Wyznania szczerego entuzjasty teatru
Nie ma w nim skargi. Że tamta, proszę pana, długa jazda koleją nie bardzo się udała,
że niegdysiejsza noc sylwestrowa, proszę pani, przeszła po grudzie, że, proszę was,
popijanie tanich ruskich win musujących smak wypłukuje na amen, marzenie o podróży do
jasnej Gruzji jakoś nie nazbyt chętnie się ucieleśnia, i w ogóle, proszę was,
kuśtyka to życie, łba nie chce unieść, samo siebie wlecze dokądś bez większego
przekonania, tak tylko, byle leźć...
Nic z tych zawodzeń. Żadnych zbolałych intonacji, cienia miny kundla zbitego w deszczu,
brak mulistej zawiesiny kumpelskich spotkań po latach, kiedy piąty kieliszek zmienia
stolik w konfesjonał lepki od życiowych żalów. Powiem więcej. Gdy z grubsza w
połowie monodramu "Jednocześnie", co go Małgorzata Bogajewska z Pawłem
Pabisiakiem w jedynej roli na scenie Teatru KTO wyreżyserowała wg prozy Jewgienija
Griszkowca, człowieczek z rudą brodą wdziewa archaiczne gogle i brązową pilotkę
jeszcze z heroicznej epoki dwupłatowców ledwo odrywających się od ziemi - wygląda
dzielnie, nawet bardzo dzielnie.
Przyszedł opowiadać. Wszedł tak, jakby przyszedł z nami, po czym wyszedł przed,
stanął, odwrócił się i odważył mówić o spokojnych fiaskach kolejnych swoich dni.
Żadnej skargi. Tylko trochę speszenia i odrobina najzwyklejszej nieudolności na
początek. Żadnych łkań, że tu boli, tam uwiera, a jeszcze gdzieś indziej piecze.
Przyszedł, by przez godzinę opowiadać bez pretensji. W programie czytam, że teatr
Griszkowca to Nowy Teatr Sentymentalny.
Sentymentalny? Może. Ale jaki to sentymentalizm? Jaki jego smak, barwa, temperatura? Dni
temu kilka wszedł na ekrany film Menzla "Obsługiwałem angielskiego króla".
Może dlatego, że przed wizytą w kinie kolejny raz czytam tę olśniewającą prozę
Bohumila Hrabala, a może dlatego, że na tej samej scenie, gdzie Pabisiak snuje
niespieszną opowieść o delikatnie narastającej ruinie dni, Jerzy Zoń wystawił ongiś
i do dziś pokazuje swój hrabalowski seans bez słów "Sprzedam dom, w którym już
nie mogę mieszkać", może dlatego Pabisiaka człowieczek z rudą brodą, w
archaicznych goglach i pilotce z heroicznej epoki dwupłatowców ledwo odrywających się
od ziemi, jest dla mnie całkiem jak ten marny, piękny plankton ludzi Kerska, co go
Hrabal w "Święcie przebiśniegu" w arcymistrzowskim pomieszaniu cierpkości ze
słodyczą sportretował?
Człowieczek Pabisiaka podobną ma wielkoduszność dla wszelkich gatunków bólu. Nie
wyszła miłość? Ktoś zaśmiał się z potknięcia? Szturchnął los? Trudno, trzeba to
przyjąć. Jak tamci wirtuozi delikatnie narastającej ruiny dni Kerska - człowieczek
Pabisiaka na wszystko, co przecież zna na wylot, wciąż od nowa patrzy uparcie tak,
jakby to widział pierwszy raz, i tak też opowiada. Nade wszystko zaś, niczym piękne
ludziki Hrabala - człeczyna Pabisiaka nie ma pretensji, nie ma ziarna oburzenia, nie
protestuje, nie manifestuje rozczarowania i brak w nim społecznych tików rewolucjonisty,
napastliwie pragnącego majstrować przy świecie.
Który to już w KTO seans, co jest seansem pogodzenia? Piąty? Ósmy? Dziesiąty? Tu się
wypoczywa od rewolucyjnych manifestów scenicznych socjalizującej naszej młodzieży
reżyserskiej. Człeczyna Pabisiaka nie znajduje w sobie pogardy dla niesprawiedliwego
świata. Człeczyna Pabisiaka znajduje w sobie tylko moc ciepłego zdumienia światem,
zdumienia wszystkim, co jest w świecie. Tak, to specyfika naszych braci Czechów, od
których żeśmy się niczego nie nauczyli. To są historie Haszka, to są opowieści
Fuksa, to są bajania Hrabala, to są wreszcie akapity Kundery.
Nie pyskuje więc na los i Boga człeczyna Pabisiaka. Nie pyskuje. Wychodzi tylko
zalękniony z grupy naszej, staje naprzeciwko nas i zaczyna snuć opowieść o przeszłych
swych dniach, co były jak jedna szarość. Tadeusz Kantor pisze gdzieś, że właśnie
taki był początek teatru - ktoś opuścił tłum, by stanąć twarzą w twarz z tłumem
i gadając o pozornie byle czym, w istocie dotykać spraw naprawdę sekretnych,
odwiecznych i bez szans, że ktoś kiedyś udzieli odpowiedzi jasnej. Pozostaje tylko
poniewierka w domysłach tanio pocieszających, nieudolnie tłamszących lęki. I spokojne
smakowanie wszystkich rzeczy świata tego, bez oddzielania ziaren od plew.
Smakuje więc człeczyna Pabisiaka. W godzinnej opowieści enty raz smakuje wszystkie
hektolitry sowieckich szampanów, z których każdy zawsze był dziewiczy jak pierwsze
lody dla chłopca. Nie nudzi go spacer po odwiecznym marzeniu o podróży do jasnej
Gruzji. Włącza mały, biały wiatrak, i stara jazda pociągiem jest trochę mniej
duszna, pamięć o niegdysiejszym sylwestrowym ochlaju już tak bezlitośnie nie pali
gardła. A w głowach, co słuchają spowiedzi znakomitego w swej delikatności Pabisiaka,
budzą się spowiedzi podobne. Tak myślę. Podobne spowiedzi i podobna ciepła
bezradność.
Tak, bezradność. Bo gość KTO wdziewa oto wiekowe gogle, zakłada pilotkę z epoki
dwupłatowców jak ołów i rozwija wielką mapę - wyborną starą grafikę anatomii
człowieka. Tajemne krajobrazy! Różowe owale! Wciąż wiemy o nas tyle, co zawsze? Tak.
Bogajewska uczy: nie będzie innych odpowiedzi. Tylko te owale, niczym jakieś niepojęte
planetoidy niemo wirujące na najdalszych krawędziach Drogi Mlecznej.
Teatr KTO. "Jednocześnie" wg Jewgienija Griszkowca. Reżyseria Małgorzata
Bogajewska.
Paweł Głowacki
Dziennik Polski
21 maja 2007 |