
"Straszny dwór" to przedstawienie o kulturze,
która poprzez obrazy żyje we Wrocławiu
FOT. JEWGIENIJ KRAWS
- To także pierwszy przykład artystycznej współpracy polsko-ukraińskiej na tak dużą
skalę. Prezydent Wrocławia wyasygnował pieniądze na wykonanie kostiumów i dekoracji,
honoraria dla reżysera, dyrygenta oraz kostiumologa. Wkład naszego teatru to artyści i
organizacja całego przedsięwzięcia - mówi Tadei Eder, dyrektor lwowskiej opery.
Niekonwencjonalna decyzja prezydenta
- Pomysł powstał podczas moich rozmów z dyrektorem Ederem - mówi
Janusz Przybylski, dyrektor artystyczny Opery Bałtyckiej, który przygotował
"Straszny dwór" od strony muzycznej. Tadei Eder chciał wprowadzić do
repertuaru klasyczną polską operę, która byłaby magnesem dla naszych turystów
licznie odwiedzających miasto. Żelaznym punktem programów wycieczkowych jest zwiedzanie
teatru, gdzie znajduje się słynna kurtyna Henryka Siemiradzkiego. - Robert Skolmowski
przekonał mnie, aby to był "Straszny dwór" - dodaje profesor Przybylski.
Skolmowski w tym czasie odniósł sukces, realizując "Straszny dwór" we wrocławskiej
Hali Ludowej.
- Refleksem i wyobraźnią wykazał się prezydent Wrocławia Rafał
Dutkiewicz, który szybko zdecydował, że miasto przekaże 120 tysięcy złotych na
dofinansowanie inscenizacji - przypomina Robert Skolmowski. Nie stało się to
przypadkiem. Kilka miesięcy temu podpisano porozumienie o partnerskiej współpracy
Wrocławia i Lwowa.
- Wrocław ze względu na powojenną wędrówkę ludów i osiedlenie się
tu wielu lwowian często nazywany jest "małym Lwowem". U nas jest Ossolineum,
pomnik Fredry i Panorama Racławicka - przypomina prezydent Dutkiewicz. - To znakomity
przykład współpracy polsko-ukraińskiej. Bo, jak wiadomo, z tym największy jest
ambaras, żeby dwoje chciało na raz - dodaje Wiesław Osuchowski, konsul generalny RP we
Lwowie.
Dyrektor Eder, zainspirowany projektem, zastanawia się natomiast nad
szansami wystawienia w Polsce, z udziałem polskich solistów i zespołów, opery
lwowskiego kompozytora Myroslawa Skoryka "Mojsei" (Mojżesz). Jej premiera
odbyła się podczas wizyty papieża Jana Pawła II we Lwowie w czerwcu 2001 r., a później
lwowscy artyści prezentowali spektakl w Polsce.
Niedaleko stąd mieszkał Fredro
- Kiedy otrzymałem propozycję realizacji "Strasznego
dworu", poczułem wzruszenie. Na tej scenie śpiewali najwięksi artyści, tacy jak
Salomea Kruszelnicka i Adam Didur - mówi Janusz Przybylski. Profesor od lat koncertuje z
instrumentalistami lwowskiej opery w zachodniej Europie. Ponad sto razy dyrygował
"Strasznym dworem" w Polsce. Przyznaje jednak, że przygotowanie lwowskiej
orkiestry okazało się trudniejsze, niż wcześniej przypuszczał. - Sądzę, że
podstawowym problemem jest brak jednego dyrygenta, który na stałe pracowałby z tym
zespołem - mówi Janusz Przybylski.
Robert Skolmowski zrealizował we Lwowie zupełnie nową inscenizację
"Strasznego dworu". Z jego niedawną realizacją wrocławską łączy ją
utrzymanie operowej opowieści w duchu komedii Aleksandra Fredry. - Fredro mieszkał
kilkaset metrów stąd - przypomina Skolmowski, |
|
pokazując plafon w sali lustrzanej
lwowskiego teatru przedstawiający scenę z "Zemsty". Zwraca uwagę na fabularne
podobieństwa "Ślubów panieńskich" i "Strasznego dworu". W komedii
Fredry to dziewczęta ślubują nie wychodzić za mąż, w "Strasznym dworze"
przysięgę w sprawie bezżenności składają mężczyźni.
We wstępie do opery na scenie pojawią się widmowe postacie z
powstańczych cyklów grafik Artura Grottgera. Tu mające szczególne znaczenie - malarz
był lwowianinem, pochowany jest na Łyczakowie.
- Wstęp jest piękny i zagadkowy - uważa Uliana Roj, studentka IV
roku teatrologii na Uniwersytecie Lwowskim, która obserwuje próby. Ale przyznaje, że
prawdopodobnie takie konotacje historyczne nie tylko dla młodych lwowian będą
zagadkowe. Historia szlacheckiej opowieści, która miała stanowić opatrunek na polską
duszę zranioną przez przegrane powstanie styczniowe, jest dla współczesnych lwowian
egzotyczna i zagadkowa. Podobnie jak cały świat szlachecki przedstawiony w spektaklu.
Obrazy z Oleska
- "Straszny dwór" to przedstawienie o kulturze, która
poprzez obrazy żyje w tym mieście - uważa Skolmowski. Dzieła polskich malarzy
znajdujące się w Lwowskiej Galerii Obrazów stały się inspiracją do scenografii i
kostiumów, zaprojektowanych przez ukraińskiego artystę Tadei Ryndzaka i wrocławiankę
Małgorzatę Słoniowską. - Około setki kostiumów zostało ręcznie pomalowanych w
sceny z obrazów w lwowskiej galerii. Na przykład dla myśliwych wykorzystaliśmy obrazy
Aleksandra Gierymskiego i Wojciecha Kossaka - mówi Małgorzata Słoniowska. Bardzo chwali
Christę Kozak i Jaroslawa Brynia, młodych lwowskich malarzy, którzy podjęli się tej
pracy. Dzięki uprzejmości dyrektora Lwowskiej Galerii Obrazów, Borysa Woźnickiego,
Słoniowska odwiedziła pałac Sobieskich w Olesku, gdzie znajdują się magazyny galerii.
Wybrała tam portrety sarmackie, które podczas premiery będą eksponowane w foyer
teatru. Za ich ubezpieczenie i ochronę zapłacił ukraiński oddział Kredyt Banku, który
w ten sposób wsparł operowy projekt.
Chór musi tańczyć
- Wszystko było kłopotem: psychologicznym albo finansowym. Gdy pan
Skolmowski kazał soliście śpiewać, leżąc na brzuchu, to musiał przełamać barierę
psychologiczną - przyznaje dyrektor Eder. - Chór był przyzwyczajony do śpiewania jak w
oratorium, a Skolmowski chciał, żeby w jego spektaklu też grał i tańczył - dodaje
Zofia Iwanowa, która uczyła solistów poprawnej polskiej wymowy. - Dla wykonawców
wychowanych we Lwowie i na zachodniej Ukrainie język polski nie był problemem.
Trudności mieli soliści pochodzący ze wschodniej Ukrainy - przyznaje Luba Kaczała,
premierowa Hanna. Na początku prób partia Hanny wydawała jej się bardzo trudna. Teraz
zamierza spróbować sił w konkursie na obsadę roli Halki, który ogłosiła Opera
Wrocławska. Podobnie jak inni soliści chwali reżysera i dyrygenta spektaklu,
przyznając, że współpraca z nimi była bardzo trudna, a zarazem niezwykła. Dla Pawło
Tołstoja, studenta IV roku Lwowskiego Konserwatorium, który w premierowym spektaklu będzie
Stefanem, jest to pierwszy kontakt z polską operą. Uważa, że polscy realizatorzy to
wspaniała ekipa. A Robert Skolmowski dodaje: - Chciałbym mieć takich Stefanów w
Polsce.
Premiera zapowiada się jako znaczące wydarzenie w lwowskim życiu
kulturalnym. Obok władz Lwowa z merem Lubomyrem Bunyakiem będą na niej obecni
prezydenci Wrocławia i Poznania, duchowieństwo różnych wyznań i liczni
przedstawiciele polskiego i ukraińskiego życia gospodarczego. -
Rafał Bubnicki
Rzeczpospolita
3 kwietnia 2004 |