Dwa "Wesela": spektakl Piotra
Cieplaka. To dziwne przedstawienie: każda z jego dwóch części potraktowana oddzielnie
może wydawać się niezbyt udana, ale burzliwy dialog, który się między nimi toczy,
buduje jeden z najważniejszych spektakli mijającego sezonu.
"Ocknęli się ze snu i patrzą: ciemno". Piotr Cieplak otwiera spektakl
czytaniem fragmentu prologu "Akropolis". Jakby noc, podczas której w
bronowickiej chacie trwała szaleńcza zabawa, zakłócona nagle przez pojawienie się
widm, oraz Noc Zmartwychwstania, gdy ożywają posągi w Katedrze Wawelskiej, były jednym
i tym samym momentem. Kształt przedstawienia wydaje się sporo zawdzięczać także
"Wyzwoleniu" (choć na scenie nie pada ani jedno słowo z tego dramatu).
Publicystyczne, dosadne, bardzo aktualne "widowisko Polska współczesna", jakie
Cieplak każe inscenizować (i improwizować) swoim aktorom, choć budzi najwięcej emocji
widzów i krytyków, nie jest bynajmniej najważniejszą warstwą "Albośmy to jacy,
tacy...".
Pierwsza, chaotyczna, niedramatyczna część spektaklu dzieje się na wewnętrznym
dziedzińcu Teatru Powszechnego, pod gołym niebem, z widokiem na teatralną maszynerię i
stare dekoracje; druga część, wierna autorowi (a raczej tradycji) inscenizacja III aktu
"Wesela", rozgrywa się już wewnątrz, w teatralnej chacie: drewnianym
sześcianie z przezroczystą "czwartą ścianą". W pierwszej połowie
przedstawienia aktorzy wygłaszają kwestie do mikrofonu, wychodzą z zaplecza i widowni,
przyglądają się z okien teatru kolegom; w drugiej - spod historycznych kostiumów,
chust i peruk wyzierają nowoczesne części garderoby i współczesne fryzury.
Warszawskie przedstawienie to bardzo osobista (co nie znaczy, że prywatna: raczej w
pełni tego słowa znaczeniu społeczna), szczera wypowiedź reżysera i aktorów - i to
przede wszystkim przesądza o jego wartości, usprawiedliwia uproszczenia i naiwność
niektórych rozwiązań.
W pierwszej części reżyser doprowadza do ostateczności swoją metodę inscenizacyjną
polegającą na kolażowym łączeniu rozmaitych elementów: fragmentów dramatycznych i
recytacji, pantomimy i tańców. W sytuację współczesnej zabawy weselnej (aktorzy w
dzisiejszych strojach, ale posługujący się tekstem Wyspiańskiego) przy granej na żywo
muzyce (nowoczesne instrumentarium, lecz muzyka stylizowana na ludową) wdzierają się
więc postaci świetnie znane z poetyckiego, nieco surrealistycznego teatru Cieplaka:
prorocy wygłaszający fragmenty Księgi Koheleta i utworów poetyckich, milczący
korowód symbolicznych bohaterów wędrujących przez scenę: para bezdomnych i biznesmen,
subtelna panienka i prostytutka, dama z balonikiem przywiązanym do szyi i Matka Boska z
niemowlęciem. Moralitet XXI wieku...
Typowe dla Cieplaka rytmiczność i rozedrganie w "Albośmy to jacy, tacy..."
zmieniają się w rozgorączkowanie, chaos, bałagan. Aktorzy biegają, krzyczą, walczą
o uwagę publiczności. Coraz śmielej dochodzą do głosu aktualne tematy polityczne.
Pijany warchoł Branicki pojawia się w todze i birecie doktora honoris causa, obsypywany
przez rozochocony orszak "moskiewskim złotem"; na estradę wdzierają się
kolejni mówcy, dający popis nienawiści i głupoty; grupa mężczyzn walczy na
przekleństwa i epitety, od tych najbardziej wulgarnych, poprzez
"wykształciuchów" i "moherów", aż do "argumentów
ostatecznych": "Żydów" i "pedałów".
W walce z ohydą i absurdami dzisiejszego życia społecznego spektakl przybiera formę
zbliżoną do happeningu lub teatru protestu sprzed dekad (prowokacje, próby
aktywizowania widowni), kabaretowych programów Piwnicy pod Baranami (wyrecytowany tekst
Adama Michnika o potrzebie otwarcia teczek, wyśpiewana jak litania lista gatunków
zagrożonych wyginięciem w Dolinie Rospudy). Przedstawienie Cieplaka wydaje się
najlepsze wtedy, gdy jest bezczelne i impertynenckie; momenty liryczne (głównie ze
względu na dobór niemiłosiernie ogranych tekstów, takich jak "Przesłanie Pana
Cogito" Herberta czy "Po wygnaniu" Miłosza) przypominać mogą nieco
akademię szkolną. Choć i tu, oczywiście, zdarzają się chlubne wyjątki: słowa
Eklezjasty recytowane przez Mariusza Benoit czy poezja Marcina Świetlickiego w
interpretacji Sławomira Packa brzmią wstrząsająco; pięknie i strasznie zarazem.
Wielość głosów zakłócających się i przekrzykujących, wulgarnych i natchnionych,
tworzy kakofoniczny obraz współczesnej Polski. Aktorzy sugestywnie oddają wielość i
skrajność postaw, zamiast budować postaci, szkicują wyraziście, kilkoma kreskami
charakterystyczne typy ludzkie. Zespół aktorski jest niezwykle zgrany, co świetnie
służy trafnemu oddaniu fenomenu krańcowo zróżnicowanego, a jednak połączonego
wspólnymi ideami społeczeństwa polskiego, ale jest też komentarzem do niedawnej
awantury wokół Teatru Powszechnego, gdy wyolbrzymiony został konflikt pomiędzy
młodymi a starymi. Przedstawienie Cieplaka zdaje się przeczyć temu, by w zespole
istniały jakieś podziały. Największym zaskoczeniem aktorskim jest bez wątpienia
rewelacyjny Kazimierz Kaczor, zadziwiający ekspresją, szybkością transformacji i
radykalnością kreowanych wizerunków-karykatur; momenty, w których na oczach widzów
przeobraża się w ortodoksyjnego Żyda - postać z umarłego świata - należą do
najbardziej poruszających.
Ten elegijny nastrój dominuje nad drugą częścią spektaklu, opartą na ostatnim akcie
"Wesela". To właściwie najbardziej schematyczna inscenizacja sztuki
Wyspiańskiego, jaką można sobie wyobrazić: z cepeliowskimi strojami i meblami, pawimi
piórami, mazurzeniem. Ale zagrana przez aktorów, którzy przez poprzednią godzinę
zmagali się z happeningową formą przedstawienia, bezpardonowo wyrażali swoje zdanie na
temat rządu i współobywateli, dając się porwać rozpętanym negatywnym emocjom,
kłócili się i obrażali, a teraz zmęczeni siedzą na deskach i cicho, jakby
półprywatnie mówią tekst - ma wielką siłę. W pierwszej części krzyk, bełkot,
przekleństwa, okaleczony język, niemożność i niechęć porozumienia się; w drugiej -
poetycki tekst "Wesela" mówiony z głębokim namysłem i troską o to, by znane
widzom na pamięć zdania odkryły swój najgłębszy sens, wsłuchiwanie się w słowa
drugiej osoby, życzliwość, cierpliwość, otwartość. I prosty, a jednak przejmujący
finał, w którym powoli wygasają światła, bronowicka chata odjeżdża w kulisy,
aktorzy zastygają bez ruchu, a z głośników słyszymy informacje o losach ludzi,
którzy posłużyli Wyspiańskiemu za prototypy postaci.
Losy niezwykłe i bardzo różne, niezwykle silnie związane z XX-wieczną historią
Polski. Mali, śmieszni, kłótliwi, próżni, niemądrzy ludzie uchwyceni w momencie
weselnej zabawy, w późniejszym życiu wyrastali daleko poza czarną legendę
"Wesela": zakładali szkoły i współorganizowali partie, poświęcali się dla
bliskich i ginęli na wojnie. Teraz przybyli, niczym widma zaproszone przez Rachelę, na
teatralne zaduszki. W zakończeniu słychać jeszcze pieśń "Christus vincit" -
tak jak "Akropolis" finał spektaklu Cieplaka przynosi nadzieję na
przebudzenie.
"ALBOŚMY TO JACY, TACY..." według STANISŁAWA WYSPIAŃSKIEGO, reżyseria:
PIOTR CIEPLAK, scenografia: Andrzej Witkowski, ruch sceniczny: Leszek Bzdyl, muzyka:
Czerwie oraz Karolina Wojaczek, premiera w Teatrze Powszechnym w Warszawie 26 maja 2007.
Anna R. Burzyńska
Tygodnik Powszechny 27/07
03 lipca 2007 |