Teatr piórem Temidy
Myślę, że najistotniejszym elementem interpretacji "Romulusa Wielkiego" w ujęciu
Krzysztofa Zanussiego jest - szkoda, że tylko przez chwilę - odniesienie konającego
cesarstwa rzymskiego do współczesnej, chorej na brak wartości Europy. Chorej zresztą
na własne życzenie. No bo skoro tak łatwo chrześcijańska z korzeni Europa wyzbywa się
podstawowych wartości budujących jej tożsamość, a w prostej linii wywodzących się
przecież z Dekalogu, to czegóż można oczekiwać prócz upadku aż na samo dno. Choć,
prawdę mówiąc, walka o wartości jeszcze nie została tu całkowicie przegrana. Preambuła
w traktacie konstytucyjnym odwołująca się do Boga wprawdzie nie przeszła, ale i sam
traktat nie został przecież dotąd przyjęty. Niemniej rozmaite nurty nihilistyczne
wyniszczające kulturę ogarniają Europę niczym wirusy odporne na antybiotyki.
Najbardziej podatną przestrzenią na działanie postmodernistycznych prądów jest właśnie
teatr jako sztuka najbardziej spektakularna spośród wszystkich innych. O tym, jak silne
jest jej oddziaływanie na formowanie się osobowości intelektualnej, estetycznej, a także
moralnej, zwłaszcza młodych widzów, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Wystarczy pójść
do teatru i zobaczyć, jak reaguje publiczność na prezentowaną tam miernotę ubraną na
przykład w wyszydzanie Kościoła, naigrawanie się z patriotyzmu etc. Nierzadko widownia
reaguje śmiechem i brawami. I to jest właśnie owo największe zagrożenie:
bezrefleksyjna postawa widzów. Na szczęście nie wszystkich. Szkoda, że Krzysztof
Zanussi jedynie śladowo dotknął owego problemu upadającej Europy i nie rozciągnął
na całość przedstawienia jako motywu dominującego.
W "Romulusie Wielkim" szwajcarski dramaturg, Friedrich Dürrenmatt, 60 lat temu
- wprawdzie w innym kontekście historycznym, a więc i w pewnym sensie znaczeniowym -
zawarł ów niepokój wywołany odejściem od wartości podstawowych. To był czas świeżych
jeszcze ran po nieodwracalnych zniszczeniach dokonanych przez niemiecki nazizm. Właśnie
"Romulusem Wielkim" próbował wówczas Dürrenmatt dokonać swoistego
rozliczenia z nazizmem. Dziś aktualność tamtych rozliczeń pewnie niewielu by
interesowała, zwłaszcza jeśli chodzi o młode pokolenie, dla którego druga wojna światowa
to zamierzchłe czasy historyczne ich dziadków czy nawet pradziadków. Ale formuła
sztuki Dürrenmatta, poprzez usytuowanie zdarzeń w antycznym Rzymie, jest na tyle pojemna
i uniwersalna, że można w nią wpisać każdy czas historyczny. Dürrenmattowski Romulus
to postać autentyczna, tyle że artystycznie przetworzona przez autora. Prawdziwy Romulus
Augustus był ostatnim cesarzem Imperium Romanum, panował niespełna rok i - podobnie jak
ten ze sztuki - także hodował kury. Dziś powiedzielibyśmy, że był nastolatkiem, miał
16 lat. Z tronu usunął go wódz germański Odoaker. Romulus, osadzony w swoim majątku w
Kampanii, spędził tam resztę swego życia. Koniec jego panowania to zarazem koniec
cesarstwa rzymskiego i cezura między starożytnością a średniowieczem. Dürrenmatt zaś
swojemu Romulusowi dał aż dwadzieścia lat panowania, a parodystycznie potraktowany
temat antyczny jest tu tylko figurą metaforyczną.
W stałej, "skrótowej" scenografii, umownie nawiązującej do wnętrza willi
cesarza, toczy się akcja przedstawienia Krzysztofa Zanussiego. Postaci wchodzą, wychodzą,
niewiele siadają, bo nie bardzo jest gdzie. Wszystko ma się rozgrywać między
bohaterami, głównie w warstwie słownej. Mówi się sporo, działa się o wiele mniej.
To ostatni dzień panowania cesarza, za chwilę wkroczą do pałacu wojska germańskie i
przejmą panowanie nad cesarstwem. Całe otoczenie, ministrowie biegają w popłochu i
informują cesarza, że barbarzyńcy są tuż-tuż. Tymczasem Romulusa (Janusz Gajos)
bardziej interesuje to, czy jego kury zniosły jajka. Wszystkie mają imiona historyczne -
cesarzy, a nawet jedna została nazwana imieniem Odoaker. I ta właśnie znosi najwięcej
jaj. Przez dłuższy czas widz nie wie, co naprawdę jest motywem dziwnego postępowania
cesarza, który nie reaguje na zbliżające się nieszczęście. Dopiero później, w
rozmowie z żoną Julią, obnaża swoją idée fixe. Nie zamierza ratować Rzymu, którego
potęga została zbudowana na przemocy, terrorze i krwi pokoleń podbitych ludów, lecz
przeciwnie - doprowadzić do jego upadku. A tym samym do moralnego wyzwolenia. "Zostałem
cesarzem, bo nie widziałem innego sposobu na obalenie cesarstwa rzymskiego" - mówi
w kluczowej, dość ostrej rozmowie z żoną Julią (Ewa Wiśniewska). Tak więc tutaj -
odwrotnie niż bywa zazwyczaj - "nie ginie bohater za sprawą epoki, lecz epoka za
sprawa bohatera".
Kim tak naprawdę jest ów cesarz? Czy tylko mało rozgarniętym hodowcą drobiu. Janusz
Gajos ma niemałą listę poprzedników w tej roli, która wymaga wybitnego aktorstwa.
Romulusa można różnie zinterpretować. Jan Świderski grał cesarza, który przede
wszystkim pragnie żyć w spokoju, uwolnić się od władzy, której nie znosi. Gustaw
Holoubek zaś nadał swemu Romulusowi znamiona cynicznego filozofa i z tej perspektywy
oceniał sytuację. Janusz Gajos niejako "ociepla" tę postać. Jest łagodny
(wyjąwszy groteskową scenę bójki z żoną), spokojny mimo zagrożeń, z uśmiechem
dystansu przyjmuje dziejowe wydarzenia. Jednak chwilami aktor sprawia wrażenie nie do końca
zdecydowanego, w jakim kierunku ma grać tę postać: czy bardziej z dystansu, cynicznie,
komediowo, czy intelektualnie...
Natomiast aktorskim grzechem większości obsady jest przerysowanie postaci, w czym góruje
Aleksander Mikołajczak jako minister spraw wewnętrznych, Piotr Kozłowski w roli cesarza
wschodniego Rzymu (po co ten akcent z tym kresowym "zaciąganiem") czy wreszcie
Szymon Kuśmider jako barbarzyńca germański Odoaker wrzeszczący swoje kwestie po
niemiecku. No ale tu nie bez winy pozostaje reżyser. Także i w kwestii nachalnego
uaktualnienia tekstu przez wprowadzenie doń zwrotów w stylu: "emerytura
pomostowa", czy sceny palenia akt z dopowiedzeniem, iż przyszli historycy będą
mieli znacznie ciekawsze źródła informacji (chodzi o IPN). Nie widzę też potrzeby
napisu na tarczy żołnierza: "spieprzaj dziadu" czy umieszczenia w kurniku kury
podobnej do kaczki itp. To żenująco zaniża poziom spektaklu, a uniwersalne i mocne Dürrenmattowskie
przesłanie zamienia na niewybredny, doraźny kabaret. A na początku wydawało się, że
oto mamy do czynienia z ukazaniem pewnej diagnozy naszych czasów. Szkoda.
"Romulus Wielki" Friedricha Dürrenmatta, reż. Krzysztof Zanussi, scenog. Ewa
Starowieyska, ruch scen. Emil Wesołowski, Teatr Polonia, Warszawa. |