Rozmowa z Michałem
Znanieckim, znakomitym reżyserem operowym i dramatycznym, pedagogiem, który zasłynął
jako najmłodszy, 24-letni reżyser debiutant w mediolańskiej La Scali.
"Napój miłosny" pokazał Pan w czerwcu 2007 roku na
wrocławskiej Pergoli. Czym od tamtej premiery będzie różnić się spektakl wystawiony
23 stycznia na scenie Opery?
Przeniesienie inscenizacji z 200-metrowego pleneru do zamkniętej przestrzeni to
najwspanialsze zadanie dla reżysera. Z poprzedniego "Napoju..." zachowam to, co
najważniejsze, czyli zetknięcie światów i ich konflikty. Bardziej skupimy się na
szczególe i psychologicznych prawdach. W libretcie akcja toczy się w Hiszpanii, ja
przeniosłem konflikt w lata 40. zeszłego wieku, w świat wojny domowej, generała Franco
i partyzantów. Pergolę przypominam w pierwszej scenie "teatru w teatrze".
Grający w nim artyści są zaangażowani w partyzancką walkę przeciwko Belcore i jego
żołnierzom. Opowiadam historię o kolaboracji. Przecież Adina, żeby się zemścić,
wychodzi za mąż za wroga.
Pracując nad "Cosi fan tutte" odwiedzał Pan wrocławskie kluby, żeby
złapać ich klimat i przenieść na scenę Opery. "Napój..." wymaga podobnych
zabiegów?
Do Wrocławia przyjechałem z Madrytu, gdzie na koniec roku wystawiłem operę
"Dziennik zaginionego" Leosa Janacka. Podróż po Hiszpanii na pewno pomogła mi
w uzyskaniu kolorytu. Byłem też w Argentynie, w okolicach Boliwii. Spotykałem prostych
ludzi, wyznających zasady moralne i wartości, których w Europie już nie ma. Znowu
sięgnąłem do książek Hemingwaya. W małym hiszpańskim miasteczku widziałem
zamknięte na cztery spusty, nieczynne więzienie. Mieszkańcy opowiadali mi, że za
Franco byli tam torturowani partyzanci, a oni jako dzieci omijali to miejsce, bo bali
się, że w pobliżu straszy. I do dzisiaj niechętnie tamtędy przechodzą.
Mieszka Pan i pracuje we Włoszech, w których światowy kryzys był odczuwalny już
co najmniej rok temu. Kulturę zawsze dotyka brak pieniędzy. Jak dziś pracuje się we
włoskich teatrach?
Kryzys dziwnie został uznany za pewnego rodzaju uzasadnienie wszelkich kłopotów. Łatwo
powiedzieć: "kasujemy zapowiadaną produkcję, bo jest kryzys". Miałem
podpisaną umowę na powstanie "Włoszki w Algierze", która po prostu została
zdjęta. W zeszłym roku wszystkie teatry, od najmniejszych po La Scalę, zlikwidowały po
jednej produkcji, bo ministerstwo zabrało sporo z zapowiadanych pieniędzy.
Jak to przyjmują Włosi?
Lubią tragedię, ale ostatnio wszystkie kłopoty są drastycznie rozwiązywane, bo
premierem został wybrany Silvio Berlusconi, który ma naprawdę wielką władzę,
medialną i ekonomiczną. Jest bezkarny i w ogóle się z tym nie kryje. To znak, że
Włosi wolą dyktaturę niż wolność i pełną odpowiedzialność.
Obawia się Pan, że nie będzie miał co
robić? W dobie kryzysu szczególnie się Pan stara?
Zawsze się staram. Moim problemem jest brak umiejętności sprzedania się, autopromocji.
Zanim zostałem poznany jako reżyser w Polsce, na świecie zrobiłem sto spektakli. I
uważałem, że jeśli ktoś się tym interesuje, to się dowie o moich nagrodach i
uznaniu. Wróciłem do Polski późno, teraz mogę tu pracować i bardzo mnie to cieszy.
W Hiszpanii, gdzie mimo kryzysu artyści są bardzo szanowani, odnalazłem kreatywny spokój.
Hiszpanie rozumieją, że opera może przyciągnąć uwagę turystów, mediów i jest
bardzo ważna. I najlepiej na świecie płacą. Pracuję tam nad dwoma projektami w Bilbao
i nad dwoma w Sewilli, w przyszłym roku wracam do Madrytu, mam plany pracy do 2015 roku.
Doceniono moją etykę zawodu, składam projekty rok wcześniej, do czego np. wiele
polskich teatrów nie jest przygotowanych, bo mają tyle innej pracy, że nie są w stanie
pomyśleć, co będzie za rok.
Ale kupiłem też mieszkanie w Buenos Aires, przenoszę się tam. I marzę o pracy w
Teatro Colón.
Ciekawe ma Pan podejście do życia: wie Pan, że Hiszpania płaci najlepiej, ale
jedzie do Argentyny, która przeżyła ekonomiczny krach.
Do dziś tam nie płacą wcale albo prawie wcale. I mają wielki kompleks, bo kiedyś byli
pierwszą klasą ekonomiczną, ale zostali trzecim światem. Czeka na mnie remontowany
Teatro Colón. Ma być oddany za trzy lata, to przepiękna opera. Jadę tam, bo w
Argentynie mogę być sobą z moją nadenergią i nikt się temu nie dziwi. To taki powrót
do studenckich czasów: biednie, ale kreatywnie. Tam moje podejście do rzeczywistości
uważa się za normalne.
Jest miejsce na Ziemi, które nazywa Pan domem?
Mieszkałem w Warszawie, Brukseli, Bolonii, Mediolanie, Nigerii. W Turynie mam dom z
widokiem na Mont Blanc. Co miesiąc zmieniam miejsca pracy. Nie ma takiego miejsca, do którego
wracam.
Nawet Turyn?
Właśnie nie, choć są tam moje książki. Dom został zbudowany na moją miarę:
leworęcznego Polaka, wysokiego na 185 cm. Ale choć wymyśliłem jego kolory, wszystko,
co w nim jest, nie wróciłem tam od dwóch lat. Dziś, myśląc "dom", myślę
o Argentynie. I ludziach, których tam spotkam.
Ma Pan niespokojną naturę poszukiwacza.
Szukałem absolutu na całym świecie: w Azji, Afryce, Australii, Nowej Zelandii.
Szukałem go w naturze, religii, a może bardziej w miejscach, które mogłyby dać mi
kopa i uświadomić, dlaczego jestem na Ziemi. Dopiero w Argentynie znalazłem "TO
COŚ" w ludziach, którzy potrafią słuchać. Taksówkarz nie ruszy, póki nie dowie
się, skąd jesteś, ile masz lat i co robisz. Zawsze mówię, że jestem nauczycielem, bo
jeśli ktoś nie jest naprawdę zainteresowany rozmową, po takiej ogólnikowej informacji
odpuszcza. Taksówkarz pyta, czy uniwersyteckim, czy licealnym, a dowiedziawszy się, że
uczę prosemiki, pyta, czy bardziej antropologicznie, czy semiologicznie.
W Argentynie znalazłem miejsce, gdzie chcę być pochowany. I lodowiec, na którym
powiedziałem w wieku lat 38: "Bóg istnieje". Takie proste zdanie kosztowało
mnie tyle lat poszukiwań. Odkryłem, że tajemnica jednak istnieje. I zdziwiłem się, bo
przecież byłem zblazowanym gówniarzem, który jeździł po świecie. I nic już nie
robiło na nim większego wrażenia, ani ludzie, ani wszędzie takie same sklepowe marki.
Studiował Pan u Umberto Eco. Czego się
Pan od niego nauczył?
Nie nauczyłem się pokory, czyli tego, co było mu potrzebne, żeby przeżyć na
uniwersytecie. Był znienawidzony przez zawistnych profesorów. I w końcu zniszczony.
Musiał odejść z uniwersytetu. Tego powinienem się od niego nauczyć: im bardziej
jesteś na szczycie, tym bardziej ludzie chcą ci dokopać.
Żal Panu Teatru Wielkiego w Warszawie, z którego musiał Pan odejść?
To dyrektorowanie Teatrem Wielkim - Operą Narodową było wypadkiem, a nie to, że
przestałem pełnić tę funkcję. Byłem na małym szczycie w polskim świecie teatralnym
i nagle ludzie, którzy mnie lubili, cenili i szanowali, z dnia na dzień zaczęli
nienawidzić. Podchodziłem do tego pogodnie, wiedząc, że to jest normalne w polskich i
włoskich warunkach. To uratowało mi życie; spadając ze szczytu, nie uznałem tego za
upadek. Dopóki mogłem, dobrze wykonywałem swoją robotę i to zostało docenione przez
zespoły teatru, innych dyrektorów w Polsce i za granicą. Jeśli chodzi o ludzki wymiar
Opery Narodowej, jestem zwycięzcą. To było ważne, bo zawsze chciałem rozmawiać z
ludźmi, nie z instytucjami. A że straciłem tymczasowy dom artystyczny, to zawsze boli,
ale jestem gotowy do dalszych wyzwań.
Nowej dyrekcji zależy, żebym dalej współpracował z teatrem, w kwietniu wystawię
"Lukrecję Borgię". Jeszcze jako dyrektor zacząłem wiele projektów
koprodukcyjnych, nad którymi teraz pracujemy razem.
W połowie grudnia w wypadku samochodowym zginęła Pana Matka, znana aktorka Wanda
Koczeska. Czego nauczył się Pan od mamy?
Mama powiedziała, żebym nigdy nie przyjeżdżał na jej pogrzeb, jeśli mam premierę. I
to jest metafora mojego wychowania, jeśli chodzi o etykę pracy, teatru, którego już
nie ma. Mama grała 250 wieczorów w roku i chyba w całej swojej zawodowej historii nie
odwołała żadnego spektaklu. Pracowała nawet ze złamaną nogą. Dla mnie to jest
norma. Wymagam, żeby pracować w nocy, więc są ludzie, którzy patrzą na mnie jak na
dyktatora. Ale Placido Domingo tego wymagał ode mnie i to jest dla mnie normalne: jeśli
potrzebna jest próba od północy do piątej rano, trzeba próbować. Mama nauczyła mnie
dyscypliny, rozmowy z aktorem, nie narzucania mu czegoś, tylko rozmawiania.
Wanda Koczeska grała w Pana spektaklach. Będzie Jej Panu brakowało także zawodowo.
Pamiętam, jak na próbie "En Attendant Chopin" w Dublinie recytowała
"Precz z moich oczu", a my wszyscy zaczęliśmy płakać. Mówiła po polsku,
więc tylko ja rozumiałem tekst, ale płakały wszystkie aktorki - Włoszki, Francuzki,
Angielki. I uczyły się od niej klasy i wrażliwości. Teraz odwołuję spektakle
"En Attendant Chopin", które miały być grane w Hiszpanii. Nie wyobrażam
sobie tego bez niej.
Praca jest lekiem na wielki smutek?
Była lekiem na stosunek matka - syn, bo, będąc ciągle za granicą, na pewno
straciłbym kontakt z mamą. Wyjechałem z domu w wieku 18 lat, a takie oddalenie sprawia,
że naprawdę nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnych kodów. Konsekwentna współpraca
co roku utrzymała nas w zdrowym i przyjacielskim związku. Oczywiste, że praca może
być lekiem. W grudniu byłem w Madrycie, policja nie zawiadomiła mnie o śmierci mamy,
sam to odkryłem. Przyjaciele i współpracownicy w Madrycie otoczyli mnie niesamowitą
opieką, mogłem doprowadzić spektakl do premiery. A potem trzeba było sobie to wszystko
emocjonalnie poukładać.
Mama umarła piękna, we wspaniałej formie.
I fizycznej, i psychicznej, tak, jak chciała. Na jej pogrzebie Magdalena Nowacka
zaśpiewała "Casta Diva", bo mama, jak się okazało, kiedyś ją o to
poprosiła. Wszystko było tak, jak to sobie wyobraziła: odeszła wśród ludzi, których
kochała, gotowa do nowych wyzwań i pełna energii. Oczywiście, to był szok dla
wszystkich bliskich, szczególnie że stało się to przed samymi świętami, które mieliśmy
spędzić razem w Madrycie. Teraz wiem, że codziennie na próbie muszę spotkać sto osób
i nie mogę się załamać. Nie dlatego, że mi nie wybaczą, ale ponieważ mama nauczyła
mnie, że próba jest ważniejsza od naszych wewnętrznych problemów. Potem pojadę na
wakacje i prawdopodobnie usiądę i będę płakał, i bardzo dobrze, bo człowiek musi
się wypłakać.
Dlaczego Pan wyjechał z Polski?
Bo dostałem bardzo dobrą propozycję pracy w Telewizji Polskiej. Bałem się, że
stracę teatr, wejdę do Telewizji i ona mnie pochłonie. Mój ojciec, Maciej Znaniecki,
był dziennikarzem telewizyjnym, siedział w tej telewizji całą dobę. Bałem się
podobnego życia. Powiedziałem sobie, że jeśli nie ucieknę natychmiast, to nie będę
reżyserem, czego chciałem, odkąd skończyłem 10 lat. Pojechałem na uniwersytet do
Umberto Eco, żeby przygotować się do studiów reżyserskich w Warszawie na PWST, które
były wtedy podyplomowe. Rok później dostałem się na reżyserię do szkoły Giorgia
Strehlera.
Drugą przyczyną wyjazdu było nazwisko, miałem dzięki niemu wiele możliwości.
Chciałem być sobą, a nie czyimś synem. We Włoszech nie miałem pozwolenia na pracę,
dostałem się na studia w obcym języku, musiałem się utrzymać. Było mi to potrzebne:
totalny nikt, ciężko pracujący, dostałem się do La Scali jako bileter, w końcu
reżyser, a potem wróciłem tam jeszcze trzy razy, uznany za największy młody talent.
Jest Pan bardzo silną osobą.
Z mamą dużo rozmawialiśmy o śmierci, bo zawsze byłem przekonany, że odejdę
pierwszy, żyjąc na wielkich obrotach. Dawno temu lekarze przepowiedzieli, że będę
żył krótko. I to mi dało takiego czadu, że zasuwałem, żeby zdążyć ze wszystkim.
Wszystko, co do tej pory robiłem, robiłem z całą zachłannością na życie, poznanie
drugiego człowieka, poznanie siebie samego bez znieczulenia i zawsze z dużą dozą
ryzyka. Tak jest przy każdej premierze w teatrze, który jest moją prawdziwą pasją. I
to dodaje mi siły. |