O rzeczach dobrze
zrobionych mówi się „nic dodać, nic ująć”. Tacy są „Emigranci” Sławomira
Mrożka, jeden z najważniejszych tekstów dramaturgicznych powojennej Polski. A przecież
każdy reżyser przenoszący to dzieło na scenę, ma prawo naruszyć równowagę oryginału.
Witold Mazurkiewicz, który zrealizował „Emigrantów” siłami Kompanii Teatr, dołożył
wątek współczesnej emigracji. Wyszło ciekawie, chociaż do rewelacji daleko.
Naddatek do Mrożka Mazurkiewicz zrobił inteligentnie i pomysłowo, przy użyciu wymownej
- w literalnym sensie – scenografii, czyli kilkunastu telewizorów, z których przez cały
spektakl płynęły komunikaty, żywcem wyjęte z dzienników telewizyjnych. A to Tusk
obiecywał drugą Irlandię, a to Kaczyński przekonywał, że białe jest czarne. Migały
obrazy rodaków koczujących na ulicach Londynu i relacje z głośnego procesu o gwałty
na mieszkankach Wysp Brytyjskich rzekomo przez Polaka dokonane. Telewizory same w sobie
zasługują na wzmiankę, bo to są zabytkowe przedmioty, w drewnianej obudowie, z mnóstwem
guziczków obok ekranu. Ametysty, topazy, rubiny – tak się czterdzieści lat temu
nazywały owe cuda, zwane oknami na świat. Wyszperał je na złomowisku sprzętu rtv
Jarosław Koziara, autor scenografii do spektaklu. Mają przypominać, że właśnie w
czasach czarno-białej wizji, z czerwonym kolorem w domyśle, Mrożek napisał swoich „Emigrantów”
(dokładnie w 1974 r.).
A sztuka wciąż brzmi jakby dopiero co wyszła spod jego pióra. Zmieniła się
technologia produkcji telewizorów i cała kultura materialna świata, ale to pikuś. Upadł
komunizm, Polska odzyskała niepodległość, zniknął problem emigracji politycznej,
otworzyły się granice Europy, a „Emigracja” Mrożka tak samo dobrze przylega do
naszych czasów, jak do gierkowskich. Paradoks godny prawdziwej sztuki. Zmierzył się z
nim również Witold Mazurkiewicz w swojej inscenizacji i wygrał.
Reżyser postawił na aktualność podjętych przez wielkiego dramaturga tematów, a resztę
mógł już spokojnie oddać w ręce swoich aktorów. Oni rozprawili się z tym, co najważniejsze
u Mrożka – życiem człowieka, który nie umie żyć jak człowiek. Jarosław Tomica
wcielił się w postać intelektualisty, Michał Zgiet – w małomiasteczkowego prostaka.
Ten pierwszy opuścił jakiś nieokreślony przez autora dramatu komunistyczny kraj, bo
wydawało mu się, że potrzebuje wolności jak umierający tlenu. Potrzebuje jej, by
napisać książkę, dzieło życia, dzieło wolnego umysłu. Ląduje więc na Zachodzie,
mieszka w nędznej suterenie z chamem w śmierdzących skarpetkach i powoli stacza się w
alkoholizm. Nie pisze. Sam o sobie mówi świnia, odsyłając widzów do niejasnych
wspomnień z przeszłości. Ten drugi tyra jak wół, na dwóch „czarnych” etatach, by
po powrocie do kraju zbudować najpiękniejszy w okolicy dom. Jest jednak tak absurdalnie
skąpy, że szkoda mu pieniędzy na bilet powrotny. Powoli sensem jego życia staje się
upychanie pieniędzy do misia – skarbonki, przypominającej symbol „nowej, świeckiej
tradycji” z filmu Barei.
Obaj aktorzy są świetni, ale spodziewałam się więcej. Ich bohaterowie robią wrażenie
dwudziestolatków, którzy niedawno poznali się na jakiejś imprezie i niewiele o sobie
wiedzą. Ich relacja jest jakoś zbyt modelowa, wyłącznie werbalna, jakby bali się
wychylić poza słowa dramatu. To zasadniczo wystarcza, bo tekst jest genialny i nie
wymaga dopowiedzeń. Ale Michał Zgiet i Jarosław Tomica potrafią dużo więcej. I
czasami nawet błysnęli czymś takim, o czym nawet sam Mrożek by nie pomyślał.
Bo to byłby prawdziwy sukces – zaskoczyć Mrożka w jego własnej sztuce.
„Emigranci” Teatr Provisorium i Kompania Teatr, premiera 24 stycznia. Dziś także na
scenie. |