Przez większą część wieczoru nie opuszczamy surowych klasztornych murów, a na
scenie dominuje umuzyczniony dialog, co zapewne będzie ciosem dla miłośników
popularnych arii i orkiestrowych fajerwerków. Teatr Wielki w Łodzi proponuje w zamian
niespieszną przypowieść o drodze na Golgotę. Rozprawę o przezwyciężaniu strachu,
którego ton muzyka Francisa Poulenca oddaje już od pierwszej sceny, gdy młoda Blanche w
zaraniu rewolucji francuskiej postanawia zostać zakonnicą. W finałowej scenie strach
zmienia się w przerażenie, jakiego nikomu nie udało się w operze ująć bardziej
sugestywnie: karmelitanki wolno kroczą na szafot, a ich modlitwę tnie przeraźliwy
dźwięk gilotyny.

Gdy pół wieku temu Poulenc komponował operę do tekstu Georges'a Bernanos'a, dokonywał
nie tylko rozrachunku z historią i współczesnością, lecz także z własnym sumieniem.
Doświadczenie wiary, mistycznej łaski, która jest antidotum na okropności świata,
stało się jego udziałem - niegdyś esteta i beniaminek paryskich salonów, powrócił
na łono Kościoła i pozostał gorliwym i głęboko wierzącym katolikiem. W tym tkwi
tajemnicza siła muzyki jego największej opery - ta muzyka wzrusza, porywa i zmusza do
kontemplacji. Kompozytor mawiał: "Wybaczcie moim karmelitankom, potrafią śpiewać
tylko muzykę tonalną". W dobie szalejącej awangardy jego opera, pełna lirycznej,
wręcz sentymentalnej zadumy, była manifestem - Poulenc nie chciał uczestniczyć w
|
|
intelektualnych przepychankach drugiej
połowy XX wieku.

Krzysztof Kelm potraktował "Dialogi karmelitanek" z pokorą - z dwunastu scen
tej opery stworzył misterną konstrukcję, pięknie wkomponowaną w ascetyczne dekoracje
i ruch, gdzie klimat spektaklu wspomaga nawet niepokojąco pomrukująca przy zmianach
dekoracji maszyneria Teatru Wielkiego. Tylko finał, w którym szafot jest wielką
konstrukcją z lśniącego aluminium, osłabia dramatyczne napięcie - ekspresja zmienia
się w ekstrawagancję, a plastyczny znak w banał. Ponieważ chór śpiewa przez
głośniki i zostają zakłócone proporcje brzmienia, w kulminacji tej zawodzi również
wspaniała muzyka. Na szczęście, przez trzy godziny proporcje są dobrze wyważone, mimo
że głosy solistów lekko nagłośniono. Wszystko po to, by śpiewany po polsku tekst
był lepiej zrozumiały. Nowe tłumaczenie Romana i Aleksandra Kołakowskich jest równie
piękne, co nadające się do śpiewania.

Muzycznie przedstawienie stoi na wysokim poziomie, orkiestra gra nieźle, a w
interpretacji Tadeusza Kozłowskiego przede wszystkim imponuje zdolność utrzymania
muzycznej konstrukcji całej opery - dyrygent idealnie wręcz obiera tempa i buduje
kulminacje. Na pochwały zasługuje zespół solistek, świetnie przygotowanych aktorsko.
I mimo że ktoś śpiewa nieco lepiej lub gorzej, nie to się tu liczy, bo to
przedstawienie jest triumfem zespołowej pracy.
Bartosz Kamiński
Gazeta Wyborcza
06.03.2000 |