Krzysztof Rau mówi
o swojej książce "Autolustracja".
Obserwator: W poniedziałek ukazała się pańska książka
"Autolustracja" - skrypt zawierający dzieje teatralnego życia Krzysztofa Raua.
My spotykamy się na ulicy Sienkiewicza 14, w Akademii Teatralnej. To Pańska szkoła. Jak
po latach czuje się Pan w jej murach?
Krzysztof Rau: Ciągle czuję się tutaj, jeśli nawet nie gospodarzem w sensie formalnym,
bo inni pełnią funkcje, to zasiedziałym domownikiem. Szczególnie że praca z młodzieżą
jest najprzyjemniejszym obszarem moich dzisiejszych działań.
Kształcił Pan pierwszych lalkarzy i dziś spod Pana skrzydeł wychodzą ci doświadczeniem
najmłodsi. Jacy są dzisiejsi studenci? Zmienili się bardzo?
- Uważam, że generacja obecna teraz w szkole jest fantastyczna. Są bardziej otwarci,
mniej mają kompleksów i zahamować. Poza tym są oczytani. Godne podziwu jest to, co osiągają
już na studiach. Wystarczy wspomnieć to, co się dzieje z Bikowskim, Bartnikowskim,
Chomczykiem... Można wymienić całą masę nazwisk.
W książce pojawia się dwukrotnie temat studentów: studenci lat 70.-80. i studenci w
XXI wieku.
- W "Autolustracji" jest o nich sporo. Ale podział ten nie znaczy, że studenci
lat 70.-80. byli inni niż ci dzisiejsi. Czasy były inne, była inna komunikacja między
ludźmi. Często ludzie byli cieplejsi, bardziej przyjacielscy, kontakty między
profesorami a studentami były bliższe. Ale dzisiaj studenci też są fantastyczni.
Na czym więc polega ta dzisiejsza "inność"?
- Mamy większą świadomość formy teatralnej i języka teatralnego. Myślimy o teatrze
jako całości, a nie jako o miejscu pracy. Spektakle na studiach bardzo dobrze
przygotowują do późniejszego działania. Wiele z prac zrealizowanych w murach szkoły
jest obdarowywanych najwyższymi nagrodami, spektakle są zapraszane na festiwale, również
za granicę.
Pan jest dumny z każdej takiej nagrody i zaproszenia?
- Bardzo się nimi cieszę. W książce piszę o tym, że Sztur (PWST w Krakowie - przyp.
red.) mnie swego czasu spytał: Skąd wy bierzecie taką zdolną młodzież? I ja mu na to
odpowiedziałem: Z waszych odrzutów, rektorze (śmiech). Nie jest to oczywiście do końca
prawdą. Bo są też ludzie, którzy na wydział lalkarski przychodzą z pełną świadomością,
którzy szukają dla siebie miejsca w takim właśnie teatrze, a nie przychodzą do teatru
w ogóle.
Jak doszło do powstania książki?
- Wiosną 2007 roku, jako wykształciuch, otrzymuję list lustracyjny. Ustawodawca każe
mi podkreślić zgodną z prawda frazę: Byłem bądź nie byłem dobrowolnym i świadomym
współpracownikiem organów bezpieczeństwa lub innych organów przymusu, w rodzaju urzędów
cenzury chociażby, w okresie minionego ludowego państwa. I mam złożyć pod swoimi
podkreśleniami własnoręczny podpis. Ustawodawca zakłada, że mam umiejętność podkreślania
i potrafię się podpisać. Nie wierzy jednak, bym był zdolny do zbudowania własnej
wypowiedzi.
I choć nie miał Pan ochoty tego podpisywać, złożył Pan oświadczenie, bo takie było
prawo. Dokument do IPN-u nie dotarł. Ustawa okazała się bublem. Koperty dostał Pan z
powrotem. I postanowił Pan swoje zeznania spisać. Samemu się zlustrować. Tego
dowiadujemy się z książki.
- Oczywiście to pretekst, motywacje do spisania moich dziejów były nieco szersze i pełniejsze.
Człowiek w pewnym wieku zaczyna patrzeć wstecz. Zaczyna się zastanawiać nad samym sobą
coraz częściej. To był główny powód.
To książka o teatrze lalek i o Pana życiu codziennym...
- I całego moje pokolenia. Ale to jednocześnie historia Białegostoku.
Jak znad morza trafił Pan na Podlasie?
- W Gdańsku koledzy mówili: Zwariowałeś? Źle ci tutaj, w Gdańsku? A ja im na to: W
Białymstoku mam dziewczynę. Jadę. Nie odpuszczali: To weź dziewczynę i przyjedźcie
tutaj. Tam białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. I pamiętam, że przyjechałem do Białegostoku,
wysiadłem na dworcu i patrzę: słonie. Cyrk przyjechał i rozładowywano wagony. Na
peronie prowadzono słonie. Uznałem to za szczęśliwy znak. Bo słoń jest podobno
symbolem szczęścia. Tak to się z tym miastem zaczęło
Książka, która jest w zasadzie swego rodzaju gawędą literacką, zawiera też wątki z
czasów wcześniejszych.
- Od mojego urodzenia, którego nie pamiętam oczywiście. Ale pamiętam lata niedługo po
urodzeniu. Był to czas wojny. A potem czas bardzo trudny: powojenny. Wchodziłem wtedy w
samodzielne życie. Stwierdziłem, że to też jest warte opisania, bo to czasy, które
kwituje się często uproszczeniami albo idealizującymi, albo wrzucającymi do szamba cały
ten okres. Dlatego piszę o tym okresie dużo. Wtedy też już zaczynał się teatr.
Jerzy Kopania napisał: "Jest to również książka historyczna, o awansie
kulturowym Białegostoku". Poświęca Pan dużą jej część Białostockiemu
Teatrowi Lalek. Jest też sporo fotografii, również z BTL-u. Na jednym ze zdjęć Pan, a
obok: Piotr Sawicki, Joanna Piekarska, Wojciech Kobrzyński.
- Jeśli czwórka dyrektorów na przestrzeni tylu lat mogła stanąć obok siebie, w holu
swojego wspólnego teatru, uśmiechając się, to świadczy to o tym, że teatr miał duże
szczęście. Bo każdy kolejny dyrektor, który tu przychodził, nie niszczył tego, co
zrobił poprzedni, a kontynuował jego pracę. To bardzo ważne.
A pomyśleć, że gdyby nie przypadek, do teatru nigdy by Pan nie trafił.
- Zaczynałem od młodzieńczych awantur (śmiech), a później poprzez studia prawnicze
przygotowywałem się do naprawiania popapranej rzeczywistości. Zjawiłem się w teatrze
tylko po to, by zarabiać pieniądze, by skończyć prawo. Ale w pewnym momencie stwierdziłem,
że znalazłem się w świecie najcudowniejszym z możliwych, że mogę sobie spokojnie
przemieszczać się w czasie i przestrzeni i kreować swój świat, a nie naprawiać coś,
co nie jest, na dobrą sprawę, do naprawienia. Rzuciłem prawo. Zostałem w teatrze.
Przy białostockim teatrze powstało studio. Nabór odbył się w 1974 roku. Chciał Pan
wykształcić sobie aktorów i na tym skończyć. Ale dzięki problemom i kolejnemu
przypadkowi mamy jedną z lepszych szkół teatralnych w Polsce. Choć o mały włos...
- Wszystko było przygotowane. Ogłosiliśmy nabór. Złożono około siedemdziesięciu
podań. I tu nagle zmiany w prawie. A my mamy kandydatów, wojewoda przygotował pieniądze.
Uznałem, że najważniejsze są dla mnie zobowiązania, które przyjąłem na siebie,
przyjmując tych kilkadziesiąt podań, a nie polityka oświatowa państwa. Później
uratował nas Tadeusz Łomnicki, ówczesny rektor PWST w Warszawie. Studenci po I roku
studium aktorskiego stali się studentami drugiego roku wydziału lalkarskiego
warszawskiej AT. Wszystko dobrze się ułożyło. Ta historia pokazuje, że często nie
wiadomo, co przyniesie konkretna sytuacja, która wydaje się niewygodna.
I takich historii w "Autolustracji" znajdziemy sporo.
- Tak. Jest ich mnóstwo i dotyczą wielu ludzi, z którymi miałem okazję współpracować.
Trudno spamiętać. Prowadził Pan jakiś dziennik, który pomógł w odtwarzaniu wydarzeń?
- Mój bardzo osobisty komputer jest wciąż niezmiernie sprawny.
Ile czasu zajmuje napisanie takiej książki, zlustrowanie swojego życia?
- Zacząłem pisać pod koniec 2007 roku. Z tym, że robiłem w tym czasie sporo innych
rzeczy. Po drodze reżyserowałem, uczyłem, realizowałem całą masę projektów. Pisałem
mniej więcej rok.
Co było najtrudniejsze w tej autorskiej przygodzie?
- Właśnie brak czasu. Gdybym przez rok zajmował się tylko tworzeniem książki, pewnie
czułbym się bardziej komfortowo. A często wstawałem o 5 rano i pisałem do 9. Potem
praca.
Przyjrzeć się całemu swojemu życiu - to wymaga odwagi. Sam Pan określa swoje
wspomnienia mianem kontrowersyjnych. Bo w "Autolustracji" pojawiają się też wątki
polityczne.
- W tym wieku nabiera się odwagi do spisania tego wszystkiego. A nawet pojawia się
potrzeba takiego spojrzenia wstecz. O wielu osobach piszę bardzo otwarcie, ale formalnie,
bez oceny. Jestem też okrutny w dokumentacji. Nawet wobec samego siebie.
Ktoś, kto zetknął się z tyloma osobowościami, dyrektorował, stworzył fragment układanki
"Białystok" pisze książkę. Czy to podsumowanie?
- Nie. Podsumowanie już było. Kiedy w roku 2000 wracałem do Białegostoku z Bielska Białej,
po kilku latach nieobecności spotkała mnie rzecz niezwykła. W plebiscycie na
najpopularniejszych białostoczan XX wieku znalazłem się w czołówce. I to w tym
czasie, gdy byłem w mieście nieobecny. Pamięć białostoczan była dla mnie zaskakująca.
To było podsumowanie. Sam takich nie robię. Książka jest potrzebę autorefleksji, która
pojawia się w życiu tym częściej, im człowiek jest starszy: Kim byłem w życiu? |