Rozmowa z Natalią
Korczakowską, reżyserką "Pasażerki" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym,
o anarchii, tekstach Szekspira i składaniu siebie z kawałków
Katarzyna Kamińska: Twoja wizja powieści "Pasażerka" Zofii Posmysz,
więźniarki Auschwitz, jest daleka od filmu Andrzeja Munka o tym samym tytule.
Natalia Korczakowska: On nakręcił materiał retrospektywny, mnie interesują napięcia
wynikające z sytuacji na statku, gdzie dzieje się akcja. Ta powieść to świetny tekst
dla teatru, rzadko spotyka się tak przejmujące historie - współczesne, świeże,
niewymarłe.
Dotykasz bardzo poważnych tematów: podporządkowania jednostki systemowi, terroryzmu, śmierci,
powierzchowności naszego życia. Proste opowieści o miłości nie kręcą Cię?
- W teatralnym świecie, który tworzę, zawsze widzę przede wszystkim żywego człowieka.
W "Pasażerce" fascynuje mnie motyw małżeństwa Waltera i Lizy, bo miłość
to - w rozumieniu Giorgio Agambena, włoskiego filozofa, autora między innymi książki
"Co zostało z Auschwitz" - stan wyjątkowy; kochając się z kimś nie możemy
zachować godności. W małżeństwie Waltera i Lizy z jednej strony zaczyna się kryzys
wynikający z życia w kłamstwie, z drugiej, budzi on bardzo czyste i niedyktowane
normami, emocje.
"Stan wyjątkowy" to sformułowanie, które pojawia się
bardzo często w inscenizacji "Pasażerki", którą przygotowałaś w Teatrze
Współczesnym we Wrocławiu.
- Staram się go postrzegać jak najszerzej. Nie chcę się ograniczać do jałowych społeczno-filozoficznych
dywagacji. Rozumiem go jako zamkniętą przestrzeń statku, na którym rozgrywa się
historia Zofii Posmysz. Zawieszone zostają na nim prawa, które przysługują ludziom w
demokracji. Przysługują przynajmniej w teorii, bo mówi się, że stan wyjątkowy w
demokracji istnieje, ale w ukryciu. Są nim np. wszystkie obostrzenia, które nas dotykają
po atakach terrorystycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach.
Ale jak to się ma do Twojego spektaklu?
- Przestrzeń statku, którą tworzę, jest fikcyjna - to nie jest ani typowy statek, ani
obóz koncentracyjny. Przyglądam się sytuacji, w której prawo jest tak ostre, że
wyniszczające. Stanu wyjątkowego zaczęłam szukać wszędzie: wzięłam podręcznik
savoir-vivre'u i zdałam sobie sprawę, że mam w głowie dwadzieścia stron tych reguł i
stosuję się do nich. W takiej samej sytuacji stawiam Lizę, byłą faszystkę, która w
czasie wojny krzywdziła innych w myśl prawa, a teraz to prawo mści się na niej na każdym
kroku. Zastanawiam się, czy podobnie jak w Auschwitz, gdzie zbrodnie poparte były
prawem, współcześnie też nie istnieją prawa pozwalające jednym ludziom krzywdzić
innych.
Na scenie zobaczymy sceny z obozu koncentracyjnego?
- Nie odtwarzam dosłownej obozowej rzeczywistości, bo czuję, że nie mam dostępu do
autentycznych świadectw. Szukam analogii do sytuacji w obozie i przekładam ją na
rzeczywistość tego statku. Wiem, że na mój spektakl mogą przyjść ludzie, którzy
przeżyli obóz koncentracyjny i nie chcę wchodzić w ich życie z butami. Nie jestem w
stanie zrozumieć tego, co przeszli, z drugiej strony Agamben uzmysławia nam, że świadomość
tego, co się tam wydarzyło, wymiera. To nie jest obecnie "modny" temat, więc
tym bardziej warto go poruszyć.
Dajesz sobie prawo do błądzenia?
- Muszę, ktoś, kto go sobie nie daje, jest artystą martwym. Trudno jest mi walczyć z
pasją, mam wciąż w sobie wiele ciekawości, sprawdzam, co jeszcze mogę z teatru wycisnąć.
Zawsze na początku pracy nad spektaklem obiecuję sobie, że będzie prosto. Jestem jak
dziecko, które rozkręca długopis i składa go na nowo. Zawsze wiąże się to z pewnym
ryzykiem.
I jaki bilans Ci wychodzi?
- Rzadko jestem z siebie zadowolona. To okrutne, bo prawdopodobnie mogłabym bardziej
doceniać to, czego się dopracowałam. W życiu prywatnym mam mało świadomości tego,
że jestem reżyserką, a wciąż zderzam się z ludźmi, którzy widzieli mnie w gazecie
i postrzegają przez pryzmat tego, co robię. Może byłoby mi łatwiej, gdybym miała taką
świadomość. Miłość własna i samozadowolenie pozwalają przetrwać w tym zawodzie,
choć z drugiej strony odbierają wrażliwość.
Pracujesz intuicją?
- Tak, to rodzaj instynktu, który w sobie mam. Oczywiście potrzebuję też silnych
podstaw intelektualnych, to kwestia higieny. Ale nie chcę ich eksponować, uczę się,
jak je przemycać nie wprost. To bardziej moja sprawa, nie widzów czy krytyków. Kolejne
warstwy spektaklu są jak warstwy farby na namalowanym obrazie - nie one są najważniejsze,
na pierwszym planie jest człowiek.
Nie masz zaufania do autorów, których sztuki wystawiasz? Swoje spektakle wzbogacasz o
teksty współczesnych myślicieli: Michela Foucaulta, Hannah Arendt czy właśnie Giorgio
Agambena.
- Być może wynika to z tego, że jestem jeszcze bardzo młoda jak na zawód, który
uprawiam, i ciągle jest mi wszystkiego za mało. Nowe, nieoczywiste teksty pozwalają mi
nadać dziełom świeżość.
Jaki będzie następny spektakl?
- Do tej pory nie wystawiłam jeszcze żadnej sztuki Szekspira. Bardzo
chcę to zrobić, choć to dramaty mocno wyczerpane, wypatroszone przez pokolenia reżyserów.
Oparte są na pewnym schemacie świata, który dla mnie nie jest do końca aktualny.
Ludzie je dobrze znają i postrzegają jednoznacznie. Doświadczyłam tego jeszcze w
szkole, realizując "Burzę". Wyczytałam, że Prospero niedowidział, więc
postanowiłam zrobić scenę, w której mierzy się ze swoim kalectwem i próbuje chwycić
stojące na stole, pudełko zapałek. Po spektaklu ktoś do mnie podszedł, mówiąc, że
podobał mu się pomysł magicznej kuli zrobionej z pudełka zapałek. Wszyscy oglądamy
tych bohaterów poprzez pewien schemat, w tym przypadku były to magiczne zdolności
Prospera.
Filozofowie, których myślą się inspirujesz, ostro krytykują demokrację i współczesne
sposoby sprawowania władzy. Agamben nie przyjął nawet paszportu biometrycznego na znak
protestu przeciwko tego typu formom identyfikacji ludzi. Ty w życiu prywatnym też
toczysz bój z systemem?
- Coraz mniej mam życia prywatnego, poza tym teatr jest dla mnie narzędziem wypowiedzi i
w kwestiach nierówności polityczno-społecznej staram się wypowiadać właśnie jego językiem.
To o wiele skuteczniejsze niż manifestacje w życiu prywatnym, które często obracają
się przeciwko nam. Prowokują agresję otoczenia i są bardziej formą autopromocji, niż
prawdziwej interwencji wymierzonej w system. Nie jestem anarchistką, na razie obserwuję
i badam te kwestie. Z drugiej strony, nie zostałam jeszcze postawiona w sytuacji, która
wymagałaby gwałtownej reakcji czy radykalnego wyboru. Choć prawda jest taka, że często
gubię dokumenty, więc może to taka podświadoma anarchia (śmiech).
Twoja droga do reżyserii nie była oczywista. Zajmowałaś się też
scenografią, komponowaniem, pisaniem tekstów.
- Reżyseria połączyła te wszystkie dziedziny. Pierwszy impuls, by iść na te studia,
pojawił się na pierwszym roku. Na kierunek wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii
Teatralnej trafiłam niejako na przeczekanie. Wtedy chciałam być jeszcze reżyserką
filmową, pisałam scenariusze, ale byłam chyba za młoda, żeby mnie przyjęli. W
Akademii zaczęłam się interesować teatrem, a zaraziła mnie nim moja mama, gdy chodziłyśmy
na spektakle. Oprócz tego grałam na skrzypcach i fortepianie, pisałam opowiadania, byłam
też na nieformalnym stypendium malarskim.
Stanęło na teatrze...
- Lata grania na instrumencie wyrobiły we mnie umiejętność przebywania w samotności i
czerpania z tego siły. Zanim dostałam się na studia reżyserskie, miałam w sobie ból
młodego człowieka, który nie wie kim jest i dokąd ma iść. Ale reżyseria teatralna
pozwoliła mi się odnaleźć, poskładała mnie.
Ale w tej pracy są też trudne momenty...
- Na pracę w teatrze reaguję fizycznie, wyniszczam się. Ludzie, którzy pochopnie
oceniają spektakle, nie wiedzą, ile nas kosztuje robienie ich. To nie jest kwestia
ambicji, ale chęci utrzymania się, przetrwania. Nie mogę w tym momencie pozwolić sobie
na to, żeby robić jeden spektakl w roku, bo mnie na to nie stać.
Kiedy jest najtrudniej?
- Trudny moment jest teraz, kilka dni przed premierą, gdy składam wszystko w całość.
* Natalia Korczakowska - ma 29 lat. Jedna z najważniejszych reżyserek młodego
pokolenia, kompozytorka, scenografka, autorka tekstów piosenek. Zrealizowała m.in.
"Śmierć człowieka-wiewiórki" i "Elektrę" w Teatrze Jeleniogórskim,
"Smycz" w Teatrze Polskim we Wrocławiu, "Nelly" w wałbrzyskim
Teatrze Dramatycznym i "Strefę działań wojennych" w TR Warszawa. Asystowała
takim reżyserom, jak René Pollesch czy Oskaras Koršunovas. Premiera "Pasażerki"
- 31 stycznia o godz. 19 na Scenie Na Strychu Teatru Współczesnego. |