TEATRALIA
_____________________________________________________

Teatr z Wałęsą w klapie

Teatr niezależny budował relację z publicznością na zupełnie innych zasadach niż oficjalny. Kiedy podczas jednego ze spektakli interweniowała milicja aktorzy natychmiast wmieszali się w publiczność, a nie podejrzewający niczego widzowie zaczęli domagać się dalszego ciągu. Niektórzy jeszcze w radiowozach uważali, że to nadal przedstawienie

- Figurant sprawy operacyjnego rozpracowania Lityński Jan zorganizował w swoim mieszkaniu zabawę sylwestrową. W zabawie uczestniczyło ok. 30 osób, wśród których byli Jacek Kleyff, Zbigniew Herbert, Janusz Szpotański, Jan Józef Lipski z małżonką, Konrad Bieliński, Stanisław Krajewski. W czasie tej imprezy doszło do dalszego rozpowszechniania tekstów - piosenek Janusza Szpotańskiego, które śpiewał Jacek Kleyff, a nagrywał na taśmę magnetofonową Konrad Bieliński - donosił w styczniu 1975 r. tajny współpracownik o kryptonimie "Kos".

Zachowało się więcej opisów podobnych spotkań, nie tylko w archiwach IPN, skąd pochodzi ten donos. Autorzy pamiętników i wspomnień przywołują dziś z upodobaniem niezależne spektakle i występy. Teatr podziemny stanu wojennego ma bogatą dokumentację, sporządzoną pod kierunkiem nieżyjącej już Marty Fik na podstawie bezpośrednich relacji twórców i widzów tego teatru.

Już w latach 70. w salonie literackim Anny i Tadeusza Walendowskich odbywały się koncerty, recytacje wierszy i prozy. Marian Brandys opisywał, jak ktoś siedzący obok niego podczas jednego z takich koncertów zachwycał się panującą wokół atmosferą: "Trochę jak konspiracyjny wieczór literacki za okupacji, a trochę jak zebranie harcerskie w wysokogórskim schronisku". To jeszcze nie był teatr, ale już nie spotkanie towarzyskie.

Prawdziwy teatr drugiego obiegu pojawił się w PRL w stanie wojennym. Ale pojęcie "teatr niezależny" w tamtych czasach znaczyło dużo więcej. Bo o tym, czy przedstawienie teatralne było niezależne, czy nie, decydowała nie władza i jej stosunek do przedstawienia, ale publiczność. To widzowie decydowali o sensach, wymowie i polityczności teatru. Niezależnie od intencji twórców, a czasem nawet wbrew tym intencjom. Dlatego z powodzeniem można mówić także o drugoobiegowym życiu teatru oficjalnego.

Teatr w rozkroku

Teatr w PRL niezależny bywał wtedy, gdy trafiał na niezależną publiczność, a ta własną potrzebę wolności wpisywała w spektakle, zręcznie wychwytując wszelkie aluzje, analogie i alegorie odnoszące się do sytuacji politycznej. To publiczność zadecydowała w 1967 r. o wymowie "Dziadów", przygotowanych na obchody 50. rocznicy rewolucji październikowej, a nie dała się nabrać na Norwida, którego wystawiła popierająca stan wojenny Krystyna Skuszanka w Teatrze Narodowym. To publiczność zdecydowała o martyrologicznym sensie "Wyzwolenia", które Kazimierz Dejmek zrealizował w 1982 r. po to, by się tej martyrologii przeciwstawić. Na darmo Dejmek krzyczał podobno do publiczności: "Kretyni!". Wbrew jego woli i wbrew literze tekstu publiczność wyczytała z przedstawienia pochwałę zrywu narodowego.

Wiele lat wcześniej, w roku 1953, znaleźli się widzowie, którzy nawet stalinowską sztukę propagandową Leona Kruczkowskiego "Juliusz i Ethel" - opowiadającą o sprawie Rosenbergów - obrócili w apoteozę ludzkiej niezłomności. Jacek Kuroń pisał latem 1977 r. z więzienia na Rakowieckiej do Haliny Mikołajskiej, która zagrała w tym spektaklu rolę Ethel Rosenberg: "Teraz to Ci się już mogę przyznać, że się kiedyś w Tobie okrutnie kochałem przez parę dni czy nawet może więcej. Było to w sztuce >Juliusz i Ethel < i gdyby mi kto wtedy powiedział, że wystarczy dać się zamknąć w kryminale, a można z Tobą korespondować, to oczywiście dawniej już zacząłbym swoją kryminalną karierę".

W drugiej połowie lat 70. środowisko teatralne, jak zresztą większość inteligencji, funkcjonowało nieco schizofrenicznie, zaczytując się w "Polityce" Mieczysława Rakowskiego i "Biuletynie Informacyjnym" Komitetu Obrony Robotników. Trudno tu nawet mówić o podwójności myślenia - było to raczej kalkulowanie, przywiązanie do własnych przywilejów, brak nadziei na zmianę i protekcjonalne traktowanie "politycznych amatorów" z KOR, którzy zajęli - jak się wydawało - straceńcze pozycje. Chyba nic innego, jak przekonanie o niezmienności status quo, kazało wówczas kilku najwybitniejszym aktorom recytować "Kwiaty polskie" Juliana Tuwima w specjalnym programie telewizyjnym nadanym 18 marca 1980 r., w dniu imienin Edwarda Gierka. A jednocześnie w programie rozrywkowym "XYZ" Niny Terentiew wypadało, mówiąc o swych ulubionych lekturach, wymienić "Dzienniki" Gombrowicza - przyznając się tym samym do czytania wydawnictw bezdebitowych.

Jednak mówienie o środowisku w kategoriach "gnid i aniołów" nie posuwa naprzód wiedzy o stanie świadomości ludzi teatru w tym okresie. Zastanowienia wymagałoby raczej to, jak niewygodne na dłuższą metę musiało być siedzenie okrakiem na barykadzie. W latach 70. zaczynano rozumieć, że poczucie wolności - gdy przywraca ona godność, a jeszcze nie jest ciężarem - jest bardzo przyjemne. To doznanie, wzmocnione zwycięstwem strajków sierpniowych i doświadczeniem "Solidarności", wyznaczyło postawę środowiska teatralnego w następnych latach.

Jeśli w 1975 r. przy okazji "Listu 59" [protestu przeciw zmianom w konstytucji - red.] wyraźnie sfrustrowany oficer Służby Bezpieczeństwa meldował swoim zwierzchnikom: "Nikt nie żałuje złożenia podpisu. Bycie represjonowanym jest zbyt dobrze widziane towarzysko", to w latach 80. ta towarzyska prawda objęła dużo szersze kręgi.

Kiedy w 1977 r. Zygmunt Hübner zrealizował w Teatrze Powszechnym "Lot nad kukułczym gniazdem", Tadeusz Nyczek napisał - w jak najbardziej oficjalnej prasie - że "wizja tej sztuki urasta do metafory systemu totalitarnego, gdzie nieludzkie prawa nazywa się dobrodziejstwem powszechnym, zniewolenie - szansą ratunku, zestaw obowiązujących reguł i kanonów - demokracją itd.". Stwierdzając na tej podstawie, że Teatr Powszechny zrealizował spektakl niezależny o silnej wymowie antytotalitarnej, trzeba pamiętać, że kierownikiem literackim był w nim Roman Bratny.

Nie da się ukryć, że w PRL na drodze trudnych nieraz i karkołomnych kompromisów powstawały niejednokrotnie dzieła ważne i wartościowe, odważne i artystycznie dojrzałe. Teatr oficjalny drugiej połowy lat 70. nie podważał sojuszów i nie wzywał do ogólnonarodowego powstania, ale diagnoza społeczna jaką stawiał, była dla systemu bezlitosna. "Sen o Bezgrzesznej" Jerzego Jarockiego i Józefa Opalskiego, "Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego, "Operetka" Witolda Gombrowicza, "Emigranci" Sławomira Mrożka wysyłały publiczności wyraźny i bezbłędnie odczytywany sygnał, że w państwie dzieje się źle. Sierpień znacznie przesunął granice tego, co można było powiedzieć wprost. Na scenę trafiły spektakle teatru faktu - "Oskarżony: czerwiec '56" Izabeli Cywińskiej czy "Relacje" Hanny Krall, gdzie jedną z bohaterek była Anna Walentynowicz. Treści, które jeszcze niedawno przemycano między wierszami, teraz mówiono ze sceny otwartym tekstem.

We wrześniu 1981 r. radziecki ambasador Borys Aristow złożył notę protestacyjną w sprawie manifestacji antyradzieckich w Polsce. Napisał w niej m.in., że antyradzieckość płynie z ekranów, estrad, teatrów i publikacji. Jeśli przez "antyradzieckość" rozumieć "niezależność", to miał słuszność. Jak się wydaje, Aristow łudził się, że władza może temu zaradzić.

Wolność stanu wojennego

W sobotę 12 grudnia 1981 r. program telewizyjny zakończył się kilkanaście minut przed północą. Jedną z ostatnich pozycji programu była relacja z rozpoczętego w piątek Kongresu Kultury. W sobotę przemawiał m.in. Andrzej Szczypiorski. Komentując to przemówienie prowadzący relację dziennikarz telewizyjny - niestety, nie pamiętam jego nazwiska - stwierdził, że "na szczęście nie Andrzej Szczypiorski i nie ta sala przyjmująca jego przemówienie z aplauzem będą decydować o przyszłości Polski". Czas pokazał, że się nie mylił - przynajmniej na krótszą metę. Kilkanaście minut później telewizję (i cały kraj) zmilitaryzowano.

Dla teatru zaczął się czas szczególny - czas funkcjonowania pod ogromną presją moralną, między kowadłem oczekiwań społecznych, a młotem mecenatu państwowego. Czas, kiedy pytanie o swobodę twórczą miało wiele różnych odcieni. Koniec tego sezonu i sezon następny 1982/83 były najdziwniejszym okresem w powojennej historii teatru polskiego. Rozkwitały teatry domowe i niezależne, aktorzy stali się depozytariuszami narodowego sumienia, państwowy mecenas okazał się bezsilny wobec swoich podopiecznych, a w kościołach teatr stawał się częścią liturgii.

Był stan wojenny, ale dla ludzi teatru był to paradoksalnie czas wolności.

Teatr antypaństwowy

Po 13 grudnia repertuar państwowych teatrów - mimo ingerencji cenzury i nadzoru Wydziałów Kultury Komitetów Wojewódzkich PZPR - był zdecydowanie antypaństwowy. Dawał wyraz nastrojom, szukał historycznych analogii do aktualnej sytuacji. W ciągu kilku miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego na afisz trafiły m.in.: "Upadek" Nordahla Griega - sztuka o klęsce Komuny Paryskiej, z której cenzura na wszelki wypadek wykreśliła zwrot: "Wszelkie ataki na panujący porządek przychodzą wiosną"; "Dwie głowy ptaka" Władysława Terleckiego - o upadku powstania styczniowego; "Ksiądz Marek" Juliusza Słowackiego - o krwawej rozprawie z konfederacją barską; "Mord w katedrze" Thomasa Stearnsa Eliota - o walce władzy z charyzmatycznym biskupem; "Wróg ludu" Henryka Ibsena - o granicach konformizmu; "Hamlet" i "Antygona" - o tyranii, z rekwizytami w postaci wojskowych butów, zomowskich tarcz itp.

Czy dopuszczenie na afisz wszystkich tych tytułów było świadomą polityką władz, zmierzającą do skanalizowania nastrojów bądź co bądź dość wąskiej publiczności teatralnej, czy wynikiem jednoznacznej i solidarnościowej postawy twórców? Dziś można się o to spierać, ale ten spór będzie miał charakter bardziej światopoglądowy niż historyczny.

Dyrektorzy wielu teatrów państwowych - mimo apeli, spotkań i narad - nie realizowali rozmaitych zaleceń swoich zwierzchników w urzędach, wydziałach kultury i ministerstwie. Do rangi symbolu urasta odmowa wpuszczenia ekipy telewizyjnej do finansowanego przez telewizję Teatru Kwadrat przez dyrektora tej sceny Edwarda Dziewońskiego. W Grudziądzu, gdzie aktorzy odmówili zgody na sfilmowanie przedstawienia jubileuszowego, część spektaklu rejestrowano po kryjomu z balkonu.

Wiele świadczy o ówczesnej małej dyspozycyjności wielu dyrektorów teatrów. Zbyt wyraźnie odcinali się na tym tle ci, którzy władzy sprzyjali i których nazywano wówczas "kolaborantami". W następnych miesiącach ze stanowisk odwołano wielu niepokornych. "Brak było - ubolewał ówczesny dyrektor Departamentu Teatru i Estrady Ministerstwa Kultury i Sztuki - aktywnej postawy ideowo-artystycznej wspierającej otwarcie program odnowy".

Czas bojkotu

Zgromadzenia i wiece, jak wiadomo, były w stanie wojennym zakazane. W teatrach tymczasem odbywały się regularne manifestacje solidarnościowe. Miały dwojaki charakter - z jednej strony polegały na wyklaskiwaniu i wykasływaniu kolaborantów, z drugiej - na spektakularnych owacjach dla bohaterów. To te owacje m.in. doprowadziły Halinę Mikołajską do rezygnacji z występów w teatrze oficjalnym - ogniskowała emocje narodowe do tego stopnia, że nie mogła uprawiać zawodu.

Pośród wielu okazji do manifestacyjnego okazywania uczuć patriotycznych szczególnie interesujący był pierwszy tydzień stycznia 1983 r., kiedy to "Tygodnik Mazowsze" ogłosił Tydzień Sceny Polskiej - w podzięce za bojkot aktorów. Po spektaklach odbywały się długie owacje na stojąco, scenę zasypywały kwiaty. Charakter wiecu - choć bez przemówień - miało też przedstawienie "Pieszo" Mrożka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie 19 marca 1983 r. Do teatru przybył bowiem Lech Wałęsa, który po spektaklu, gdy aktorzy po raz kolejny wyszli do oklasków, wbiegł na scenę i po kolei ściskał aktorom ręce.

Ale i bez tego na wielu przedstawieniach każdego wieczoru tworzyła się swoista wspólnota, zbiorowo, spontanicznie reagująca na wszelkie aluzje i konteksty, manifestacyjnie okazująca wrogość pojawiającym się na scenie tyranom, generałom, policjantom, zdrajcom, szpiclom...

Akta Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk z lat 1982-83 wskazują, że ingerencje cenzury dotyczyły raczej poszczególnych sformułowań niż istoty spektakli. Np. z na wskroś współczesnej sztuki o ambicjach politycznych "Maestro" Jarosława Abramowa-Newerlego w Teatrze Polskim w Warszawie wykreślono zdanie: "Belweder można sobie darować. I tak marszałka w nim nie ma". A ze zrealizowanego w tym samym teatrze spektaklu "Sto rąk, sto sztyletów" Jerzego Żurka, opowiadającego o mechanizmach prowokacji politycznej w realiach powstania listopadowego, usunięto zdanie: "Porządni ludzie siedzą w więzieniu, a nie zamykają do więzień".

Jeśli nie decydowano się na zdjęcie przedstawienia w całości (a takie sytuacje miały, oczywiście, miejsce), ingerowanie w tekst, który widzowie i tak chcieli za wszelką cenę odczytywać politycznie, wcześniej czy później musiało doprowadzić cenzurę do autokompromitacji. Tak stało się w przypadku przedstawienia "Villa dei misteri" Helmuta Kajzara w Teatrze Małym w Warszawie. Po obejrzeniu próby zalecono następującą zmianę w inscenizacji: "Znajdujący się na scenie telewizor, emitujący w trakcie spektaklu program, wyłączyć w porze nadawania Dziennika oraz innych audycji z zakresu publicystyki politycznej". Działo się to w lutym 1982 r. W tym czasie w wielu rejonach Polski (np. w Świdniku) w porze nadawania dziennika telewizyjnego odbywały się szczególne demonstracje. Ludzie masowo wychodzili na spacery, wystawiali telewizory na parapety okien - jednym słowem - ostentacyjnie nie oglądali dziennika. W Teatrze Małym pracownik cenzury mimowolnie zalecił aktorom i widzom, by przyłączyli się do tych demonstracji.

Aktor przychodzi do widzów

Teatr podziemny był teatrem jawnym. Występy w kościołach czy w warszawskim Muzeum Archidiecezji były ogłaszane i każdy, kto chciał, mógł na nie dotrzeć.

Teatr podziemny był teatrem zawodowym. Pierwszym przedstawieniem warszawskiego Teatru Domowego było zdjęte z afisza w Teatrze Powszechnym po wprowadzeniu stanu wojennego przedstawienie "Wszystkie spektakle zarezerwowane", a raczej jego uaktualniona wersja. Wiele monodramów, montaży i programów teatru podziemnego grano wcześniej w obiegu oficjalnym. Niektóre były nawet rejestrowane dla telewizji jeszcze w latach 60. (jak monodramy Mikołajskiej "O długim czekaniu" wg Thomasa Manna i "Listy panny de Lespinass").

Teatr drugiego obiegu był też nie tyle teatrem tekstów zakazanych i wywrotowych, ale do pewnego stopnia teatrem lektur szkolnych. Jeśli przyjrzeć się repertuarowi poetyckiemu prezentowanemu w kościołach, np. podczas Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, wyraźnie widać dominującą obecność Mickiewicza, Norwida, Miłosza. "Na początku była to wręcz podręcznikowa, oficjalna klasyka. Potem pojawiły się teksty poetów emigracyjnych" - mówi Elżbieta Kautschowa, która brała udział w przygotowywaniu montaży poetyckich dla teatru podziemnego w Katowicach.

Repertuar sam w sobie nie zawsze był niecenzuralny, ale wpisany w klimat surowych ścian, tłoczących się widzów i przyniesionych przez nich emocji, takim się stawał. To romantyczna tradycja i doraźny kontekst decydowały o jego wolnościowych ambicjach.

Teatr podziemny był teatrem ogólnopolskim. - Olsztyn, Zielona Góra, Gorzów, Puławy, Płock, Koszalin, Słupsk, Konin, Opole, Gliwice, Jastrzębie, Gniezno, Toruń, Rzeszów, Stalowa Wola - wyliczała Mikołajska miejsca swych występów. - Znam więc publiczność polską nie z wyobraźni i nie ze sprawozdawczości ministerialnej. Znam ją niejako osobiście. Aktorzy gdańscy Halina Winiarska, Jerzy Kiszkis i Piotr Suchora objechali całą północną Polskę z "Trenami Jeremiasza" w przekładzie Czesława Miłosza. Aktorzy śląscy przygotowali ok. 30 programów z poezją stanu wojennego, które obejrzało blisko 2 tys. osób - od Katowic, przez Rybnik, po Wrocław.

Spektakle podziemne nie były elitarne. Docierały nawet tam, gdzie teatr do tej pory nie zaistniał. Odwracały utarty porządek - to aktor przychodził do widzów, a nie odwrotnie. W wielu miastach Polski - tam, gdzie działały państwowe teatry - aktorzy zakładali zespoły niezależne. W Poznaniu działał Teatr im. Andrzeja Jawienia, we Wrocławiu - Niezależny Samorządny Teatr "Nie Samym Teatrem", w Jeleniej Górze - Scena Czterdzieści i Cztery, w Katowicach - Teatr Podziemny Poezji Stanu Wojennego, w Łodzi - Teatr Pątniczy. W 1982 r. Teatr im. Andrzeja Jawienia występował w kościołach niekiedy nawet dwa razy dziennie, a widzowie "dosłownie wydzierali aktorom teksty, więc trzeba było je ciągle przepisywać. Nie było to proste ze względu na brak papieru maszynowego" - wspominają prowadzący ten teatr Krystyna i Celestyn Skołudowie. "Zarabialiśmy mało, a najczęściej wcale, bo zawsze był jakiś cel, na przykład wykup aresztowanych studentów po manifestacjach" - pisała Ewa Frąckiewicz-Musiał, która wraz z Włodzimierzem Musiałem w 1983 r. przygotowała w sali parafialnej przy kościele oo. Jezuitów w Łodzi premierę sztuki "Bardzo starzy oboje" Kazimierza Brandysa, graną z powodzeniem przez następnych kilka lat.

Teatr niezależny - w domu, sali parafialnej czy kościele - tym różnił się od oficjalnego, że budował relację z publicznością na zupełnie innych zasadach. Współuczestnictwo widzów w przedstawieniu wiązało się nieraz z ich konspiracyjnym zaangażowaniem i ze świadomością ryzyka, jakie ponosili. We Wrocławiu podczas jednego ze spektakli w wykonaniu Teatru Domowego z Warszawy interweniowała milicja. Wedle relacji Ewy Dałkowskiej "aktorzy natychmiast się rozbiegli i wmieszali w publiczność (...), nie podejrzewający natomiast niczego widzowie zaczęli się śmiać i domagać dalszego ciągu". Niektórzy jeszcze w radiowozach uważali, że to ciągle teatr.

Granice teatru i rzeczywistości zacierały się. Sprzyjały temu miejsca występów - prywatne mieszkania i sale parafialne, bliski kontakt z aktorami, napięcie towarzyszące występom, wreszcie współbrzmienie poezji z nastrojami społecznymi.

Teatr - wspólnota

Teatr niedoskonały - i wielkie przeżycie. W wyziębionych, źle oświetlonych salach, ze słabym nagłośnieniem, gdzie z dalszych rzędów niewiele widać i nie wszystko słychać, skala przeżycia osiągała bardzo wysoki pułap. Są na to liczne dowody w postaci listów, wspomnień, świadectw.

Mimo to niektórzy, przykładając do występów teatru podziemnego artystyczną miarę, podważają ich wartość. Występy teatru niezależnego miały rzeczywiście bardzo różny poziom, ale nie było to takie ważne wobec ich walorów społecznych. Mówiąc o tym, można się spierać o przeżycie teatralne, ale nie wolno pominąć doświadczenia wspólnotowego.

Pośród teatrów amatorskich warto wymienić jeden. Działał w ośrodku dla internowanych w Jaworzu. Dopóki w obozie przebywała Halina Mikołajska, był to jeszcze teatr profesjonalny. Po wywiezieniu kobiet do Gołdapii prof. Jerzy Jedlicki pisał w liście do Mikołajskiej z 7 lutego 1982 r.: "Maciek [Rayzacher] szaleje z amatorskim teatrem - po prapremierze pierwszej sceny z trzeciej części >Dziadów < (wraz z fragmentami Prologu, gdzie Tadeusz M. wystąpił, jak należało, w roli Ducha) próbują sceny zbiorowe z >Nieboskiej < z p. Małachowskim w roli hrabiego. Repertuar, jak Pani widzi, ambitny, niektórzy z nas wzdychają jednak za Rachelą".

Co począć z tą pamięcią?

Stan wojenny sprzyjał jednoznaczności ocen. W stosunku do ludzkich postaw formułowano je bezkompromisowo, nieraz brutalnie. Publiczność w skrajny sposób okazywała zarówno uwielbienie, jak i pogardę. W prasie podziemnej publikowano nazwiska kolaborantów, którzy w telewizji poparli stan wojenny, a z drugiej strony - nazwiska tych twórców, którzy po jego wprowadzeniu rzucili legitymację partyjną. Tych ostatnich było tak wielu, że organizacje partyjne w teatrach stopniały do minimum, czy wręcz - jak w Teatrze Ateneum czy Na Woli - zostały rozwiązane z braku członków. Smutna wiadomość o wykryciu podziemnej drukarni w domku letniskowym Mariusza Dmochowskiego - do niedawna członka PZPR - była zarazem budująca.

Jedynie postawa Kazimierza Dejmka - krytyka opozycyjnych działań ludzi teatru i przeciwnika bojkotu, który jednocześnie dawał schronienie prześladowanym, działał na rzecz internowanych i udostępniał pomieszczenia na zebrania konspiracyjne - wymykała się łatwym ocenom.

Dziś wiele dawnych emocji poszło w niepamięć. Aktorzy na prezesa ZASP wybrali człowieka, który - jak powiedziała Zofia Kucówna - "nie zdał egzaminu z solidarności w latach 80.". Niewykluczone, że w czasach, gdy dezawuuje się czyny, podważa intencje, a w życiorysach bohaterów dopatruje się zdrad i słabości, łatwiej przezwyciężyć złą sławę niż utrzymać opozycyjną legendę.

Co zatem począć z pamięcią, kiedy wokoło stopniowo kwestionuje się wszystko, co w epoce stanu wojennego przynosiło nam radość i napawało dumą? Są różne drogi. Można tę pamięć zniweczyć, wypierając się dawnych wzruszeń i deprecjonując wysiłki poczciwych ciotek rewolucji oraz ich parafialne teatrzyki. Można tę pamięć wynaturzyć, o opozycyjnych legendach mówiąc z ironią, o wymagających odwagi przedsięwzięciach - z powątpiewaniem, a artystów, którzy w imię wyższej racji ryzykowali swą karierę - nazywając z przekąsem "muzami opozycji" i "egeriami Solidarności".

Jest także trzecia droga. Można tę pamięć przekształcić w historię, udowadniając, że teatr odegrał w tamtych czasach ważną rolę integrującą, a opór społeczny znajdował w środowisku teatralnym silny oddźwięk. Obawiam się jednak, że budowanie pozytywnej wizji wymaga dziś nie lada odwagi.

*Joanna Krakowska - pracownik Instytutu Sztuki PAN, redaktor działu eseistyki miesięcznika "Dialog"

Tekst wygłoszony na konferencji "Kultura niezależna w PRL", zorganizowanej przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa i Collegium Civitas w Warszawie 11 czerwca br.

Joanna Krakowska*
Gazeta Wyborcza
12 sierpnia 2005

        

INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATR
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk