31_32.3.jpg (8149 bytes)

Europejska Babilonia

          Divadelna Nitra jest festiwalem bez sztywno nakreślonej linii repertuarowej, tematycznej, stylistycznej, formalnej. Doskonale funkcjonują w nim obok siebie teatry tańca, spektakle dramatyczne i performance. Taki kolaż gatunków i stylistyk nie powodował jednak wrażenia chaosu, co więcej, proponował teatralną "grę w klasy", zachęcał do szukania punktów wspólnych.
W węgierskiej Medei Hansa Hennego Jahna w reżyserii Sandora Zostera i Bashu Neila LaBute'a w reżyserii Jana Willema van den Bosha pojawia się motyw mitycznej Medei. Sięgając po tekst niemieckiego dramatu z 1926 roku Zoster stworzył przedstawienie oparte na minimalistycznych środkach. Główną parę bohaterów posadził na ławce na lekkim podwyższeniu, na wprost publiczności, przy nich siedzieli ich synowie, pozostałe postaci po bokach, twarzami zwrócone do siebie. Reżyser nie dbał o prawdopodobieństwo postaci, jeden z synów Medei i Jazona jest starszy od nich, drugi syn i Kreon to kobiety (w samym dramacie Medea jest przedstawiona jako Murzynka). Spektakl oparty został na chłodnej, statycznej, ale zarazem wyrafinowanej formie. Narracja budowana jest muzyką, światłem, rytmem języka. Postaci noszą współczesne kostiumy, mają zacięte, nieobecne twarze. Aktorzy wygłaszają tekst, nie zwracając się do widza ani partnera, nie budując postaci - komunikacja przebiega tylko i wyłącznie na poziomie retoryki. Brak zbędnych gestów powoduje, że każde skrzywienie głowy, założenie nogi na nogę staje się czymś na kształt kosmicznej katastrofy. To chyba najlepsze przedstawienie festiwalu
Angielski reżyser działający na Słowacji Willem van den Bosch również wybrał statyczne rozwiązanie, umieszczając postaci i opowiadane przez nich historie na tle wielkiego ekranu, na którym przesuwają się obrazy przemocy i symbole drapieżnej cywilizacji. Warto poświęcić nieco uwagi drugiej części spektaklu - historii "Medei" (w tej roli Anna Siskova). Aktorka paroma gestami, grymasami twarzy potrafi wzbudzić jednocześnie współczucie i irytację. Prowadząc postać na granicy bycia katem i ofiarą, stworzyła obraz współczesnej kobiety, studentki, której śmierć jawi się jako możliwość samoidentyfikacji. Być może tylko taki rodzaj tragizmu jest w stanie funkcjonować w naszej rzeczywistości.
Motyw kobiety pragnącej śmierci jako samoidentyfikacji pojawił się także w Martwej królewnie Nikołaja Kolady w reżyserii Pawła Szkotaka, jedynym polskim spektaklu na festiwalu w Nitrze. Przedstawienie dowiodło, że polski teatr jest świeży i oryginalny inscenizacyjnie, buduje napięcia pomiędzy postaciami, co wcale nie było takie częste w innych festiwalowych propozycjach oraz ma dobrych aktorów (chodzi zwłaszcza o Beatę Bandurską, grającą Rimmę, kobietę z tak zwanego społecznego dna, której dorastanie do śmierci jest równocześnie dorastaniem do człowieczeństwa).
Widownia tegorocznego festiwalu w Nitrze podzieliła się na dwa obozy przy okazji Borysa Godunowa Puszkina w reżyserii Balazsa Kowalika. Ów dramat władzy rozegrano w przestrzeni, która może być interpretowana jako spuścizna po inscenizacjach brutalistów. Spektakl nie przekonał mnie, może dlatego, że w jego, skądinąd ciekawych, dynamicznych obrazach gdzieś się zagubiło i rozmyło napięcie dramatyczne.
Problem inscenizacji rosyjskich tekstów pojawił się podczas sesji "Tożsamość kontra integracja" jako problem polityczny. Jeden z uczestników dyskusji gorąco przekonywał, że Rosja wchodzi razem z nami do Unii Europejskiej, skoro sześć spośród trzynastu spektakli na festiwalu, to przedstawienia oparte na literaturze rosyjskiej (oprócz Borysa Godunowa należy wymienić Trzy siostry w wykonaniu czeskim i słowackim, łotewskiego Rewizora oraz rosyjską inscenizację połączonych tekstów: Trzech sióstr i Starszego syna Wampiłowa).
Svetozar Sprusansky za reżyserię Trzech sióstr otrzymał najwyższą słowacką nagrodę teatralną. Spektakl odgrywany był w Muzeum Miejskim w Nitrze. Wszystkich przybyłych witała Natasza, zaraz potem widzowie stawali się gośćmi na imieninach Iriny, włączeni na pewien czas do akcji dramatycznej pili szampana, jedli kołacze. W ogromnej lustrzanej sali, w której toczył się pierwszy akt, było jasno, radośnie, dużo śmiechu, tańca, śpiewu, samowar i pomarańcze. Ale już moment, w którym Wierszynin niechcący niszczy ramkę na zdjęcia podarowaną Irinie przez Andrzeja, zapowiadał późniejszy rozpad rzeczywistości. Reżyser zobaczył w dramacie Czechowa wizję rozpadu świata, a Nataszę uczynił główną bohaterką. Po zwierzęcej scenie aktu miłosnego między Andrzejem i Nataszą, akt drugi rozgrywa się już w przygaszonym świetle, przy stole bez obrusa. W trzecim akcie z Czechowa pozostają natomiast już tylko dialogi. Sprusansky umieszcza bohaterów na klęcznikach, postaci wymieniają się swoimi kwestiami, powtarzają je kilka razy, w różny sposób. Na koniec każda z sióstr zostaje umieszczona w klatce przypominającej konfesjonał. Zupełnie niezrozumiała wydaje się końcówka spektaklu, w której Czebutykin każdej z postaci wkłada do rąk, w formie komunii, malutkiego motylka. Inscenizacja, burząca układ precyzyjnie skonstruowanego tekstu, okazała się przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym.
Miroslav Krobot, reżyser czeskich Trzech sióstr wyszedł z zupełnie innego założenia. Przedstawiona jako "świat na opak" rzeczywistość tonie w oparach absurdu i groteski, irytuje niepoważnym podejściem do Czechowa, brakiem wielkich emocji, namiętności, kompletnym brakiem relacji pomiędzy postaciami. Aktorzy powodują, że śmiejemy się tam, gdzie zazwyczaj u Czechowa nie śmiejemy się nigdy i ten sam śmiech staje się coraz bardziej gorzki, dramat powoli narasta, aż do ostatniej sceny rozgrywającej się w cieniu symbolicznego sztucznego drzewka, kiedy czujemy, że nie tylko absurd, ale i prawdziwa tragedia stała się udziałem postaci.
Temat Trzech sióstr jeszcze raz pojawił się na festiwalu w Nitrze, tym razem w kompilacji z tekstem Wampiłowa Starszy syn. Rosyjski reżyser Jurij Pogrebniczko stworzył na motywach tych dwóch tekstów spektakl Puticini et husari, w którym połączył Rosję czechowowską i sowiecką, ukazując ją nie w świetle wielkich wydarzeń historycznych, dramatów pokoleniowych, ale poprzez codzienność i banalność. Interesujący zabieg inscenizacyjny zastosował także reżyser łotewskiego Rewizora Alvis Hermanis, umieszczając akcję swojego spektaklu w obskurnym barze mlecznym. Postaci dramatu ubrane w kostiumy z lat siedemdziesiątych to nieforemne duże i grube kukły o zezwierzęconych twarzach, podobnych do kurzych dziobów (zresztą prawdziwe kury cały czas obecne były na scenie). Największym atutem spektaklu wydają się fantastycznie zrytmizowane sceny nieme.
Frankowi angielskiego performera Nigela Charnocka nie ma sensu poświęcać wiele uwagi, bo ten "tańczono-krzyczano-śpiewany" performance miał być ewidentną prowokacją obyczajową i tym też był. Stastna Babylonia w reżyserii Jose Montalvo, spektakl francuskiej kompani teatralnej Montalvo - Hervieu, to teatr tańca, ruchu i obrazów, które na wielkim ekranie zmieniają się niczym kolorowe obrazki z fotoplastikonu. Tańcerze nawiązują z inspirowanymi barokiem i surrealizmem obrazami rodzaj dialogu. Punktem wyjścia staje się reinterpretacja biblijnego motywu wieży Babel. W Biblii wieża Babel to kara i przekleństwo, we francuskim spektaklu różnorodność jest inspiracją i drogą do tworzenia wspólnoty. Pochwała różnorodności uzyskuje poetycki kształt poprzez ruch, śpiew i obraz. W tej polifonii tańców i kultur doskonale funkcjonują obok siebie afrykańskie tańce etniczne, balet, hip-hop, capoeira. Tancerze różnych ras wspaniale się między sobą komunikują, a w ich scenicznym działaniu dominuje żywiołowość i nieustanna radość.
I oto niespodziewanie spektakl Stastna Babylonia stał się komentarzem politycznego kontekstu festiwalu. Wprawdzie to komentarz naiwny, ale jakże uroczy.

Katarzyna Dudek
Didaskalia
57/2003


INDEX PRASA WYDARZENIA RECENZJE TEATRY

 
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS          Współpraca - Olga Katafiasz,  Piotr Kołodziej 

rk