Dobry cud sprawił,
że nie zaśpiewałem: "Babciu, droga babciu, bój się Boga, co też ty w
Transylwanii porabiasz?!" Trwał prolog wyreżyserowanego przez Artura Tyszkiewicza
"Draculi" Brama Stokera, trzecia, może piąta minuta. Krzysztof Piątkowski,
grający coś tam, skończył mówić sobie coś tam (jak się okaże, wszyscy artyści
grać będą coś tam i sobie coś tam mówić będą), po czym jakaś tam cisza zapadła
i w niej nagle - dwie starowinki na zydlach jaśnieją.
Oczom nie wierzę! Maciej Jackowski w czarnej chuścinie i takimż toczku nad zatroskaną
buzią - moja babcia Katarzyna, jak żywa! Jedzie pociągiem przez Karpaty! Jak wtedy, gdy
z jajami w koszu na targ spod Myślenic brnęła! Tak, nie zaśpiewałem pieśni
zdumienia. Nie zapiałem, ale też dumny byłem. W końcu świętej pamięci Katarzyna na
dużej scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego - to wiekopomny awans społeczny.
Domknięcie legendy Starego Wiarusa Solskiego legendą Starej Babci Katarzyny - nie w
każdej rodzinie zdarzają się takie wzloty. I dobrze, zacnie, tyle że... Po jakiego
diabła mianowicie?
Dziś już wiem. Draculę" Tyszkiewicza do końca swojego wysiedziałem - i pewność
mam. Otóż, jeśli po tygodniu mordęgi ktoś nie ma - jak Tyszkiewicz - żadnego
pojęcia, co robi, o czym ma z aktorami gadać, do czego kompozytora, scenografa,
choreografa i speca od świateł nakłaniać, słowem, jeśli ktoś ni me, ni be - to
usilnie kombinuje, jak by tu w miarę nie głupio na fundamentalne pytanie: po co się
wydurniam? - odpowiedzieć. Otóż - wiem niezbicie, po co Dracula" się narodził.
By zbadać podróżnicze drzewko genealogiczne rodziny Głowackich herbu Szkło! Po to! By
pokazać światu karpacki konar globtroterstwa mej babci Katarzyny! Uwaga: to nie jest z
mej strony megalomania krańcowa. Po prostu - nie ma dla dzieła Tyszkiewicza innego
usprawiedliwienia.
Rzecz jasna, ze strony wujów mych: Józefa i Antoniego, dziękuję Tyszkiewiczowi za
trud, ale nie mogę też nie skarcić go za nadgorliwość. Na Boga, po diabła tyle
zachodu? Gruby szmal na światła tajemne i groźne niczym mruczando: stary niedźwiedź
mocno śpi..." Muzyka ciemna ciemnością osmolonego w ogniu szpica osinowego kołka.
W poetyce pensjonarskich teatrzyków grozy puszczane zza kulis dymy, których wciąż
niestety za mało, więc niestety wciąż wszystko widać. Aktor Szajnert w bladym sitowiu
na zdezorientowanej czaszce. Aktor Bauman jako łysy hrabia Vlad Dracula, bez opamiętania
raczący nas dźwiękowym tikiem biedaka gnębionego kolką wątrobową. Albo aktor
Rokita, który śpiewając, jest chłopięciem przez matkę na przedszkolny bal maskowy
przebranym za fikuśnego diobełka". Co jeszcze?
Choćby ten głęboki numer inscenizacyjny: różne osoby spod sceny wyjeżdżają na
fachowych podnośnikach! Niebywałe! Nie ma ich - a naraz są! I wtedy, drogi reżyserze,
na widowni rodzi się tęsknota. Gdyby tak zamiast umordowanego tragika - zmrożona
flaszka dla nas wyjechała? Hę? W końcu nie od dziś wiadomo: w krytycznych chwilach -
gdy księżyc w pełni, a do nocnego daleko - nie tylko krew wprost z tętnic szyjnych
młodych dziewic pita, stawia człowieka na nogi.
Dajmy spokój reszcie. Jest oto generalnie tak: mocarny mechanizm teatru i literatury
zaprzęgnięto do udowodnienia, że moja babcia Katarzyna wieki temu jechała z jajami
przez Transylwanię i drżała, bo słyszała, że bilety czasem sprawdza konduktor Vlad
łysy jak szyja. Dajmy spokój reszcie, bo jeśli cała reszta, ściślej mówiąc
wszystko, w każdym paśmie reżyserskiej roboty, jest u pana, drogi Tyszkiewiczu, iście
babilońskim nadmiarem czosnku - to mówić naprawdę nie ma o czym. Poza jednym. Poza
radą na przyszłość.
Zamiast mianowicie czosnkować czcigodny gmach teatralny koszmaronem, co nie jest ani
poważny, ani niepoważny; ani dojmujący, ani groteskowy; słowem, ni śmaki, ni owaki
jest, albowiem w ogóle go nie ma - czy nie lepiej było mnie zapytać zawczasu? No
przecież uspokoił bym pana. Katarzyna, owszem, lubiła się wałęsać, ale tylko po
okolicznych polach. Żadne Karpaty. Tylko ziemia na obrzeżach Olszanicy. To były jej
demony. Ot, lubiła w kwietniu sprawdzać jakość kłosów. I owszem, mięso też
lubiła, kurze udka - wręcz pasjami. Ale nigdy na surowo. Zawsze z patelni. A nuty
czosnku w jej rosołach były subtelnością, której musi się pan jeszcze długo uczyć. |