Performerzy z Ukrainy w warszawskim CSW
Wystawa w Zamku Ujazdowskim pokazuje mało znany w Polsce aspekt ukraińskiej rewolucji -
kulturalny. Kiedy jesienią 2004 r. zaczęły się tam demokratyczne zmiany, na
powierzchnię wyszli też młodzi artyści. Grupa R.E.P. składa się z 20 osób; urodzili
się na przełomie lat 70. i 80., wykształcili w postsowieckich szkołach plastycznych i
kijowskiej akademii. Trwała jeszcze pomarańczowa rewolucja, kiedy w Centrum Sztuki
Współczesnej w Kijowie zrobili swoją pierwszą wystawę - własne dzieła razem z
tworzonymi na pl. Niepodległości nieprofesjonalnymi plakatami. Wykształcili własną
dojrzałą formułę sztuki akcji, którą określić można jako postdadaistyczną i
postideologiczną.
Znamienna jest nazwa - Rewolucyjnyj Eksperymentalnyj Prostir. Prostir - przestrzeń - to
słowo nieautorytarne. Przestrzeni mamy tyle, ile sami zajmiemy. Nie jest dana nikomu z
góry, nikomu nie można jej zabrać. Choć R.E.P. zrodził się wraz z rewolucją,
posługuje się innymi niż ona hasłami. Np. w 2005 r., w rocznicę rewolucji wyszli na
Majdan w białych kombinezonach z transparentami: "Każdy jest artystą" i
"Och! Kiedy będę sławny, kiedy to się stanie?", a obok tych cytatów nieśli
portrety ich autorów - Beuysa i Warhola. Na twarzach mieli maski, na głowie spiczaste
czapki jak członkowie Ku Klux Klanu lub ofiary inkwizycji.
R.E.P. - co widać na filmowej dokumentacji - budzi zdumienie, a czasem i wściekłość
przechodniów. Musi być też uznawany przez władze za niebezpieczny, skoro w 2005 r.
najpierw ich wybrano do reprezentowania Ukrainy na Biennale Sztuki w Wenecji, a potem
odwołano ten wybór i posłano do Wenecji Mykołę Babaka. Widziałam tę fatalną
wystawę w pawilonie ukraińskim - fotografie ukazujące wzruszające scenki z życia
dzieci na Ukrainie oraz filmowy zapis z pomarańczowej rewolucji.
Dokonując tego wyboru, władze zadeklarowały: dziś jest w cenie sławienie piękna
narodowej tradycji Ukrainy oraz jej demokratycznych zwycięstw, a nie kpina i anarchia.
Silne podkreślanie tożsamości narodowej na polu kultury i sztuki może oznaczać kryzys
w tej dziedzinie - państwo do tego stopnia niepewne jest swej tożsamości, że nie chce
się podpisywać pod czymś, co samo dopiero poszukuje definicji. Bo R.E.P. jest pytaniem,
a nie odpowiedzią. Prowokacją, a nie pocieszeniem. R.E.P. nie utwierdza. R.E.P.
podważa.
Przywołajmy inną akcję: wiosna 2006 r., są wybory, na ulicach trwa kampania polityczna
różnych partii, repowcy wychodzą na ulicę z własnymi ulotkami "Partii
R.E.P.". Obnażają w nich pustkę programów kulturalnych partii startujących do
parlamentu: "Dlaczego w programie żadnej partii nie ma pomysłu na kulturę, za to
wszędzie powtarza się słowo duchowość". Akcja kończy się tak, że przez ulice
Kijowa pędzi facet w białym kombinezonie na siwym koniu, powiewając biało-czarną
flagą. Rycerz kosmita, rycerz śmieciarz. Czy to nie kpina z idei narodowej?
Repowcy mają zdecydowanie mniej złudzeń niż polscy artyści po przewrocie '89. Mają
po 20 lat i już nie wierzą, że jeśli najpierw się zrobi rewolucję w ekonomii i
systemie władzy, to sztuka i kultura zreformują się same. Repowcy to rewolucjoniści
bez rewolucyjnych złudzeń.
W swoich performance'ach ubierają się na czarno i biało. To ostentacja i przekora, bo
nic naprawdę nie jest czarno-białe, ani nawet pomarańczowo-niebieskie. Niezależność
nie ma koloru jak powietrze, czyli przestrzeń. Politycy anektują kolejne pasma widma
słonecznego, artyści odmawiają gry w kolory.
"Interwencja" wystawa grupy R.E.P., CSW Warszawa, kuratorzy Jerzy Onuch i
Antonina Denysiuk, do 14 maja. W ramach Festiwalu Nowej Sztuki Ukraińskiej "24
hours. UA" odbędą się także w CSW: 9 maja performance Nazara Honczara, Jurija
Sznajdera i Myrosława Jahody, 10 maja performance Hanny Sydorenko i prezentacja magazynu
o sztuce "Koniec końcem".
Dorota Jarecka
Gazeta Wyborcza
4 maja 2006 |