Polski Teatr Tańca
_______________________________________________________________________________
NASZYJNIK GOŁĘBICY
choreografia: Jacek Przybyłowicz
premiera: 27 kwietnia 2003
_______________________________________________________________________________
Miłość jest przyjemnym cierpieniem
Trzyczęściowy spektakl, jaki Polski Teatr Tańca zaprezentował podczas XVII Łódzkich Spotkań Baletowych, wieńczyła praca choreograficzna Jacka Przybyłowicza, którą autor zatytułował "Naszyjnik gołębicy" (zapożyczając tytuł od Ibn Hazma). Gdyby ta opowieść wypełniła cały wieczór, widzom mogłoby "przewrócić się" w głowach od nadmiaru emocji i satysfakcji.
|
Treścią wypowiedzi Przybyłowicza jest pokonywanie siebie i pozornie banalnych struktur jedno-, czy dwuwymiarowości w dążeniu do harmonii nie tylko uczuć (jak mówi arabska filozofia ciała, relacja ciało - psychika to relacja jedności i uzupełnienia). Tancerze zmagają się z otaczającą materią; czasem jest to drugi człowiek, czasem ściana, to znów wysokość, szerokość, czas. Starają się wyrwać do nieokreślonych wymiarów, pokonując już znane, pragną dokonać czegoś więcej niż życie "od kołyski do trumny i na szerokość drzwi". Technika contemporary i styl, jakimi posługuje się choreograf, jednoznacznie przywodzi na myśl Kibbutz Dance Company. I słusznie, bowiem Jacek Przybyłowicz przez kilka lat był solistą tego zespołu. W Izraelu urzekła Polaka... kultura arabska. Stąd nie tylko wybór tytułu, ale i muzyka arabska, ciekawie spleciona z fragmentami wokalnych kompozycji Vivaldiego i pieśniami kultowej śpiewaczki arabskiej - Om Kolthom. Dla uzupełnienia przekazu choreografa warto może tylko dodać, że ów "Naszyjnik gołębicy" jest jednym z najbardziej znanych dzieł myśli arabskiej, poświęconych miłości i przetłumaczonych na język polski, a rodowodem sięga XI wieku. Pisząc o naturze miłości Ibn Hazm stwierdza, że na początku bywa żartem, lecz kończy się poważnie. "Miłość jest połączeniem na tym świecie części rozdzielonych dusz w ich wzniosłej istocie... Miłość jest przyjemnym cierpieniem". Trzeba przyznać, że oglądając choreografię Przybyłowicza cierpi się bardzo przyjemnie. "Naszyjnik..." to doskonałe świadectwo głębokiej wrażliwości, estetyki i inteligencji Jacka Przybyłowicza, a przy tym zajmujące i poruszające widowisko. Nie można jednak zarzucić pozostałym dwóm częściom, że nie spełniły oczekiwań widzów, którzy zajmowali wszystkie miejsca w krzesłach i na schodach. Prezentowana jako pierwsza "Cisza drżących dłoni - zefirum" - kompozycja, która pozwoliła widzom nasycić oczy harmonią, była przepełniona filozoficznym spokojem, ale i spontaniczną radością - wyszła spod ręki Virpi Pahkinen, artystki związanej ze słynnym szwedzkim Cullberg Ballet, wielokrotnej współpracowniczki samego Ingmara Bergmana. I Bergmanowskiego spokoju, medytacji mającej prowadzić do idealnej harmonii, nie zabrakło w jej oryginalnym układzie. Tancerze pięknie przekazali myśl zawartą w |
utworze nie tylko dzięki wrażliwości, ale i znakomitej technice. Pahkinen zaaranżowała sytuacje indywidualizując ruch, ale też wiele było momentów, gdy szóstka tancerzy stawała się "jednością", tworzyła "bryłę". Trudno było pozbyć się wrażenia, że oto odtwórcy poznali jakąś tajemnicę, wiedzą lepiej od nas jak żyć, jaką drogą pójść do doskonałości. Zaufanie, jakie wzbudzili w widzach, źródło miało w prostocie intencji i pięknych rysunkach stworzonych przez choreografkę, a także w imponującej plastyczności ciał wykonawców. I tak jak Pahkinen wsłuchała się w konstrukcję muzyki (Roger Ludvigsen), dając harmonię ruchu i dźwięku, tak twórca kolejnego baletu "Wo-man w pomidorach" - Yossi Berg (ze słynnego izraelskiego Batscheva Dance Company) wielokrotnie w swojej wypowiedzi układał ruch w opozycji do niej. Były momenty, gdy przeszkadzało mi to, wydawało się cokolwiek niegramatyczne, jednak generalnie humor zawarty w utworze niwelował drobne niedostatki. W formie balet Berga objawił się jako dwa osobne opowiadania. Bohaterkami pierwszego były "wynaturzone" blondynki: Barbie zaplątane w miłość własną, piękne urodą mechaniczną, okrutne pseudointelektualistki, domagające się z jednej strony dominacji nad mężczyzną - Kenem, z drugiej manifestujące bezradność w miłości, w budowaniu wzajemnych relacji. Część druga "Wo-man" to opowiadanie o przygodach czterech sprzedawców pomidorów. Ich wzajemne relacje i chłopięce zabawy (widać Berg jeszcze trochę jest chłopcem, a może jednak prawdą jest, że mężczyźni pozostają w części chłopcami do końca życia) pełne są dowcipu i porywów energii. Gdy połączyć szereg drobnych epizodów, w jakich ich oglądamy, łatwo dostrzec, że choreograf postanowił zamanifestować pewną starą prawdę: nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go. A Berg goni z czwórką tancerzy króliczki - pomidory - idee w sposób pełen niewymuszonego uśmiechu. Dowcipne są nie tylko opowiadane anegdoty, ale i ruch: pozornie "poplątany", a jednak klarowny. I tak przy tym trudny wykonawczo, że nie spodziewam się, by był możliwy do wykonania w innym niż Polski Teatr Tańca zespole. Dokonania tancerzy publiczność doceniła skandowanymi brawami na stojąco. Michał Lenarciński |