TEATRALIA
_________________________________________________________________________________________

Czas przyjemnie utracony

- Czy to prawda, że w SPATiF-ie...? - Tak. To wszystko prawda - wpada w słowo Janusz Głowacki. I uśmiecha się ironicznie.

 

rejs.jpg (18335 bytes)

Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz, bywalcy SPATiF-u, upamiętnili nazwisko jego dyrektora w filmie "Rejs"
(C) PAP/CAF

           Dyskutowano tam Heideggera i aktualny kurs dolara, szanse odzyskania niepodległości i napicia się dobrego piwa. Stryjkowski wykrzywiał się tu na Singera; Słonimski mówił dobrze o Wieniawie; Bereza o Drzeżdżonie; płk Załuski o bitwie pod Lenino. Andrzejewski walczył z Lisiecką o duszę młodziutkiego Mętraka; tajniacy wychwalali wysoką jakość japońskiej aparatury podsłuchowej, a Paweł Hertz milczał wieloznacznie" - pisał przed laty Głowacki we wspomnieniu o Januszu Minkiewiczu. Teraz zaś dodaje: - W SPATiF-ie przemieszali się intelektualiści i tajniacy, członkowie KC i dysydenci, aktorzy i waluciarze. Sportowcy pili tam do późnej nocy, by rano polecieć na olimpiadę, gdzie zdobywali złoto. Na wszystkich zaś z wyższością osób prawdziwie uzdolnionych patrzyły prostytutki. I jeżeli ktoś twierdzi, że to był klub dla dżentelmenów, to znaczy, że wychodził wcześniej.

- SPATiF działał jak soczewka ogniskująca życie intelektualno-towarzyskie Warszawy - twierdzi Bohdan Tomaszewski. - Wiele lat spędziłem wraz z żoną przy stoliku z prof. Stanisławem Wohlem, Januszem Minkiewiczem, Julianem Stryjkowskim i Adamem Ważykiem. Czasami mieliśmy zaszczyt gościć pana Antoniego Słonimskiego. Ten czas trudno przecenić, rozmowy, w jakich miałem okazję brać udział, były pasjonujące. Rodziły się spontanicznie, punktem wyjścia było najczęściej bieżące wydarzenie polityczne, czasem sportowe, potem zaś swobodnie dryfowaliśmy ku innym tematom. Tamte spotkania poszerzyły moją wiedzę o literaturze, kabarecie, a przede wszystkim o języku polskim. Myślę, że SPATiF był kontynuacją międzywojennej tradycji kawiarnianej. W rozmowach, pośród anegdot o Gomułce i Gierku, powracała atmosfera dawnej Warszawy, która stała się legendą i po której nie został żaden fizyczny ślad.

Król, oczywiście

Pierwszym dyrektorem warszawskiego SPATiF-u, który przeszedł do historii filmu, był Włodzimierz Sidorowski. Tę karierę dyrektor zawdzięcza Janowi Himilsbachowi.

- Jaś postanowił, że tak będzie się nazywał grany przez niego bohater "Rejsu". To był akt zemsty, bo Sidorowski z powodu jakiejś rozróby dał Jasiowi czasowy szlaban na zabawy w lokalu - mówi Głowacki.

SPATiF działa nieprzerwanie od prawie pięćdziesięciu lat. Pierwsza warszawska restauracja Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu znajdowała się przy ulicy Pankiewicza. Był to przełom lat 50. i 60. Potem klub przeniesiono w Aleje Ujazdowskie, opodal placu Trzech Krzyży, gdzie znajduje się do dziś. W drugiej połowie lat 70., na czas ciągnącego się kilka lat remontu, SPATiF trafił do kamienicy na rogu Pięknej i Mokotowskiej. Za wędrującym lokalem cierpliwie podążali jego wierni goście. Skąd brało się ich przywiązanie?

wohl)s_22.jpg (8314 bytes) prutkowski_j.jpg (10404 bytes)

FOT. BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

spatif.jpg (14287 bytes)

(C) ARCHIWUM ZASP

Lata 60., prof. Stanisław Wohl (u góry z lewej) i Józef Prutkowski przed drzwiami SPATiF-u. Dziś aktorska restauracja nie ma już dawnego nastroju.

Jak niegdyś sławna Kameralna, stanowił SPATiF strefę większej swobody. Azylu politycznego i towarzyskiego. Choć przychodzili tu ludzie różnego formatu, o często skrajnie odmiennych zapatrywaniach na PRL-owską rzeczywistość, choć bywało że siadali przy jednym stoliku, to do waśni jakimś cudem nie dochodziło.

- Polityczne animozje zostawały u Frania w szatni - twierdzą zgodnie starzy bywalcy lokalu.

Pan Franio, szatniarz, był ważną postacią SPATiF-u. Jego rola nie sprowadzała się do podawania płaszczy, on był ponad to. W pewnym momencie odwrócił zresztą sytuację i wystawił na ladę pełne drobniaków kartonowe pudło po butach.

- To za fatygę - mruczał pod nosem, ani na chwilę nie przerywając gry w numerki, której oddawał się bez reszty. Wśród gości miał swoich faworytów, w ciężkich chwilach ratował ich pożyczką. Nigdy nie dawał na procent. Bezwzględnie traktował tych, którzy mu podpadli. Wchodzącego z młodą damą dramaturga powitał kiedyś lekceważącym: - Wczoraj pan przyprowadził zgrabniejszą.

Tajemnicą poliszynela było, że pan Franio prowadzi znakomicie prosperujący kantor wymiany walut.

- Z tego żył. Proponował bardzo uczciwy kurs i nigdy nie dochodziło do najdrobniejszych nawet nieporozumień. Pewnego razu wszedłem tu na obiad z Jonaszem Koftą. Ten rozejrzał się i wycedził: - Ubek tu na ubeku. Dosłyszał to Franio i tak skomentował: - Kiedyś wpuszczali od majora w górę, a teraz diabli wiedzą - opowiada Andrzej Wałek, wieloletni bywalec, który cieszy się opinią "chodzącej encyklopedii SPATiF-u". - Ktoś kiedyś spytał Frania: jak ty właściwie masz na nazwisko? On uśmiechnął się szeroko: - A jak mogę mieć? Król, oczywiście.

Teoria dwóch bram

W latach siedemdziesiątych pod SPATiF-em czekał na klientów rząd "taksówek" - ulicznych polewaczek. Do dużego fasonu należało podjechać pod lokal pracującą polewaczką, ale wszystkich przebił Bogusz Bilewski, który zajechał śmieciarką, a całą jej załogę zaprosił na kielicha.

Do sławnych "wejść" należał też triumfalny powrót z olimpiady w Monachium złotego medalisty Władysława Komara. Kiedy w glorii zwycięzcy wkroczył do restauracji, storpedowała go Zofia Czerwińska: - Władek! Gdzieś ty się podziewał? Od dwóch tygodni nawet do nas nie zajrzałeś!

- Pewnego dnia, w przerwie zajęć, jakie prowadziłem na Politechnice Warszawskiej, wpadłem do SPATiF-u na obiad. Od razu wyłowił mnie Zdzichu Maklakiewicz - wspomina Wałek. - Powiedział: postaw ćwiartkę, to usłyszysz teorię dwóch bram. Nie znasz jej, a przyda się twoim wchodzącym w życie studentom. Nie dałem się długo prosić. Maklak usiadł wygodnie i zaczął wykładać: trzeci dzień powstania warszawskiego, idę z kumplem ulicą, aż tu nagle jak bomba nie kropnie! Prysnęliśmy na dwie strony i spójrz teraz: on jest wiceministrem, a ja drugorzędnym aktorzyną. Spytasz pewnie, dlaczego? Ano dlatego, że ja wpadłem do bramy, gdzie były matki z dziećmi, a on do tej, gdzie stało AL.

Od śmierci Maklakiewicza Himilsbach, jego przyjaciel i filmowy partner, coraz rzadziej pojawiał się w Alejach. Był schorowany i stan zdrowia nie pozwalał mu na zabawy tak huczne, jak dawniej. Nie miał już swojej charakterystycznej chrypy, mówił szeptem, chodził z trudem. Znany warszawski lekarz, codzienny gość SPATiF-u, wyznaczył mu więc alkoholowy limit - sto gram dziennie. Jednak w niedługi czas potem zobaczył Himilsbacha w stanie wskazującym na spożycie większej ilości.

- Jasiu! A nasza umowa?! - karcił aktora. - Miałeś poprzestać na stu gramach! - A ty myślisz, że ja tylko u ciebie się leczę? - spokojnie odparował Himilsbach.

Edward Stachura pokazywał się w SPATiF-ie rzadko, a gdy już był, zachowywał się niezwykle dyskretnie. Zawsze spokojny i cichy, wchodził i wychodził niezauważenie.

- To stało się w lipcu 1979 r. Pan Franio powiedział, że w szatni czeka na mnie paczka. Jaka paczka? - zdziwiłem się szczerze. - Okazało się, że to owinięte w gazetę książki wydane przez paryską "Kulturę". Kilka ładnych lat wcześniej pożyczyłem je Stedowi, a potem suszyłem mu głowę, żeby oddał. Powoli traciłem wiarę, że książki do mnie wrócą, i teraz zastanowił mnie ten jego pośpiech - opowiada Wałek. - A Sted był człowiekiem zorganizowanym, porządkował

swoje sprawy. Tamtego dnia popełnił samobójstwo.

Minio

- Najważniejszą postacią SPATiF-u był bez wątpienia Janusz Minkiewicz, człowiek bardzo mi bliski - wspomina Tomaszewski. - Moja przyjaźń z nim datuje się od czasów okupacji, kiedy przychodziłem na tajne spotkania literackie, w których obok Minkiewicza udział brali m.in. Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski.

Choć Minkiewicz słynął z nienagannych manier, bez skrupułów odprawiał od swojego stolika obcych. Niejeden grzecznie pytał: - Czy można się przysiąść?, i jeszcze wisząc w powietrzu nad krzesłem, słyszał stanowcze i szorstkie: nie. Miejsca przy stoliku Janusza Minkiewicza były zarezerwowane dla Juliana Stryjkowskiego, Pawła Hertza, Adama Ważyka, Antoniego Słonimskiego i państwa Tomaszewskich. Gościny Minkiewicz udzielał Agnieszce Osieckiej, Arturowi Nacht-Samborskiemu, Zdzisławowi Maklakiewiczowi i Mieczysławowi Voitowi.

- Przy stoliku obowiązywały jasne reguły gry - opowiada Izabella Sierakowska-Tomaszewska. - Minio surowo zakazał opowiadania snów i streszczania najwybitniejszych nawet filmów. Anegdoty towarzyskie nie mogły być anonimowe. Bez nazwisk nieśmieszne - upominał Minkiewicz.

- Po południu Janusz nie brał kieliszka do ręki. Zaczynał pić punktualnie o dziesiątej. Choć nigdy się nie zatracał, nie upijał, tylko cichł, w sylwestra na wszelki wypadek anulował wszystkie ubiegłoroczne bruderszafty - dodaje Tomaszewski. - Gdy Adam Ważyk, człowiek niesłychanie spokojny, wychylał pierwsze 25 gramów, budziła się w nim pasja, rozpoczynał zacięte kłótnie, za które następnego dnia wszystkich ze skruchą przepraszał. Minkiewicz komentował to ciepło: - 25 gram - śmiertelna dawka Ważyka.

Minkiewicz był małomówny, słynął z krótkich i błyskotliwych uwag, np.: on jest piekielnie nieinteligentny. Gdy przy stoliku urządzono konkurs na miasto o nazwie w trybie rozkazującym, padały przeróżne propozycje: Wrzeszcz, Stary Sącz, Przemyśl. Minkiewicz przysłuchiwał się temu bez słowa, po czym przebił wszystkich: Bombaj!

- Pewien satyryk zamęczał Minia swoimi bohaterskimi historiami o wojennych dokonaniach. Cierpliwość Janusza w końcu się wyczerpała i podchodzącego do nas kombatanta przywitał cichym, ale dobitnym: idzie ten, co zginął pod Monte Cassino - uśmiecha się Izabella Tomaszewska.

Stolik obok Minkiewicza zajmował profesor Stanisław Wohl. Jeśli któryś z nowych gości nie przypadł mu do gustu, nie był już więcej do SPATiF-u wpuszczany. O Wohlu, który chodząc, wspierał się na kuli, mawiano w lokalu: człowiek strzela, Wohl kulę nosi.

Straszny Józio i pan Antoni

- W SPATiF-e był na początku kącik muzyczny dla pianina i skrzypek. Kierownik Wydziału Kultury KC Aleksander Syczewski pląsał obok płk. Załuskiego. Między nimi szalał Brycht, który co pewien czas wylewał na siebie całą butlę wody kolońskiej, żeby wszyscy mogli poczuć, że ma sukces - mówi Głowacki. - I był w SPATiF-ie kącik szlachetnych starców, gdzie rej wodził Janusz Minkiewicz. Trochę dalej siadał Straszny Józio, czyli satyryk Prutkowski, który prowadził własny kabaret "Friko". Po kilku setach poszedłem to kiedyś zobaczyć: straszna nędza. Ale Józio się odgrażał, że interes się rozkręci, jak konferansjerkę zacznie prowadzić Gomułka.

Prutkowskiemu pozwalano na wiele, bo powszechnie wiedziano, że z pochodzenia jest Żydem. Około północy krzyczał na całą salę: - Nareszcie się przeżydziło! W marcu 1968 r. wchodzącego do restauracji oficera Prutkowski spłoszył toastem: - Za odżydzone wojsko polskie!

- Do wyjątkowych elegantów zwykł zwracać się z pytaniem: czy pan tu podaje? Gdy chciał płacić, na całe gardło krzyczał: rachunku! - uzupełnia Izabella Tomaszewska.

Towarzystwo Antoniego Słonimskiego było dla wszystkich najwyższą nobilitacją. Wiązało się jednak z pewnymi wyrzeczeniami.

- Paliliśmy papierosy, a pan Antoni właśnie zerwał z nałogiem. Podporządkowaliśmy się mu bez szemrania i odtąd w obecności Słonimskiego mogła palić przy stoliku tylko jedna osoba naraz - wspomina Tomaszewska.

- Pan Antoni interesował się tenisem. Opowiadał, że przed wojną należał do warszawskiego Lown Tenis Club. To był snobistyczny klub dla arystokracji i dyplomatów - mówi Tomaszewski.

Oboje zapamiętali historię opowiedzianą przez Słonimskiego w SPATiF-ie. To był czas jego prezesury w Związku Literatów Polskich. Podejmował wtedy delegację pisarzy Związku Radzieckiego. W czasie spotkania Aleksandr Fadiejew dyskretnie spytał Słonimskiego: - Towarzyszu, gdzie ja tu mogę zrobić siusiu? - Pan? - spojrzał na niego szczerze zdziwiony Słonimski. - Wszędzie!

Janusz Głowacki zapamiętał taką scenę: do restauracji weszła starsza pani ze śladami wielkiej urody. Rozejrzała się po sali i wypatrzywszy Słonimskiego, krzyknęła: - Tosiek! Pan Antoni zerwał się od stolika: - Loda! W drzwiach stała bowiem Loda Halama, gwiazda międzywojennego kabaretu, która do Warszawy przyjechała na kilka dni z Londynu.

Gasną światła

SPATiF gasł tak, jak dopala się świeczka. Dzisiejsza restauracja jest podobna do wszystkich innych, bo o jej wyjątkowości decydowali ludzie, których zabrakło. Janusz Głowacki uważa, że datą graniczną jest wprowadzenie stanu wojennego. Wyjeżdżając w grudniu 1981 r. do Londynu na premierę "Kopciucha", zostawiał restaurację w najlepszej formie. Gdy wrócił po latach, SPATiF był pusty i martwy. Po 13 grudnia nikt nie miał już głowy do beztroskiego kawiarnianego życia, a dotychczasowi goście SPATiF-u zaczęli działać w konspiracji lub bez reszty poświęcili się swoim rodzinom.

- Nastąpiło pęknięcie - twierdzi Tomaszewska. - Z pewnymi ludźmi, którzy także pokazywali się w Alejach, nie mieliśmy już o czym rozmawiać.

- Bez wątpienia wszystko skończyło się wraz ze śmiercią Frania, w listopadzie 1987 r. - twierdzi Wałek. - Odszedł dobry duch, opiekun, człowiek, który w SPATiF-ie czuł się jak w domu. Na jego pogrzeb na cmentarzu służewieckim przyszły tłumy. Wielu ludzi znanych, aktorów, pisarzy i dziennikarzy. Jakiś przechodzień zaczepił mnie i pyta: - Panie, jakąś szychę tu chowają? - Szatniarza - odpowiedziałem z powagą.

Bohdanowi Tomaszewskiemu SPATiF kojarzył się przede wszystkim z Minkiewiczem. Jego miejsca przy stoliku nie mógł zająć nikt inny.

- Doskonale pamiętam nasze ostatnie spotkanie - mówi. - Staliśmy na rogu Miodowej i Senatorskiej, słuchając mszy w intencji umierającego prymasa Wyszyńskiego, która odbywała się w kościele św. Anny. Nagle Janusz spojrzał na mnie i powiedział: - Więc prymas umiera. A co będzie, jak się przekona, że tam nie ma nic? Pamiętam, że w głosie Janusza nie brzmiała zwykła ironia. Kto wie, czy po raz pierwszy nie czułem jego niepokoju?

Minkiewicz przeżył prymasa o jeden dzień. Umarł nagle 29 maja 1981 r. Tamtego dnia do Izabelli Tomaszewskiej podszedł w SPATiF-ie pan Franio. - Telefon do pani - powiedział. Zdziwiona podniosła słuchawkę. Dzwoniła jej przyjaciółka, krewna Minkiewicza. - Szukam cię po całej Warszawie - powiedziała. - Janusz nie żyje. Umarł godzinę temu.

- Musiałam mieć dziwną minę - wspomina Tomaszewska. - Kiedy odwieszałam słuchawkę, pan Franio zapytał: czy stało się coś złego? - Pan Minkiewicz nie żyje - odpowiedziałam. Wróciłam do stolika i wypiłam jakąś wódkę. Kiedy wychodziliśmy, pan Franio, podając mi płaszcz, płakał.

- Czy wraz ze śmiercią wielkiego SPATiF-u nie odeszła także przedwojenna warszawska inteligencja? Czy nie zagubiła się wtedy sztuka towarzyskiej konwersacji? - zastanawia się Bohdan Tomaszewski. - Przecież w SPATiF-ie przez kilka godzin potrafiliśmy rozmawiać z Artkiem Samborskim o van Goghu czy z Miniem o Gombrowiczu! Dziś podobna strata czasu zostałaby uznana za dopust boży! Poza tym ludzie mówią teraz zwykle o sobie. Czy są jednak na tyle interesujący, aby inni zechcieli ich słuchać?

- Obecnie pieniądze są leitmotivem towarzyskich spotkań. W SPATiF-ie nie były tematem - dodaje Izabella Tomaszewska. - Wtedy przyjemność sprawiała kawiarniana wymiana myśli. Dziś w dobrym tonie jest pokazać się w pewnych miejscach. Te sprawy należy rozróżnić.

Był SPATiF miejscem wesołej zabawy i mniej niż gdzie indziej skrępowanej wymiany myśli. Pośród rozmów, żartów i toastów młody prozaik pobierał naukę u mistrza, początkujący filmowiec słuchał rad uznanego operatora. W SPATiF-ie zrodził się z pewnością niejeden pomysł na felieton, opowiadanie czy film. Ale było to też miejsce, w którym alkohol zmarnował wiele talentów i gdzie rozwiewały się złudzenia. Dla sprawiedliwości i to dopisać należy do rachunku.

Bartosz Marzec
Rzeczpospolita
22 lutego 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk