Felietony
_______________________________________________________________________________

Teatr życia i śmierci

Bruno Schulz, obok Witkacego i Gombrowicza jeden z największych polskich Artystów poprzedniego stulecia, całe swoje życie związał z Drohobyczem. Tam żył i tworzył, a sporadyczne, krótkotrwałe wypady do Paryża, Warszawy czy Krakowa traktował jako promocyjne, jak byśmy to dziś określili, eskapady.

 

           Zofia Nałkowska doceniając rękopis "Sklepów cynamonowych" zarekomendowała go do druku Jakubowi Mortkowiczowi, wydawcy "Roju", Izydor Schulz zapłacił za ekstrawagancję brata, i w ten sposób magiczna książka metafizycznego Bruna ujrzała światło witryn księgarskich, wzbudzając zachwyt co inteligentniejszych odbiorców. Schulz był obywatelem polskim, pisał po polsku i dla Polaków jest niekwestionowanym polskim Artystą, dla Żydów zdecydowanie żydowskim, mimo że z gminy żydowskiej się wypisał, Ukraińcy nie przypisują sobie jego narodowości, chociaż Drohobycz należy teraz do Ukrainy, ale też nie bardzo wiedzą co z tym fantem, rosnącej w świecie popularności Bruna zrobić. Dzisiaj z czystym sumieniem możnaby o Schulzu powiedzieć: światowy geniusz, ponieważ Jego twórczość przekroczyła granice wielu krajów i wszędzie zyskała gorących wielbicieli.

W każdym stuleciu, choć może nie w każdym pokoleniu i mieście pojawia się geniusz dzięki któremu to miasto zyskuje dodatkową tożsamość dla wierzących w moc Sztuki, i pielgrzymujących ku jej arcydziełom z całego świata. Co sprytniejsze miasta budują nawet wielkie muzea dla uznanych malarzy, niekoniecznie związanych z ich terenem, aby tylko otrzeć się o charyzmę dawno już nie żyjącego twórcy, a przy okazji zarobić niezłą kasę. Widać to się opłaca. Na świecie. Polskie przypadki jak zwykle wywracają logikę dziejów do góry nogami. Czy Zakopane potrafi wykorzystać fakt że żył w nim i tworzył, jeden z największych geniuszy, polski Leonardo da Vinci - Stanisław Ignacy Witkiewicz zwany przez przyjaciół Witkacym ? Chyba nie. Gdzie jego muzeum, gdzie trasa turystyczna: śladami Witkacego ? Na plus należy oczywiście miastu zapisać Teatr Witkacego, którego założyciel i dożywotni animator, dzielny Dziuk Pierwszy, troi się i czworzy żeby należyty dać rzeczy wyraz, ale jak to czasami z rzeczami bywa, nie zawsze chcą być wyraziste , a i z geniuszem trzeba delikatnie się obchodzić żeby go przypadkiem nie ośmieszyć, a już, broń Boże nie sprowadzić do zwykłego, komercyjnego wymiaru.

W Krakowie niby nie gorzej, Wyspiański jest, a jakby go nie było, muzeum owszem ma, ale żeby na co dzień poobcować z jego genialnymi dramatami, to już nie. Raz na jakiś czas, ktoś ściągnie do byłego, królewskiego miasta kilka przypadkowych Jego spektakli żeby przypomnieć że wielkim kiedyś był i tyle, a szkoda. Tylko niezmordowany Karol Kwiatek, jedyny, prawdziwy fan Wielkiego Wieszcza stworzył sam z siebie, czyli z własnej wewnętrznej potrzeby, stronę internetową:www.S.W.pl poświęconą Wyspiańskiemu, aby przypomnieć wszystkim zainteresowanym, że nie jest On nudnym akademikiem ale autorem dzieł w których pulsuje nie wyinterpretowana do końca prawda o nas samych, i naszym świecie, który stanie się za chwilę wspólnym światem wszystkich europejczyków.

"Świat jest Teatrem, Aktorami ludzie.." pisał wielki Szekspir, nie przeczuwając pewnie jak prorocze wypowiedział słowa i jak bardzo inspirujące dla następnych pokoleń.

Teatr Życia i Śmierci Bruno Schulza to Drohobycz. Tu się urodził 12 lipca 1892 roku, tu żył i tworzył, tutaj też zginął w "dziki czwartek" 19 listopada 1942 roku, zastrzelony obok parku, na ulicy Czackiego, dzisiaj Szewczenki, przez Scharfurera Karla Gunthera w "rewanżu" opiekującemu się Schulzem szefowi gestapo w Drohobyczu Feliksowi Landauowi, który zabił wcześniej "Guntherowskiego Żyda"- Lowę, dentystę z Drohobycza.

Jak twierdzi najwybitniejszy polski "schulzolog" Jerzy Ficowski podtekstem zbrodni była homoseksualna zazdrość. Czy to jeszcze prawda, czy już mitologizacja rzeczywistości ?
Ćwierć wieku temu Jacek Kleyff napisał o tym przerażającym wydarzeniu pieśń śpiewaną namiętnie przez ówczesnych młodych fanów Bruno Schulza:

"Dwóch skłóconych gestapowców / żyło w centrum Drohobycza,
Jeden miał swojego Loeba,/ Drugi miał swojego Schulza"
........
"Za to Bruno Schulz malował/ I potrafił wieść dyskusje,
Miał go drugi gestapowiec,/ Ot, stosunki międzyludzkie"
.......
"I niebawem znów się trochę / posprzeczali dwaj tajniacy.
No i potem ten od Schulza / zarżnął Loeba w ramach pracy.
Kiedy drugi się dowiedział,/Że zabili Loeba jemu,
Wnet dogonił w mieście Schulza / I zastrzelił go drugiemu."

Życie Sztuką, poprzez Sztukę i dla Sztuki wielkiego Artysty, to rzecz niezwykła i godna nieprzemijającej pamięci kolejnych pokoleń, to również wielkie zadanie dla mądrych strażników tej pamięci, zdających sobie doskonale sprawę z tego, że tyle nas, ile pamięci o nas. Takim polskim strażnikiem pamięci we Lwowie, profesjonalnym, fachowym i życzliwym, jest na pewno nasz Konsul Generalny Krzysztof Sawicki , który czyni wszystko co możliwe, a czasami nawet nieco więcej, aby nasze kulturalne, przyjacielskie więzi z Ukrainą nie ograniczały się tylko do kultywowania pamięci. Pamięć jest bowiem dla każdego pokolenia opoką, na której buduje swoją wizję świata, mitologizowanego lub nie, aby ją pozostawić potomnym. Artyści dokonują subiektywnej syntezy swoich lęków, uczuć, i odczuć, których wartość weryfikuje czas i przekształca w ogólnodostępne. Kiedy niedawno odnalazłem, po swojemu, wciąż fascynujący Teatr Życia i Śmierci Brunona -Drohobycz, w którym dzisiejsze życie gra swoje historie "małego realizmu", dotknąłem z ogromnym szacunkiem sceny, na której rozegrał się największy dramat poprzedniej epoki, dramat mitologizacji rzeczywistości w wymiarach

metafizyki i autentycznej, werystycznej wprost śmierci, dramat Brunowego Teatru, i Życia, w którym wygrało Życie ze wskazaniem na Śmierć. I ta ofiara, wielkiego Artysty, złożona Miastu i Epoce Zagłady, unieśmiertelniła ten Teatr. W Warszawie teatralni nagłaśniacze nadzwyczajnych, teatralnych koncepcji, cmokają nad kolejnym "Car-projektem" kontrowersyjnego twórcy nie najmłodszego już pokolenia, który rzucił Europę, czyli Avignon na kolana, swoim śmiałym rozdłubywaniem ludzkich podrobów, ze wskazaniem na mroczną, nie do końca rozpoznaną psychikę tychże. Najnowszy, teatralny projekt nie dotyczy żadnego Cara, jakby się mogło wydawać, znając jako tako, polski język, tylko samochodu, pędzącego przez miasto, w którym to samochodzie będzie odbywała się akcja? sztuki? podglądanej przez internet. Fascynująca, młodzieńcza zabawa, za nie swoje przecież pieniądze. Brawo bogate miasto, które funduje taką rozrywkę swoim rozpieszczanym, teatralnym dzieciom. Brawo dzieci, rozpieszczane przez piękne miasto, zwane niegdyś dumną Warszawą.

Teatr Życia i Śmierci w Drohobyczu, to projekt nie tak efektowny, jak "Car-projekt" w Warszawie, nikt nie będzie jeżdził tu samochodami, i nic się w nich nie zagra, a także nikt nie podejrzy tego w internecie, bo sieć telefoniczna tu słaba i często w ogóle wyłączają prąd, a inne łącza niepewne. Wystarczy natomiast przejść przepiękną ulicą Mickiewicza, dawna Szewczenki, którą chodził Bruno ze swojego domu na Floriańskiej, dzisiaj Iwana Drohobycza, wystarczy stanąć przed jego domem, może nawet zapukać do drzwi, które bardzo niechętnie uchyli obecna właścicielka, nienawidząca turystów, i hałasu robionego przez przyjezdnych wokół kogoś, kogo już nie ma, i kto dla niej ani bratem ani swatem, choć tablica na domu wskazuje że jest ważny i dla obecnych. Biedna, oburzona naszą Brunową fascynacją, żyjąca z cienkiej emeryturki właścicielka, nie rozumie że jej dom jest sceną, i należy już do Teatru Bruna, a w Teatrze można brać za bilety, w prywatnym nawet dyktować swoje ceny, bo jeżeli ktoś przejechał kilkaset kilometrów na niepowtarzalny, imaginacyjny niedostępny gdzie indziej spektakl, rozgrywany tylko tu, w magicznej Schulzowej przestrzeni, to chętnie zapłaci z dziesięć hrywien, albo i nawet da pięć dolarów żeby cofnąć się w czasie i samemu poczuć zapach sklepów cynamonowych, dotknąć miejsc naznaczonych obecnością Bruna, wyjrzeć z Jego pokoju przez okno, przez które On wyglądał na swoje podwórko, czy usiąść na chwilę na drewnianych schodkach od podwórza, na których On siedział na fotografii, tak niedawno przecież. To nic że schodków tych już nie ma, to jest przecież Teatr, a w Teatrze, jak wszyscy dobrze wiedzą, nie ma rzeczy niemożliwych, potwierdza to nawet wybitny krakowski scenograf, naznaczony Schulzem, Tadeusz Smolicki, zaangażowany duszą i sercem w Drohobycki projekt. Będą więc schodki z tylnej strony domu, będzie ten sam widok na tyły kamienic z ulicy Mickiewicza, będziesz Ty-Schulz i Twój Drohobycz na scenie Teatru Życia i Śmierci. Czy nie warte jest to pięciu dolarów? A obok, kilka przecznic dalej, na ulicy Tarnowskiego, dawna świętego Jana, stoi willa, w której mieszkał w czasie okupacji gestapowiec, wiedeński stolarz Feliks Landau, który wsławił się w czarny dzień pogromu, strzelaniem z balkonu do uciekających Żydów. Ten sam Landau chronił przecież Schulza, zlecił mu namalowanie słynnych dzisiaj, po aferze z ich wykradzeniem, fresków w kuchennej komórce, będącej niegdyś dziecięcym pokojem. Pani Kałużna dzisiejsza właścicielka mieszkania ma z nim same kłopoty, ciągle ktoś puka, chce wejść, obejrzeć wydrapane mury w komórce, postać przez chwilę w jej kuchni, jakby było co zwiedzać czy oglądać, na wszelki wypadek drzwi nie otwiera byle komu, poza władzami, i jest coraz bardziej nieuprzejma, niektórzy mówią niezrównoważona, ona też nie wie że znalazła się w Schulzowym Teatrze, i nikt jej do tej pory nie nauczył reguł teatralnego postępowania, a przecież biletów na swoją sekwencję spektaklu sprzedałaby dziennie sporo, nawet przyjmując optykę wczesnego Grotowskiego: gram tylko dla 30 widzów, zebrałaby niezły grosz, bijący na głowę jej skromną emeryturę, i byłoby na lekarstwa. A tak skończyło się na jednorazowej sprzedaży scenografii, czyli fresków Yad Vashemowi, i odtąd ta część spektaklu będzie do oglądania tylko w Izraelu. Ale od czego głowa Tadzia Smolickiego, nie takie kopie robią fachowcy w dzisiejszym Teatrze. A spektakl musi trwać. Na szczęście wybitny niemiecki dokumentalista, reżyser Beniamin Geissler który odkrył freski w willi Landaua, sfilmował cały proces ich odkrywania, w którym pierwszą szmatką tarła mury komórki, a jakże, zawsze piękna Agnieszka Kijowska, konserwator zabytków naszego Ministerstwa Kultury. Ten film byłby odrębną sekwencją spektaklu w Teatrze Bruna, w czasie projekcji zagrałby osobiście na skrzypcach Alfred Schrayer, jedyny żyjący w Drohobyczu autentyczny uczeń Schulza, pamiętający dobrze swojego Mistrza. Czy ten Projekt-Schulz nie jest gotowym hitem, na który Amerykanie, gdyby Schulz był ich człowiekiem, wyłożyliby odpowiednią kasę, a na promocję dołożyliby drugie tyle? A przecież niedaleko rynku zaczyna swoje mityczne życie Ulica Krokodyli, któż by tam nie chciał znależć się po zmroku z książką Schulza w ręku.

No i miejsce przerażającego finału, dawna ulica Czackiego, metr od schodków prowadzących do parku, stałem tam, w miejscu gdzie zginął i czułem to, co mógł czuć w chwili śmierci, czułem to, bo byłem tam, w Teatrze Śmierci Schulza. Ale ja przeżyłem... Znakomity dziennikarz "Rzeczpospolitej" Jan Bończa-Szabłowski i równie utalentowany, choć młodszy stażem Maciej Starczewski z TVN24 kończyli nasz spektakl w Teatrze Życia i Śmierci sesją fotograficzną ,której plon zaowocuje w Warszawie i wielu innych miastach Polski wystawą "Drohobycz bez Schulza".

Bruno, to jest wyraz mojej miłości i mojej Pamięci. Kochamy Cię

Andrzej Maria Marczewski
Nowe Mazowsze 02/03
5 lutego 2003


INDEX WYDARZENIA RECENZJE TEATRY
Opracowanie Stowarzyszenie Teatralne TESPIS

mk