I Festiwal Sztuki Mediów i Performance w
Bałakławie na Krymie, 4 - 7 sierpnia 2006
O tym, że kultura próbuje agresywnie zawłaszczać nowe pola dla swojej działalności,
wiadomo od dawna. Nie dziwi więc, że w końcu zaczęła wchodzić na obszary objęte
dotąd klauzulą bezpieczeństwa "TOP SECRET" - i to nawet za wschodnią
granicą Polski.
W pierwszych dniach sierpnia kilkunastu artystów z dziewięciu krajów świata spotkało
się w Bałakławie na Krymie na I Festiwalu Sztuki Mediów i Performance. Ukraiński
festiwal zaanektował nieczynny port sowieckich atomowych łodzi podwodnych. W tym
niegdyś ważnym ze strategicznego punktu widzenia miejscu twórcy m.in. z Ukrainy, Rosji,
Mołdawii, Niemiec, Anglii i Polski mieli okazję, idąc "ściśle tajnym"
tropem, nawiązać z nim kreatywny dialog.
Wymazana z mapy Bałakława była niedostępnym dla cywilów portem, w którym
stacjonowała flota czarnomorska. W wydrążonych wnętrzach góry Taurus, w olbrzymich
hangarach dla łodzi podwodnych wojska radzieckie przechowywały broń atomową.
Specyficzna estetyka portu narzuciła artystom, posługującym się takimi mediami jak
wideo, instalacja, animacja czy performance, konieczność dostosowania się: wszystkie
prace powstały dla konkretnego miejsca i grały z jego specyfiką. Widzowie zewsząd byli
atakowani sztuką, która zmuszała ich do rozszyfrowania jej sensu. Jakie prace
powstały? Przykładem dzieła site specific, a więc stworzonego specjalnie do miejsca, w
którym zostanie zaprezentowane, była praca "Black Box" autorstwa krakowianina
Aleksandra Janickiego.
Czarna skrzynka służąca do rekonstruowania tragedii i pomagająca wyjaśnić jej
okoliczności, konstruowana jest tak, żeby przetrwać katastrofę. Wbrew nazwie czarna
skrzynka nie jest wcale czarna. Jej obudowa pomalowana jest jaskrawopomarańczową farbą,
aby łatwiej było ją odszukać wśród szczątków. Janicki stworzył coś na kształt
rekonstruowanego obrazu echa, w którym słychać nie tylko odgłosy kroków, kapania
wody, zgrzytów czy tępego dudnienia stalowych instalacji. Dźwięk zharmonizowano z
obrazem - widz patrzy na dwie ściany, gdzie wyświetlany jest obraz podzielony na
dziewięć, sekwencyjnie zmieniających się pól.
- W mojej pracy wykorzystałem podwodne zdjęcia zrobione na wyjeździe płetwonurków na
początku lat 90. - opowiada artysta. - Tysiące detali, które się na nich znalazły,
doskonale opowiadały historię destrukcji tego miejsca. Na przykład flaszka, która
opadła na dno i sterczała prowokacyjnie, w pewnym sensie silnie ocierała się o pijacki
stereotyp zakorzeniony gdzieś w naszej świadomości. Wszystko to zostało wprzęgnięte
w strukturę monitoringową budynków pod specjalnym nadzorem. Moja instalacja została
umieszczona na zakolu, był to rodzaj leja, który dodatkowo wciągał widza i wzmacniał
efekt instalacji. W tę strukturę wpisałem również dźwięk, rozchodzący się mocniej
właśnie na zakolach - został nagrany w bunkrze, w którym wszystko gra, rusza się,
będąc żywą bazą dźwiękową.
W zamyśle autora "Black Box" miał być umysłem, który selekcjonuje
docierające do niego bodźce. To wszystko w zestawianiu z dramaturgią samego miejsca
dotyka strefy mitów, historii, przekłamań, zawirowań i manipulacji. Umysł odbiorcy
manipulowany przez artystę wybierał to, co dramatyczne. W dawnym sowieckim porcie
atomowych łodzi podwodnych manipulacja, tak charakterystyczna dla systemów
totalitarnych, nabierała szczególnego znaczenia.
Działania artystów, zainicjowane i zorganizowane przez berliński Lajstrygon e.V. -
niezależną organizację użyteczności publicznej, która wspiera wymianę kulturalną
między Niemcami i Ukrainą - powtarzały w nowy sposób wielowiekową inspirację Krymem.
Z jego bogatych tradycji czerpali pełną garścią Eurypides, Goethe, Racine, Mickiewicz.
W tym roku Krym znowu, po latach przerwy, wypłynął. Do tego otaczająca go aura
tajemnicy, również i tym razem pozostała.
Jakub Szufnarowski
Tygodnik Powszechny 36/06
4 września 2006 |