W "Krakowiakach i Góralach" cały
zespół zasługuje na uznanie
Foto Jarosław Budzyński
Każdy, kto choć
powierzchownie poznał historię polskiego teatru, wie, jak istotną rolę w naszej
kulturze odgrywa śpiewogra Wojciecha Bogusławskiego i Jana Stefaniego "Cud
mniemany, czyli Krakowiacy i Górale". Ma ona niekwestionowaną wartość
historyczną i z tej właśnie racji co pewien czas pojawia się na polskich scenach.
Niewielu inscenizatorów wierzyło jednak, iż śpiewogra zrodzona w przededniu insurekcji
kościuszkowskiej zdolna jest poruszyć widza innego niż ten, który ją wówczas
oglądał. Podejmowano więc różne starania, by utwór ożywić. Na nowo instrumentowano
muzykę, upraszczano gwarę zastosowaną przez Bogusławskiego, wreszcie dopisywano nowe,
bardziej aktualne kuplety.
Warszawska Opera Kameralna postanowiła powrócić do oryginalnej
wersji, posiłkując się zachowanym rękopisem partytury i tekstu z prapremiery w 1794
roku. Pozornie ryzykowny pomysł przyniósł zaskakujące rezultaty. Muzyka Jana
Stefaniego grana na XVIII-wiecznych instrumentach brzmi momentami fascynująco, gdyż
połączenie stylu mozartowskiego z polskim folklorem okazało się niezwykle oryginalne.
|
|
Gwara Bogusławskiego nie razi ani przez
moment, a cały utwór o prostej przecież fabule okazuje się mieć dobre tempo i potrafi
bawić widza także po ponad 200 latach. Oczywiście, to nie jest żaden "cud
mniemany", lecz efekt starań wielu osób. Władysław Kłosiewicz z zespołem Musica
Antiquae Collegium Varsoviensis wnikliwie zinterpretował partyturę i tchnął życie w
muzykę. Romana Angel stworzyła prostą, ale pomysłową choreografię, a praca Grażyny
Matyszkiewicz z wykonawcami sprawiła, że wierszowany tekst podają bardzo naturalnie, a
każde słowo - także podczas śpiewu - jest zrozumiałe dla widza. W przedstawieniu nie
ma zresztą podziału na aktorów, śpiewaków i tancerzy. Wszyscy robią wszystko i z
równie dobrym skutkiem. Beata Wardak (Dorota) z Justyną Stępień (Basia) mają wdzięk
i ładnie śpiewają, zabawni są górale - Zbigniew Dębko, Krzysztof Kur, Bogdan Śliwa
i Krzysztof Matuszak, zresztą cały zespół zasługuje na uznanie.
Mistrzem ceremonii jest Kazimierz Dejmek, który wraz ze swym stałym
współpracownikiem, scenografem Janem Polewką stworzył przedstawienie bardzo stylowe a
współczesne zarazem. Z jednej strony reżyser bawi się konwencją.
Ludowość utworu nabiera cech XVIII-wiecznej sielanki, śpiewaczki podczas arietek
zastygają w stylowych pozach, a aktorzy kwestie o treściach wyraźnie patriotycznych
mówią - tak jak to było zapewne w 1794 r. - wprost do widza, by nikt nie przegapił
wagi tych słów. Ale też z drugiej strony spektakl potraktowano z dystansem i lekkim
przymrużeniem oka, co sprzyja zabawie. Jest tu też parę komediowych epizodów
najwyższej próby (Pastuch Witolda Żołądkiewicza czy Miechodmuch Jerzego Mahlera),
jakich nie powstydziłby się żaden teatr dramatyczny.
Jacek Marczyński
(Rzeczpospolita)
22.09.99
|