, Sergij Petryczenko, i pamiętny z ubiegłorocznego własnego
koncertu autorskiego w kościele ewangelickim w Olsztynie mistrz nad mistrze - |
|

fot. Krzysztof Skłodowski
Od lewej: Mieczysław Litwiński, Jacek Hałas, Johann Wolfgang Niklaus i Maciej
Kaziński
Mieczysław Litwiński, ostatnio coraz częściej współpracujący ze Scholą,
kompozytor, rewelacyjny śpiewak i multiinstrumentalista, którego występy swego czasu w
Nowym Jorku wzbudziły zachwyt "papieża" awangardy muzycznej - Johna Cage'a, a
który tutaj skromnie zaśpiewał sam tylko raz.
Wolfgangowi Niklausowi należy się również uznanie za atrakcyjną kompozycję całości
koncertu. Drugą część wieczoru wypełniły stare religijne pieśni ludowe, jakie się
zachowały do dzisiaj w ustnej tradycji wiejskich śpiewaków. Między innymi: pieśń
lirnika wiejskiego śpiewana w kurpiowskiej gminie Czarnia "Jest tam dróżka
wydeptana", opowiadająca o Matce Boskiej i jej opiece nad nawet największymi
grzesznikami, czy "Wszystko marność", pieśń pogrzebowa śpiewana dziś
jeszcze na Podlasiu, czy wreszcie przypomniany przez Sergija Petryczenkę "duchowny
stich" staroobrzędowców zanotowany w ich gminie w Gabowych Grądach koło
Augustowa. A na zakończenie Wofgang Niklaus zaśpiewał - wracając znów do
europejskiego śreniowiecza i spinając całość wieczoru jak klamrą - niezwykłą w
swym dramatyzmie czternastowieczną pieśń biczowników ze Stuttgartu.
Ten program, zatytułowany przez wykonawców "Trubadurzy Chrystusa Pana", wart
jest upamiętnienia. Może by Schola Węgajt pomyślała o nagraniu płytowym?
Tadeusz Szyłłejko
Gazeta Warmii i Mazur
24.06.2000 |